01.09.2017

Projekt denko, odc. 53

Absolutnie nie mogę pogodzić się z końcem lata. Nie jestem gotowa na osiem miesięcy jesienio-zimy. Kiedyś jesień była moją ulubioną porą roku, ale od kiedy mam dziecko, kojarzy mi się głównie z grypą żołądkową i zapaleniem oskrzeli. Mam nadzieję, że u Was przedjesienne morale jest wyższe. Spacerujcie, szykujcie ulubione koce i swetry, chowajcie kasztany do kieszeni i... myjcie ręce. Może jakoś przetrwamy.



Sierpień był miesiącem rozprawiania się z kolorówką. Udało mi się zużyć trzy lubiane pomadki. Tint z Kiko popełnił samobójstwo poprzez dekapitację. Poza tym aż cztery MAC-owe kosmetyki dokonały żywota, dzięki czemu udało mi się skompletować do akcji Back2MAC w sumie 12 pustaków, które w odpowiednim momencie z największą przyjemnością wymienię na dwie nowe szminki. 


Palmolive – Aquarium – mydło w płynie (zapas) – nigdy nie kupowałam tej wersji w normalnym opakowaniu, bo wesołe plastikowe rybki i muszelki to nie moja estetyka, ale za każdym razem, kiedy spotykałam ten wariant u kogoś w domu, podobał mi się świeży zapach i obiecywałam sobie, że w końcu się przełamię i rybki zamieszkają w mojej łazience. Na szczęście Palmolive uraczyło klientów zapasem w ekonomicznym opakowaniu. Przelałam ładnie pachnące mydło do ładnie wyglądającego pojemnika i moja psychika jest w pięknej równowadze! 

Daiso – Make up Brush Cleaner – płyn do mycia pędzli, który – wraz z workiem innych fajnych rzeczy – dostałam od mojej przyjaciółki Marty prosto z dalekiej Japonii. Płyn był przydatnym przeciętniakiem: nie umiał porządnie domyć pędzli po podkładach i korektorach, ale dobrze radził sobie z pędzlami do cieni i do tego celu został wykorzystany do ostatniej kropli. 

Dove – Purely Pampering, Coconut Milk with Jasmine Petals – nawilżający żel pod prysznic, bardzo kremowy, niestety zapach mi nie pasował. Nie jest brzydki, po prostu nie zachęcał niczym szczególnym do sięgania_po, był mocno mydlany i mało określony, nie czułam kokosa. Żel prawie się nie pieni – miałam wrażenie, że próbuję umyć się kremem nawilżającym. Idea zacna, ale bez przesady: do szorowania pośladów nie potrzebuję czegoś, co nawilża. Wystarczy, że spełni podstawową funkcję, a dalsze kroki chętnie ogarnę sama.


Garnier – Essentials – Odświeżający tonik witaminowy do cery normalnej i mieszanej /recenzja/ – blogerki co i rusz wymyślają nowe i mało znane kosmetyki z różnych kategorii, a żeby ktoś przetarł twarz ot tak, po prostu popularnym tonikiem Garniera, musi wydarzyć się coś niecodziennego. U mnie wydarzył się niespakowany na wyjazd hydrolat ;). Kupiłam Garniera, bo znałam go z tych normalniejszych, nieblogowych czasów i miło wspominałam. Tym razem też było nam miło, bo bardzo ładnie, rześko pachniał, nie był lepki i nie skrzywdził mnie żadnym ze swoich nieekologicznych i niecertyfikowanych składników. 

Skin79 – Natural 98 – Yum Yum Cleanser Lemon /recenzja/ – niedawno pisałam o tym czyściku do twarzy, więc odsyłam Was do recenzji. W skrócie: działa, ale nie planuję powrotu, bo zarówno opakowanie, jak i zapach to nie moja bajka. 

Equilibra – Aloe Shampoo Hydratante – nawilżająca wersja mojego aloesowego ulubieńca robi mi z włosami takie samo dobro jak wariant do włosów wypadających. Są sypkie, ze zwiększoną objętością. Ten chyba odrobinę dłużej trzyma świeżość. Świetne szampony dla tłustych, cienkich piórek.

Organique – Spa & Wellness – Rejuvenating Cranberry Serum – uwielbiam Organique, ale to serum w absurdalnie dużej pojemności (aż 100 ml!) nie rozkochało mnie w sobie ani trochę. Ma konsystencję i wygląd kisielu, kisielowo żurawinowy zapach (to akurat na plus, bo ładny i mało intensywny), ale niestety nie wchłania się dobrze i zostawia na skórze rolującą warstwę, co wyklucza używanie go pod makijaż. W wieczornej pielęgnacji od miesięcy królują u mnie olejki i treściwe kremy, więc żurawinowe serum zostało oddelegowane do pielęgnacji szyi, a wiecie, jak jest: szyja to dyżurna część ciała do zużywania niepotrzebnych kosmetyków. Nawet stopy już nie łykają byle czego, od kiedy odkryłam Podopharm. Sorry, Organique, nie tym razem. 


Lass Naturals – Choco Fudge Body Butter /recenzja/ – masło do ciała o zapachu deseru czekoladowego, który mogłabym polecić miłośnikom czekolady, będącym na diecie. Zapach jest tak intensywny, że najpierw mamy ochotę odgryźć sobie ręce i nogi, po godzinie czujemy się nasyceni, po czterech zaczynamy marzyć o słonych paluszkach, a po dziesięciu chce nam się rzygać. Nie dałam rady zużyć. Szkoda, że niejadalne. 

Pony Hütchen – Rock a Hula – naturalny dezodorant w kremie /recenzja/ – nie byłam z niego do końca zadowolona, kiedy pisałam mu recenzję, bo nie dawał mi komfortu na caaaaały, długi, intensywny dzień. W tamtym czasie nie był w stanie przebić jakością kulki Nivea z solami aluminium w składzie, ale doceniałam go w kategorii dezodorantów naturalnych. Po zużyciu całego słoika muszę przyznać, że mam o nim lepsze zdanie niż na początku: pojedyncze smrodliwe epizody przestały się pojawiać, tak jakby kosmetyk regulował potliwość po dłuższym czasie używania. A Nivea tego lata zawiodła na całego, nie tylko mnie. Pisałam o tym tu: klik. PS Ten wariant zapachowy jest bardzo ładny, rozważam drugie podejście do Pony Hütchen, choć milej by było, gdyby producent wymienił opakowanie na jakieś z dozownikiem. 

Too Cool For School – Egg Mellow Body Butter (miniatura) – w pełnym wymiarze to masło kosztuje 129 złotych, więc nieprędko po nie sięgnę, ale bardzo miło wspominam nietypowo perfumowany zapach i przyjemną, maślaną konsystencję. Słoiczek wystarczył na półtora raza i teraz się zastanawiam, czy powierzchnia mojego ciała jest za duża czy optymistycznie za mała?

Skinfood – Black Sugar – Perfect Essential Scrub 2X (miniatura) – to zdecydowanie była próbka dla żony krasnoluda, bo wystarczyła mi na jedno i drugie udo, nawet na pośladki zabrakło. Cukrowa masa nie była zachwycająca – znam dużo lepsze zdzieraki, ale rozczulił mnie syntetyczny zapach cytrynowej coli. 


Rituals – Fleurs de L'Himalaya EdP (miniatura) – kiedy Ritualsa nie było jeszcze w Polsce, zrobiłam duże zakupy w sklepie online, a wśród nich znalazła się miniatura perfum z dziką orchideą, piwonią i piżmem. Bardzo ładny, letni zapach, ale nie urzekł mnie na tyle, żebym miała do niego wracać. Tyle jeszcze do odkrycia!

Calvin Klein – Eternity Night  EdP (próbka) – nie mój zapach, ale fajnie było to sprawdzić.

Maska w płachcie Innisfree, It's Real Squeeze Mask z miodem manuka zachowała stabilny wysoki poziom, a Mediheal, Paper Mulberry 4D White Mask już nie pamiętam, co oznacza mniej więcej tyle, że ani nie zalazła mi za skórę, ani się nie zachwyciłam. 


MAC – Pro Longwear SPF 10 Foundation – zmienił zapach, więc musi odejść. Bardzo mi się podobał na twarzy, ale był dość ciemny jak na moje potrzeby, wracałam tylko latem, a w ciepłe miesiące często mam ochotę na lżejszą formułę. 

MAC – Prep+Prime Face Protect Lotion SPF 50 – niezły z niego śmierdziel, myślałam, że kupiłam zepsutą sztukę, ale potem gdzieś przeczytałam, że taka jego nieuroda. Dobra baza pod makijaż: piękna ochrona SPF 50 zaklęta w niebielącym, lekkim mleczku. 

Benefit – Stay Don't Stray (miniatura) – to produkt 2w1: baza pod cienie i baza pod... korektor. Hm. Hmm hmm. Zużyłam w sposób zupełnie chaotyczny, więc nie mam zdania. Ma kolor i formułę podobną do stojącego obok Affinitone'a, ale słabiej kryje. 

Maybelline – Affinitone Concealer, odcień 02 – długo mi służył, dokończyłam go w Gdyni. Niestety, ciemnieje i to jego największa wada, ale cała reszta mi się podoba: lekka, płynna formuła vs. całkiem porządne krycie. Pod oczami sprawdza się bardzo dobrze, jako baza na powiekach też daje radę, choć na tłustych nie tak dobrze, jak produkty do tego przeznaczone. Ciekawa propozycja wśród drogeryjnych korektorów. 


Bourjois – Twist Up The Volume – nie wiem, czym się różnią od siebie poszczególne wersje (wiem, że któraś jest wodoodporna), ale moja złota bardzo mi się spodobała. To już drugie opakowanie i pewnie będą kolejne. Efekt nie jest powalający, ale dwupozycyjna szczotka naprawdę jest przydatna – raz wyczesze delikatnie, innym razem pogrubi. Czerń głęboka. Moje rzęsy aprobują.

Revlon – Ultimate All-In-One – fatalny. Mała, dziwna szczotka, dużo tuszu, czerń taka sobie. Skleja, zohydza, tusz w trakcie malowania włazi na górną linię wodną i szczypie. Wielotygodniowa odsiadka w szufladzie nic nie dała. Nie-nie-nie.

Manhattan – Khol Kajal Eyeliner 2 – miałam kilka takich kredek w różnych odcieniach, kupiłam je w internetowym outlecie za grosze. Pozostałe kolory były przeciętne, a ten brąz któregoś razu z ciekawości użyłam na brwiach i... wow! Idealnie chłodny i jasny odcień dla blondynki, kto by pomyślał? Niestety, w Manhattanie też nie pomyśleli – kredek już dawno nie ma w sprzedaży, więc wyrzucam resztkę i zapominam o sprawie. 


A tutaj same sukcesy! Rzadko udaje mi się zużyć całą pomadkę, bo zwyczajnie mam ich za dużo. Zwykle po prostu się psują. W ostatnich miesiącach postanowiłam spróbować sztuki zużywania i na stałe do makijażu wprowadziłam kilka odcieni, które lubię i których nie zostało w opakowaniach zbyt dużo. 

Żegnam się z moją ulubioną, maślaną Astor Soft Sensation Lipcolor Butter w odcieniu 008 Hug Me /recenzja/. To zgaszony róż z rozświetlającymi drobinkami. Pomadka nie należy do trwałych, ale jest na ustach bardzo komfortowa i ma piękny, znany z MAC-a zapach waniliny. 

A propos MAC-ów: udało mi się zdenkować pomadkę z serii mineralnej w odcieniu Pure Pout (pokazywałam ją tu: klik). Okazało się, że najpiękniej wygląda na nieco ciemniejszej karnacji, czyli w moim przypadku w środku lata. Szkoda, że bardzo szybko schodzi z ust. Oprócz tego skończył się odcień chłodnego różu Spontaneous, który był półtransparentny, na ustach mokry i komfortowy. Należał do serii wykręcanych Patentpolishów /recenzja/

Catrice Wet Shine Stain Long-lasting Lip Laquer w odcieniu C01 Innocent – śliczny lakier do ust, mocny, a jednak zgaszony róż, dobra trwałość. Limitka, więc papa & smuteczek, że papa. Z Kiko też limitka, Shine Lust Lip Tint to bardzo fajny bajer – niby tint, niby pomadka w płynie, a na ustach zachowywała się jak lakier. Wykończenie na wysoki połysk, a po starciu/zjedzeniu wierzchniej warstwy pozostawała lekka, tintowa mgiełka koloru. Bardzo ją lubiłam, ale aplikator postanowił stracić głowę. Tym razem dosłownie. Pokazywałam na Instagramie. Mam jeszcze drugą sztukę w boskim, krzykliwym, koralowym odcieniu. Oby ta była bez skłonności samobójczych. 


Na koniec kilka próbek, ku mojej pamięci: ciekawy podkład Givenchy Teint Couture Balm, który ładnie leży na skórze, nawilża, ale nie nadaje się dla mieszanych i tłustych cer; przyjemnie pachnące mydło w płynie Yope w wersji Wanilia Cynamon; lekki, fajnie nawilżający krem aloesowy Organique – może kiedyś kupię pełny wymiar. L'Biotica mnie nie zachęciła, podobnie jak zbyt mocno napigmentowany róż Sephory.

Czas obmyślić nowy plan pielęgnacyjny na jesień. NA JESIEŃ!!!

41 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Ładne miejsce się zrobiło na nowe kosmetyki ;)

      Usuń
  2. Polubiłam Affinitone jako korektor pod oczy ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też, chociaż naprawdę trzeba uważać z tym ciemnieniem, żeby sobie nie zrobić zamiast rozświetlenia pomarańczowych placków :P

      Usuń
  3. Zacieram ręce na okres jesienno-zimowy <3 zwłaszcza, że będę przez kilka tygodni w Polsce <3 W związku z tym pielęgnacja zaplanowana na tip-top i wszystko dopięte na ostatni guzik :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będziesz w Cz-wie? Jakby mnie tam wywiało, chętnie się spotkam :)

      Usuń
  4. Podkład ProLongwear z Mac to jeden z moich 3 ulubionych podkładów na ten moment.
    Baza z SPF50 już od dawna chodzi mi po głowie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No gdyby nie ten zapach, chętnie bym do tej bazy wróciła, natomiast podkład na pewno jest ze mną nie po raz ostatni!

      Usuń
  5. Co do Garniera masz rację, ja kupiłam wersję różową ... bo była promka w Biedrze ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zielona jest fajna, bo nie ma alkoholu w składzie. Niebieska z tego co pamiętam, miała. Różowa – nie mam pojęcia, ale mam nadzieję, że się u Ciebie sprawdzi :)

      Usuń
  6. Wow, ile kolorówki!!

    Miałam Hug me, ale brokat mnie denerwował, uwielbiam za to Felling Feline <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooooo, nigdy nie zrobiłam takiej czystki poprzez zużywanie, a nie wywalanie :D
      Hug Me w ogóle mnie nie denerwuje brokatem, chociaż przy aplikacji faktycznie go czuć.

      Usuń
  7. Szampon z Equilibra od dawna chciałam, ale ciągle kupowałam coś innego :) Teraz dostałam próbki, więc zobaczę czy mnie nie podrażni :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ciekawa jestem, jak się u Ciebie sprawdzi.

      Usuń
  8. Egg Mellow Body Butter - polubiłam bardzo:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałaś pełnowymiarowe opakowanie czy też takie mini z Sephora Boxa?

      Usuń
  9. Mnie ciekawi ta marka Too Cool for School:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jej się muszę bliżej przyjrzeć, to masło ma naprawdę ciekawy zapach i fajną konsystencję, więc może są tam gdzieś inne skarby. Szkoda, że tak drogo, bo bym hurtem kupiła i popróbowała ;)

      Usuń
  10. Uwielbiam Twój styl pisania! :) Szampon Equilibra zapisuję na listę 'do wypróbowania'. Jeśli chodzi o kremowe żele Dove, to mam zupełnie odmienne zdanie na temat, potrafią wygenerować piękną pianę, ale ja zawsze używam myjki siatkowej. Tego wariantu zapachowego nigdy nie miałam wprawdzie, ale bardzo doceniłam inne, a moja sucha skóra jeszcze bardziej. Porządnie nawilżające myjadło robi różnicę! Teraz znalazłam coś jeszcze lepszego, a mianowicie olejki myjące z Yves Rocher, z którymi myślę, że nie polubiłabyś się, bo też nie pienią się jakoś szalenie (jeszcze mniej niż Dove).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za miłe słowa <3
      Equilibrę naprawdę warto wypróbować, szczególnie od kiedy jest łatwiej dostępne (widziałam w Hebe). Akurat myjki nie używam, więc nie mam się jak ratować z tworzeniem piany ;). Ale wiesz, u mnie piana nie jest absolutnie niezbędna, pod warunkiem że inne elementy układanki się zgadzają. W tym Dove zabrakło i piany, i zapachu, chociaż chętnie wypróbuję inne wersje zapachowe, bo brzmią zachęcająco :). A kosmetyki Yves Rocher pod prysznic bardzo, bardzo lubię i te olejki na pewno niebawem wypróbuję :). W ogóle olejki jakoś lepiej mi wchodzą niż ta kremowa formuła Dove.

      Usuń
  11. ja akurat jestem wielką fanką kremowych żeli dove i lubię tą ich konsystencję, a mój ulubiony zapach to pistacjowy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, jak sobie poradzili z zapachem pistacjowym – łatwo go zepsuć.

      Usuń
  12. Znam jedynie korektor, ale jak to ja nie popatrzyłam jak go kupowałam dokładnie na odcień i mam jeszcze ciemniejszy od Ciebie.. Nie pozostanie mi nic innego jak go wywalić :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Faktycznie, jeśli ciemniejszy od mojego i jeszcze ciemnieje na skórze, to raczej do niczego, chociaż może jako baza pod cienie by się nadał?

      Usuń
  13. Jakie ogromne denko i tyle kolorówki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zamierzam w najbliższych tygodniach dalej wykańczać pomadki, bo przez kilka lat blogowania nazbierałam ich o wiele za dużo i przez to nie kupuję żadnych nowości (mimo że uwielbiam!), bo przecież te leżą w szufladach i płaczą, a potem się zepsują ;P

      Usuń
  14. w sklepach już swetry, kurtki i płaszcze :( nieeee, lato nie odchodź.... znowu będziemy walczyć z zapaleniami oskrzeli i krtani :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, Ty mnie rozumiesz z tą chorobową pożogą :(
      Naprawdę uwielbiałam jesień, nie mogłam się jej doczekać w czasach przedtomaszowych, a teraz... byle do lata (bo nawet wiosna nie gwarantuje końca chorób).

      Usuń
  15. zuzycie pomadki daje ogromna satysfakcję to fakt. Juz się boję choróbsk ...ponoc szczepienie na grype jest dopiero od 6 r.z.

    OdpowiedzUsuń
  16. no wow! ile kolorowych pustaków! :)
    ja właśnie obmyślam plan pielęgnacyjy na jesień bo czeka mnie porzadne złuszczanie i oczyszczanie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też rozważam złuszczanie, tylko jeszcze nie wymyśliłam, jak duży będzie kaliber całej operacji ;)

      Usuń
  17. O mamuniu, ile tego! Miałam ten wariant Pony Huetchen, ale w wersji próbki, piękny zapach. Pod tym względem biją Schmidt's. Niestety te naturalne specyfiki na sodzie oczyszczonej podrażniają skórę pod pachami. I choćbym bardzo chciała, chyba jestem skazana na te niedobre dziadostwa z solami aluminium.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, jak wyglądała próbka :D
      Schmidt'sa nie próbowałam, ale po Waszych komentarzach nie zamierzam.
      Masz rację, soda może podrażniać – mnie się to przytrafiło wyłącznie po goleniu, ale to i tak sprawia, że w taki dzień już muszę użyć czegoś innego.

      Usuń
  18. Ja też uwielbiam Astor Hug Me <3 I też rozprawiłam się ostatnio z kolorówką. Sporo wyrzutków po terminie, w tym wspomniany Astor. Wyrzucam z bólem serca, ale nie udało mi się zużyć, a już trochę strach używać. Może fajnie byłoby kupić jaśniejszy Maybelline by ściemniał do odpowiedniego poziomu? Też go lubię :) I "przetrwać" to jedyne określenie, które pasuje mi do jesieni. I zimy. I wiosny :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, piona za Hug Me!
      A wiesz, Basiu, że ja też ostatnio wyrzucam? Przeglądam, wrzucam na twarz, jeśli mam wątpliwości, a potem wkładam do boxa Sephory, który coraz bardziej się zapełnia. Odkryłam przy okazji kilka perełek w zbiorach i pluję sobie w brodę, że leżały nieużywane przez tyle miesięcy :(. Ale coraz mniej mi szkoda rozstawać się z nadmiarem. Mam ochotę na nowe kosmetyki, a tu sumienie nie pozwala, bo tyyyyyle teeeego.

      Usuń
    2. Mi się jeszcze udało jakiś czas temu zorganizować szybkie rozdanie z "pełnowartościową" kolorówką. Taką, którą użyłam tylko raz do zeswatchowania (np. nie mój kolor) i była jeszcze w 100% świeża. Podałam szczegółowo daty otwarcia i PAO do każdego kosmetyku. Było aż 40 zgłoszeń na moim raczkującym Insta! Nie sądziłam, że ktoś będzie chciał "używki", a tu proszę! I bardzo fajnie się z tym czułam, bo dziewczyna się bardzo ucieszyła z wygranej, ja się ucieszyłam, że nie wyrzuciłam, a kosmetyki się ucieszyły, że ktoś je jednak chce :P Dlatego warto przebierać sobie na świeżo wszystko... Bo jak stare to już ani oddać, ani sprzedać, ani używać...

      Usuń
    3. Takie rozdanie też super, no i masz rację – przeleżane kosmetyki to największe zło. Nawet zużywanie tych nadających się jeszcze staruszków jest średnio sensowne, bo podczas gdy utrwalasz makijaż 3-letnim pudrem, Twoje świeże kosmetyki powoli się starzeją :).

      Usuń
  19. Hmm.. Wydaje mi się, że Scrub ze Skinfooda jest do twarzy :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, chyba masz rację! :D
      Na miniaturze nie widziałam żadnej adnotacji. Ale w takim razie i tak nie było wyjścia, musiałam go zużyć na nogach, bo mam naczynkową cerę i u mnie przejdą tylko peelingi enzymatyczne... :)))

      Usuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger