16.08.2017

Moje 4 dziwne kosmetyczne historie

Zazwyczaj kupowanie przebiega u mnie bez większych zakłóceń, a potem cieszę się (lub nie) zebranymi łupami. Nie ma w tym nic godnego snucia długich opowieści, ale czasami dzieje się coś, co zaburza ten odwieczny zakupowy porządek...



Znikający lakier


Dawno, dawno temu, w 2015, kupiłam w sklepie internetowym kilka lakierów Essie. Były w promocji, jak to lakiery Essie w sklepach internetowych, i miały cienkie pędzelki, więc pewnie pochodziły ze Stanów. Trzy kolory rozpracowałam od razu, a czwarty – jaskrawy koral Sunday Funday – zasilił tyły szuflady w oczekiwaniu na lato. Był nieruszany przez trzy, może cztery miesiące, aż w końcu, kiedy żar lał się z nieba i nawet sznurówki zaczęły mi się pocić, sięgnęłam po Sunday Funday. Wyjęłam z szuflady nierozdziewiczoną butelkę i zobaczyłam, że w środku znajduje się... może 1/4 zawartości? Jak do tego doszło? O co chodziło? Czy partia była wadliwa, dlatego mądrzy Amerykanie sprzedali ją za bezcen naiwnym Polakom? Do dziś tego nie wiem, ale tak oto w moich zbiorach znalazł się nowy lakier do paznokci w wersji prawie nieistniejącej, a ja tejże wersji nie mogłam ani użyć (pędzelek ledwo dosięgał), ani zareklamować. Bo niby jak udowodnić sklepowi, że po czterech miesiącach od zakupu lakier odkręciłam po raz pierwszy i właśnie przypadkiem zauważyłam, że wyparował? Pewnie nie takie reklamacje ludzie z powodzeniem składali, ale mi o tym pisać było po prostu głupio.




Prawie-zakupy


Inna dziwna historia to były zakupy w sklepie internetowym KIKO. Mam dostęp do salonu stacjonarnego w warszawskiej Arkadii, ale zawsze mi tam nie po drodze, a newsletter tak zachęcał do skorzystania z promocji... Nad zamówieniem siedziałam dosyć długo z powodu klasycznej optymalizacji: jak nie wrzucać do koszyka gówna, a jednocześnie mieć na tyle duże zamówienie, żeby wysyłka była darmowa? Udało się, limitki uśmiechały się do mnie ze zdjęć, a ja czekałam, aż osobiście je wymacam. Niestety, do wspomnianego macania nigdy nie doszło, bo dostałam maila o następującej treści:

„Szanowna Klientko,
Z przykrością informujemy, że zamówienie 5000031728707 nie może być dostarczone w związku z kradzieżą w magazynie przewoźnika, z którym współpracuje KIKO MILANO.Przepraszamy za niedogodności”.

Kasę zwrócili, a róż, bronzer i coś tam jeszcze, czego dziś już nie pamiętam, pozostały w sferze fantazjowania_o. Kradzieje limitek KIKO? Bardzo wyrafinowana forma złodziejstwa!


Mistrzyni barwnej dywersyfikacji


To było, zdaje się, w 2014. Trafiłam do outletowego raju i oprócz wielu innych kosmetyków kolorowych, wypatrzyłam śmiesznie tanie lakiery znanych marek. Wybierałam dobre pół godziny. Oczywiście w sklepie internetowym. Od czego by zacząć testowanie lakierów O.P.I? Naoglądałam się swatchy, wrzucałam i wyrzucałam buteleczki z koszyka w nieskończoność. W końcu wybrałam dwa – moim zdaniem najciekawsze – kolory, a po odebraniu przesyłki zastałam to:


Agato, cóż za nadzwyczajna różnorodność! Swoją drogą, ta rodzina kolorów musi mieć jakąś niewiarygodną siłę przyciągania, skoro wybrałam dwie sztuki niezależną próbą. Co ciekawe, w 2017 prawie nie noszę tego typu odcieni, a O.P.I okazały się zbyt rzadkie :).

Na koniec historia ortograficzna, której do dziś nie udało mi się rozwikłać. 


Gdzie jest T?


Dawno, dawno temu na blogach wybuchła miłość do proteinowej, mlecznej maski do włosów. Kupiłam ją, pachniała bardzo intensywnie, chemicznie i zapach nie znikał z włosów aż do następnego mycia. Moje piórka jej nie polubiły i odwdzięczyły się matem, ale niestrudzona, zamówiłam inny produkt Kallosa – maskę Placenta z łożysk roślinnych. Pachniała dużo ładniej, kwiatowo, przyjemnie się jej używało. Nie zrobiła na głowie szału, więc pewnie już od dawna bym o niej nie pamiętała, gdyby nie fakt, że... na opakowaniu brakowało litery. Jednej. W kilku miejscach.

Niemożliwe, żeby sprzedano mi podróbkę, bo byłaby to najgłupsza podróbka świata (niepopularny kosmetyk za 6,50 zł). Pomyślałam, że w jakimś kraju łożysko to pewnie nie placenta, tylko właśnie placena, ale otworzyłam Tłumacz Google i jedyne, co znalazł, to bośniackie słowo plaćena, które oznacza... „zapłacony”. Pamiętam to zdziwienie, jak wklepałam w Google „kallos placena”, zaczęłam przeglądać obrazki i okazało się, że internet nie słyszał o czymś takim. A, jak dobrze wszyscy wiemy, jeżeli czegoś nie ma w Google, to znaczy, że... to coś nie istnieje.


A Wy macie jakieś dziwne kosmetyczne historie?

40 komentarzy:

  1. Kilka razy mi się zdarzyło, że lakier...wyparował :D Mocno mnie to zdziwiło, ponieważ były to nowe i zablistrowane sztuki LOL
    KIKO - hahaha wiele razy robiłam zamówienie online, ale takiej historii nie miałam. W sumie z żadną firmą :D

    Hmmm tak myślę i nie, u mnie nuuuuda :D w tym zakresie, za to swojego czasu miałam wesoło z kurierami i listonoszem, bardzo kreatywny człowiek :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to może napisz o tych kurierach u siebie? Czuję, że to byłaby dobra literatura :D :D :D
      Ciekawe, że lakiery wyparowują – może trafiamy końcówki z taśmy produkcyjnej? :)

      Usuń
  2. haha najbardziej mi sie spodobala "placenta" bez t :)

    mi się kiedys czesto zdarzalo wrocic do domu z innym kolorem i innym odcieniem produktu, bo przecez testery byly pomieszane i za testerem byl wylozony inny odcien :) i to chyba tyle, nuda zakupowa :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A to też wspaniałe. Ja bardzo tego pilnuję, od kiedy kiedyś kupiłam sobie granatowy tusz do rzęs ;)

      Usuń
  3. Haha poprawiłaś mi humor ;)
    Jeszcze nie miałam takich historii, ale chętnie poczytam historie innych dziewczyn ;D

    OdpowiedzUsuń
  4. 'T' pewnie uciekło na wakacje :-)

    OdpowiedzUsuń
  5. haha niezłe historie :) Mi samej nic się chyba takiego nie przydarzyło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiedziałabym: wszystko przed Tobą, ale to chyba jednak nie jest standard, że coś dziwnego się dzieje ;)

      Usuń
  6. KIKO kupuję tylko stacjonarnie, zwłaszcza limitki, ponieważ można je sobie wypróbować i ocenić, czy warto w ogóle :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana, teraz to ja już też kupuję stacjonarnie :D

      Usuń
  7. Hahaha, chyba bym padła, jakbym dostała wiadomość ze sklepu, że mi nie zrealizują zamówienia z powodu kradzieży :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gorzej by było, gdyby napisali: "nie zrealizujemy pani zamówienia, bo jest pani za stara, a to kosmetyki dla młodych kobiet" – wtedy też bym padła :D

      Usuń
  8. Tak, tez zauwazylam ze lakiery Essie,zwlaszcza te o rzadszej konsystencji, potrafia w jakims stopniu wyparowac z butelki. Dlatego ich wykonczenie nie jest duzym problemem, nawet mimo dosc dużej pojemnosci ;)

    Historia z Kiko baaaardzo dziwna...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale że z nieotwieranej? To naprawdę dziwne! Co one, parują przez szkło??

      Usuń
    2. Rozcienczacze do lakierow tez wyparowuja z zamknietych buteleczek. Mialam rozne marki, w tym inglota, i wszystkie to samo robia :/

      Usuń
  9. ahahah T najwyraźniej wyemigrowało.. Pyszne historie Agato..
    Kolory Opików - konkretne :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jednego jeszcze mam i teraz się zastanawiam, na jakiej podstawie dokonałam wyboru, którego wywalić, a który ma zostać :>

      Usuń
  10. Absolutnie genialny wpis :D Nigdy nie zwróciłam uwagi na brak litery "t"! :D Wybór różnorodnych lakierów mistrzowski :) Ale jak to się stało, że nie zauważyłaś tak dużego braku w Essie - ścianki były pokryte lakierem, więc nie widać było "co jest w środku"? A historia z Kiko powalająca, dobrze że zwrócili kasę, no i cóż za szczerość!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale ta litera wszędzie i u wszystkich jest! Tylko na mojej etykiecie zniknęła w niewyjaśnionych okolicznościach :D

      Essie po zakupie wyglądało normalnie, nie miało podejrzanych ścianek.

      Usuń
    2. Aaaa teraz rozumiem :D

      Usuń
  11. Pierwszy raz widzę żeby ktoś kradł z magazynu - co za szczerość ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To, że kradną, to wiadomo - może się zdarzyć, ale że się przyznają do tego w mailu do klienta, to ciekawe. Myślałam, że firmy raczej takie sprawy wyciszają.

      Usuń
    2. W sumie jeśli nie mieli skąd dosłać, to co mieli mi powiedzieć? ;)

      Usuń
  12. Mnie za czasów kupowania cieni inglot zdarzało się kupować ciagle te same cienie pojedyncze bo oczywiście nią miałam spisanej listy tych które mam. Często natomiast napotykam się na komiczne tłumaczenie na etykietach kosmetyków które nie ma ni ładu ni składu. Może to tłumacz Google żeby zaoszczędzić ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, bezsensowne tłumaczenie to standard, chociaż ja częściej spotykam takowe na etykietach produktów spożywczych. Ostatnio kupiłam masę na placki z ciecierzycy (żeby było śmieszniej: polską!) i w instrukcji kazali mi smażyć naleśniki na złoty kolor :D

      A w ogóle to regularnie naklejki z polskim tłumaczeniem myli MAC. Mam czasem wrażenie, że ktoś, to je przykleja, robi to specjalnie ;)

      Usuń
  13. Ale historie!! Ja niestety nie mam takich przeżyć ;-) Może poza zamawianiem podkładu pewnej firmy zawsze w tym samym kolorze, gdy raz przyszedł o kilka tonów jaśniejszy (miałam jeszcze stare opakowanie).. I rozumiem, że może się kolor podkładu zmieniać, ale chyba nie aż tak?! ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, a co to był za podkład?
      Ja miałam taką przygodę w drugą stronę. Zamówiłam mamie podkład w Yves Rocher, jakiś jej ulubiony, przyszedł w nowej etykiecie i... o dwa tony ciemniejszy. Ta sama nazwa koloru, nowa formuła.

      Usuń
  14. Odpowiedzi
    1. na szczęście nie zdarzają się często :)

      Usuń
  15. No nie powiem, miałaś farta / niefarta w tych zakupowych historiach :D Mnie się zdarzyło, żeby np próbki do zamówienia przyszły nie te, które chciałam (brawo Sephora), albo że coś, co wielbiłam latami nagle zrobiło mi kuku z niewiadomych przyczyn, ale takich przypadków jak Twoje na szczęście nie miałam ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te moje historie zadziały się w ciągu trzech lat, więc na szczęście u mnie to nie jest standard :)

      Usuń
  16. Haha, takie cudowne historie to chyba nie każdemu są dane do przeżycia :) Kradzież limitek jest naprawdę wyrafinowanym złodziejstwem :D Placenta bez T to też nie lada sztuczka, a lakiery, te o zbliżonym kolorze, zdradzają, że po długim wkładaniu i wykładaniu z koszyczka - zmęczenie przez ciebie przemawiało :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, tyle się tych lakierów naoglądałam, że już mi się wszystko dokładnie popierdaczyło ;)

      Usuń
  17. Ja kiedyś kupiłam kosmetyki marki Borjous, bo cenię tą markę jako całkiem dobrą średnio półkową markę na jednej ze stron internetowych w bardzo dobrej cenie. Jednakże okazało się, że każdy z tych kosmetyków był do bani... kredka do oczu okazała się zbyt twarda, żeby nią malować, eyeliner nie uczulał, a tusz rozmazywał...
    Niestety zdarzyło mi się także kupić tusz do rzęs z marki benefit twardy jak kamień... Dodam, że też z przeceny...
    Także nigdy więcej kupowania kosmetyków w atrakcyjnie niskiej cenie- żadna oszczędność...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to faktycznie trafiłaś combo bubli, fatalne uczucie, co? Swoją drogą, mam wrażenie, że tusze Bourjois bardzo się popsuły.

      Do półek przecenowych w Sephorach już nawet się nie zbliżam...

      Usuń
  18. Z maskami Kallos to nie jedyny błąd w nazwie, swojego czasu maski Serical, z których bardzo popularna była latte, nagminnie nazywane były Kallosami chociaż nie miały ze sobą nic wspólnego chyba oprócz dystrybutora i google też było wykołowane ;)

    OdpowiedzUsuń
  19. Przeczytała Twój wpis i śmieję się w tramwaju pełnym ludzi pod nosem.

    Zainspirowałaś mnie do napisania o moich zakupowych wpadkach. Jedną z nich był zakup towaru, "który podczas próby pakowania rozpadł się w rękach":)))

    OdpowiedzUsuń
  20. O znikającym lakierze nie słyszałam nigdy! Albo tak skrupulatnie im się nie przyglądałam.
    Co do Kiko to raz poczyniłam zakupy online i byłam nawet zadowolona, za drugim razem okazało się, że najtańsza przesyłka kosztuje ok. 40 zł, szaleństwo! Więc z zakupów zrezygnowałam. Niestety w Trójmieście Kiko nie ma i nie zamierzają się pojawić.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger