26.09.2017

Inwazja spleśniałych truskawek, czyli o ryzykownych zakupach w internecie

Niedawno koleżanka zapytała mnie, czy wciąż robię zakupy w Strawberrynet, czyli na popularnej kilka lat temu w blogosferze Truskawce. Znalazła luksusowy puder w bardzo dobrej cenie i zastanawiała się, czy warto się skusić. Kilka lat temu bez wahania odpowiedziałabym: „Jasne, bierz, to świetny sklep!”, ale dziś daleka jestem od takiej euforycznej rekomendacji. Niestety, dotyczy to również paru innych miejsc w sieci. 




Wszyscy, którzy poznali Truskawkę, wiedzą, że można się po niej spodziewać darmowej wysyłki, wielu rabatów, dobrego programu lojalnościowego i góry kosmetyków niedostępnych w Polsce. Raj dla zakupo- i kosmetykoholiczek, ale... czy na pewno?

Sklep ma siedzibę w Hongkongu (plus kilka oddziałów porozrzucanych po świecie) i oferuje kosmetyki niedostępnych u nas marek, jak np.: Tarte, Kevyn Aucoin, Jane Iredale, Philosophy, Fusion Beauty. W sprzedaży są również perfumy z całego świata w, podobno, przystępnych cenach. Są powody do toczenia śliny, a z drugiej strony – coraz więcej pożądanych, zagranicznych marek dociera do naszej coraz mniej skromnej Polski i nic nie zapowiada zatrzymania tego procederu. Już dawno przestaliśmy być kosmetycznym anusem Europy, więc z roku na rok Strawberrynet traci na atrakcyjności. No i okazało się, że nie taka piękna Truskawka, jak ją malują. Może nawet... niesmaczna?

Warto wspomnieć, że sklep ma kilka niezaprzeczalnych zalet: łatwo o darmową wysyłkę; w ofercie można znaleźć niedostępne u nas limitowane edycje i podkłady o bardzo jasnych odcieniach, wydane tylko na azjatycki rynek; w koszyku automatycznie naliczane są rozmaite, sumujące się rabaty: lojalnościowe, okolicznościowe (zwykle 10%), za zakup kilku kosmetyków naraz (do 5%). Poza tym jeśli zdarzy się, że celnik wlepi nam VAT, Strawberrynet szybko go zwróci – trzeba tylko wypełnić formularz na stronie i podesłać zdjęcie opłaconych papierów celnych. Co więc jest nie tak?

W trakcie spaceru między wirtualnymi półkami trzeba uważnie się rozglądać i dla własnego dobra... podejrzewać Truskawkę o wszystko, co najgorsze. Promocja może być mało promocyjna, a darmowa dostawa – nie całkiem darmowa. Tak się dzieje na przykład wtedy, gdy próbujemy kupić perfumy.



Przyjrzyjmy się pierwszej lepszej promocji. Oba zapachy mają zachęcające ceny, bo wodę kolońską Atelier Cologne Bois Blonds w 100-mililitrowej butelce w Sephorze kupimy za 515 zł, a Daisy Dream EdT od Marca Jacobsa – za 409 złotych. Wystarczy jednak kilka kliknięć w znanych, polskich perfumeriach internetowych i nagle okazuje się, że te same zapachy Polacy sprzedają w podobnej co Truskawka lub nawet niższej cenie. Bez łaski i od ręki, zamiast z dalekiego Hongkongu. Podobnie nieatrakcyjne cenowo oferty można spotkać w sekcji z kolorówką. Bywa i tak, że produkty dostępne na europejskim rynku, w Strawberrynet wychodzą sporo drożej niż w polskich sklepach.

To zresztą nie koniec cenowych ciekawostek. Jako że zapachy są uznawane przez międzynarodowe regulacje lotnicze za „towary niebezpieczne”, zamówienia wyłącznie perfumeryjne są w Strawberrynet obciążone dodatkową opłatą (do 36 zł). Żeby nie dopłacać, trzeba dorzucić do zakupów jakiś kosmetyk kolorowy lub pielęgnacyjny, który swoje też kosztuje, a niekoniecznie planowaliśmy jego zakup. Z kolei kosmetyki do włosów uznano za „towary ciężkie”, dlatego nawet przy darmowej wysyłce doliczane są dodatkowe opłaty (od 2 do 15$ w zależności od wagi włosowego zamówienia).

To jednak są kwestie, o których można poczytać na stronie, a ceny przed zatwierdzeniem koszyka porównać z polskimi. Myślę, że przy dobrej promocji i dodatkowych rabatach, o których wspomniałam wcześniej, zakupy w tym sklepie wciąż mogą być opłacalne. Jest jednak inny problem z truskawkowym asortymentem: JAKOŚĆ.


Jak świeże truskawki, wszystkie nasze produkty są świeże i oryginalnego pochodzenia, a naszym ofertom specjalnym po prostu nie można się oprzeć”.

Jeśli porównamy ten biznes do łubianki truskawek, ma to nawet sens: na wierzchu ładne i soczyste, ale na dnie zawsze trafi się jakaś spleśniała łajza. W moich zamówieniach spleśniałe łajzy pojawiły się kilkakrotnie. Niestety, zbyt późno się zorientowałam. Przy okazji dzisiejszego wpisu postanowiłam przejrzeć ofertę Truskawki i sprawdzić, czy wciąż sprzedawane są tam kosmetyki stare, od dawna nieprodukowane i o podejrzanej dacie ważności. Odpowiedź brzmi: tak. Można znaleźć prawdziwe kolekcjonerskie okazy!



To limitka NARS-a dla Sephory. Ukazała się w... 2012 roku i, jak to bywa z limitkami, od dawna nie jest sprzedawana ani PRODUKOWANA. Ma dokładnie tyle lat, co mój syn, który czyta, pisze i rysuje roboty. Być może jakiś wytrawny kolekcjoner kosmetyków skusi się na takiego białego kruka w swojej kolekcji, ale istnieje spora szansa, że ten zestaw trafi w ręce makijażowego zapaleńca, który nie będzie miał pojęcia, że świeżo kupione kosmetyki powstały lata temu, użyje ich i powita na swojej (lub czyjejś) twarzy przepiękną alergię skórną. Widziałam też cienie Sue Devitt (marka nie istnieje od co najmniej sześciu lat), dawno wycofane linie Benefit i Fusion Beauty.

Przy pierwszych zamówieniach nie przyszło mi nawet do głowy, żeby sprawdzać, czy dorzucony do koszyka kosmetyk nie pochodzi przypadkiem z epoki kamienia łupanego. Przecież wszystko miało być świeże jak truskawki...

Tak oto trafiły do mnie cienie marki Benefit, które do dziś są dostępne na stronie sklepu:



Cienie z serii Silky Powder miały niesamowitą, niespotykaną konsystencję. Kupiłam je trzy lata temu i używałam z wielką lubością. Z perspektywy czasu dziękuję mojej skórze, że wytrzymała to, co jej zgotowałam. Okazało się, że najstarsza z zakupionych sztuk pochodziła z 2007 roku. Powiało grozą?

Te i inne kwiatki (wśród których znalazły się drogie skuchy, np. wycofane z produkcji kremy Lieraca) wyszły na jaw wiele miesięcy po moich zakupach. Zainteresowałam się tematem świeżości kosmetyków i zaczęłam korzystać ze strony checkcosmetic.net, na której można sprawdzić datę produkcji konkretnego produktu po wpisaniu kodu BATCH, oznaczającego partię produkcyjną. Któregoś razu sprawdziłam całą moją kolekcję i okazało się, że najstarsze kosmetyki, jakie mam w domu, kupiłam właśnie na Strawberrynet.

To nie tak, że wszystko, co tam kupicie, będzie stare i do bani. To dzięki Truskawce trafił do mnie podkład Guerlain w odcieniu 01 Beige Pale, który u nas był niedostępny, kupiłam też białe, prasowane Meteoryty tej marki, które ukazały się tylko na azjatyckim rynku. Wielokrotnie przybywały do mnie produkty z dobrą datą, choć chyba nigdy nie zdarzyły się takie naprawdę świeże, na przykład z bieżącego roku. Niestety, nie wszystkie firmy możemy sprawdzić na CheckCosmetic, a niektórzy producenci w ogóle nie podają dat i numerów partii produkcyjnych. Wiadomo, że w każdym sklepie może się trafić coś przeterminowanego, ale tu ryzyko jest na tyle duże, że nie mam ochoty go podejmować. Oczywiście można zwrócić towar do 30 dni od daty zakupu, ale trochę to upierdliwe, no i zakładam, że zwroty do Hongkongu do najłatwiejszych nie należą. Nie wiem, czy jeszcze kiedyś zdecyduję się na zakupy w tym sklepie. Na razie wciąż boję się wtopy.

Wiecie, co jeszcze jest smutne? Spleśniałe truskawki są wszędzie. Kosmetyki od lat nieistniejącej marki Sue Devitt znalazłam dziś w sklepie Nocanka.pl, a cienie z NARS-owej limitki Warhola czekają na Was w iperfumach. Nie kupujcie w ciemno i nie wierzcie promocjom, a wy, drodzy właściciele sklepów, ogarnijcie swoje magazyny. Ciocia Agata dziękuje za uwagę. PS Spleśniałe truskawki się wyrzuca.

44 komentarze:

  1. Nie kupowałam nic na truskawce. Ale na iperfumach często robię zakupy, zazwyczaj jednak perfumowe właśnie.

    OdpowiedzUsuń
  2. Coraz częściej sobie myślę, że i w sklepach stacjonarnych można trafić na "spleśniałe truskawki" - jak to ładnie określiłaś i jako konsument warto być czujnym bez względu na promocje/okazje i inne cuda wianki.
    Sephora oraz Douglas też kilka gaf zaliczyły....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, stacjonarne też potrafią rozczarować. Przypomniałam sobie właśnie, że kiedyś w promocji w Sephorze kupiłam zjełczałą kredkę do oczu, a w promocji internetowej nienadający się lakier. Od tego czasu nawet nie zaglądam do ich działu wyprzedaży.

      Usuń
  3. Dawno tam nie kupowałam, Ostatnio jeszcze dobre kilka lat temu. Dobrze że ostrzegłaś, będę zwracać większą uwagę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sobie ostatecznie darowałam dwa lata temu. Koleżanka mi przypomniała, zajrzałam i widzę, że niestety bez zmian ;(

      Usuń
  4. Już chyba z 10 lat tam nie zamawiałam

    OdpowiedzUsuń
  5. Okazja nie zawsze jest atrakcyjna jak nam się wydaje. Starocie to jeszcze, ale mnie na Nocance zdarzyło się widzieć podróbkę...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ciekawe. Kupowałam u nich lata temu i wtedy tak się cieszyłam, że fajne promocje i ciekawe kosmetyki...

      Usuń
  6. o tak, kiedys robilam zakupy w tym sklepie ale trafialam na starocie i sobie po dwoch razach odpuscilam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zobacz, ile musi być tych staroci w ofercie, skoro tak łatwo na nie trafiałyśmy!

      Usuń
  7. Pamiętam, że zarówno na truskawce jak i na iperfumach rzuciło mi się w oczy coś, co już dawno nie powinno istnieć :p Niemniej z iperfumy nigdy nie trafiłam na przeterminowane produkty w swoim zamówieniu (zawsze sprawdzam daty produkcji) ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oni pewnie mają pojedyncze rzeczy po terminie, co nie zmienia faktu, że dawno powinni je wywalić ze strony (i z magazynu).

      Usuń
  8. Miałam kiedyś problem z perfumami. Sprzedawali coś czego nie mieli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, to też bardzo miło z ich strony :)

      Usuń
  9. Na każdym kroku chcą nas oszukać, dobrze widzieć, że tak się dzieje :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie znałam tego sklepu... i skoro piszesz, że można się naciąć na "spleśniałe truskawki", to ja dziękuję, szkoda ryzyka... swoją drogą nie rozumiem, jak można sprzedawać coś po skończonej dacie ważności, czy to przypadkiem nie jest nielegalne?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo, że czasem może się coś nieświeżego trafić, bo nie zawsze da się upilnować cały magazyn (chociaż wierzę, że się da, bo są sklepy, które nie mają takich wpadek), ale tu widać, że firma zupełnie nie panuje nad posiadanym asortymentem...

      Usuń
  11. Co za detektywistyczny wpis - czytałam z ciekawością. Kupiłam na truskawce chyba tylko raz, tonik Clarinsa, nie sprawdzałam. W ogóle nie mam zwyczaju sprawdzać ważności. Wiem, zgroza. Cóż, bardzo niefajne zagrywki. CIekawe, z punktu widzenia konsumenta czy zgodne z prawem?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też kupowałam tam tonik Clarinsa i na pocieszenie powiem, że miał dobrą datę ;)

      Usuń
  12. Jestem w szoku, nie spodziewałam się czegoś takiego.

    OdpowiedzUsuń
  13. Kiedyś często kupowałam na truskawce perfumy te znane i mniej, zużyliśmy z mężem wszystkie (dla niego tez) zawsze dorzuciłam do nich jakaś najtańsza konturówke żeby nie płacić dodatkowo za wysyłkę. Zamawiałam tez pudry, bazy pod cienie, błyszczyki fluidy drogich firm ale zwykle szły w świat z różnych względów. Żaden produkt natomiast nigdy nie był przeterminowany. Teraz tam
    Nie kupuje bo wszystko można dostać u nas. Pamietam jednak ich piękne pakowanie oaz ze paczki szły do mnie zdaje siedź Norwegii, przynajmniej tak były oklejone ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie teraz zagraniczne sklepy nie są już tak atrakcyjne, jak jeszcze np. 2-3 lata temu. Dobra nasza :)

      Usuń
  14. Z tego co kojarzę chyba na blogu mówiłaś o tym jak się tam na coś nacięłaś? Czy sie mylę hmm?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo możliwe, ale już więcej nie będę, bo nie zamierzam nic u nich kupować ;)

      Usuń
  15. Jesteś znakomitym kosmetycznym detektywem! Agato ufam Tobie.

    OdpowiedzUsuń
  16. świetnie napisane z humorem o emocjonujących aspektach... o Truskawce jedynie słyszałam że okazyjnie ale jak widać trzeba być czujnym

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję :*
      A uważać trzeba zawsze, na pewno jeszcze nie raz będę zwracać Waszą uwagę na sprawy tego typu.

      Usuń
  17. dlatego profilatycznie na truskawce nie kupuję. nie ufam też działowi kosmetycznemu w Tk maxx :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda, w TK Maxx też można znaleźć starocie, chociaż na szczęście nie jest to regułą

      Usuń
  18. A kosmetyki jane iredale są dostępne w Polsce np. tu:http://www.e-fontanna.pl/ :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Boshhh, jak przeczytałam tytuł myślałam, że będziesz pisała o kupowaniu jedzenia online :D widać co siedzi mi w głowie ;)
    Ja z Truskawki nigdy nie korzystałam, co prawda co jakiś patrzyłam na ich ofertę ale zawsze wydawało mi się, że musi tam być jakiś haczyk - zresztą w Irlandii był wtedy większy dostęp do 'luksusowych produktów'. A teraz jaram się, że mam Sephorę pod nosem (chociaż jeszcze nic większego kupiłam bo nie jarają mnie francuskie ceny).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehehe, wiesz, ile już razy oglądałam kosmetyki na instagramie, myśląc, że to jakiś świetny deser? :D

      Usuń
  20. Kosmetyczny anus Europy :D Nie znałam tego sklepu i nigdy tam nie zamawiałam, ale dobrze, że zwracasz na to uwagę!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do Truskawki już nie będę wracać, ale na pewno jeszcze nie raz wspomnę na blogu o pilnowaniu dat i patrzeniu sklepom na ręce...

      Usuń
  21. O truskawce czytałam już kilka postów o tym, że mają stare kosmetyki, wiec to pewnie prawda :)

    OdpowiedzUsuń
  22. Obowiązkowo te spleśniałe wyrzucić! W takich momentach cieszę się że nie kupuje kolorowki przez neta :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja bardzo lubię i nie poddam się łatwo ;)

      Usuń
  23. To kolejny moment kiedy cieszę się, że nie dałam się skusić blogowym trendom.

    OdpowiedzUsuń
  24. Kiedyś zdarzało mi się u nich kupować, ale dawno zaprzestałam. Nie ufam tej stronie i wolę nie eksperymentować na mojej skórze.

    OdpowiedzUsuń
  25. Unikam robienia zakupów w ciemno. Trafiłam kiedyś na okazję , ale w TkMaxxxie. Po rozkodowaniu okazało się, że kosmetyki zostały wyprodukowane ponad 7 lat temu!!!! Jeśli chodzi o markowe perfumerie nauczyłam się czytać kody producentów, a jeśli nie jestem w stanie ich idczytać na miejscu zawsze sprawdzam w domu na stronach dekodujących. Straszne mamy czasy i trzeba się z każdej strony mieć na baczności.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger