01.10.2017

Projekt denko, odc. 54

Tym razem zużyte opakowania ledwo zmieściły się w lnianej torbie, więc zanim zasiądziecie do lektury, przygotujcie sobie wiadro kawy lub herbaty. Czytanie co czwartej linijki to też jakieś rozwiązanie. 

zużycia września 2017

We wrześniu postanowiło skończyć się wszystko. Wielkie butle, zużywane od miesięcy, miniatury (to akurat było łatwe), nawet lakiery do paznokci, a nie od dziś wiadomo, że to spore osiągnięcie dla kogoś, kto ma ich trochę-jakby-za-dużo. 


Batiste – suchy szampon, Cherry (mini) – nie lubię, jak mi włosy pachną czymś... niewłosowym, dlatego to nie jest moja ulubiona wersja, ale zawsze sama pcha się do koszyka – a to z okazji promocji, a to w ramach gratisu do zakupów. Tej sztuki też nie kupiłam z własnej woli, wcisnęła się pewnie, kiedy wrzucałam do koszyka pastę do zębów. Dobrze, że z odświeżaniem fryzury radzi sobie tak samo jak Original i Fresh, które zwykle wybieram. 

Insight – Rebalancing – Sebum Control Shampoo /recenzja/ – zużyłam do końca (z niemałym obrzydzeniem, bo zapach zabija) i nie zmieniłam zdania: szampon dobrze oczyszcza, nie zabiera objętości, potrafi trochę zawalczyć o wydłużenie świeżości, ale spektakularnych efektów brak, za to przy zbyt częstym stosowaniu łatwo o przesuszenie włosów – stają się matowe i nieprzyjemne w dotyku. Nie wrócę. 

Cosnature – Shampoo Wild Rose (mini) – to mój pierwszy kontakt z niemiecką marką kosmetyków naturalnych. Zapach róży nie jest moim ulubionym, ale tu nie przeszkadzał, bo był naprawdę ładny i prawdziwy (ha, może dlatego, że dziki?!). Konsystencja rzadka, więc zużył się po 3–4 razach. Na tej podstawie mogę powiedzieć tylko tyle, że nie zrobił ani krzywdy, ani oszałamiającego wrażenia. Włosy były po nim miękkie, ale szybko zaliczały przyklap. Szybciej się też przetłuszczały. Nie mój ci on. 


Yves Rocher – Apple Delight – żel pod prysznic LE – limitowana edycja sprzed dwóch lat, którą zużyłam z wielką przyjemnością i bardzo żałuję, że jest nie do odzyskania (chociaż może jeszcze kiedyś...?). Denerwuje mnie tylko, że YR sprzedaje duże pojemności bez dołączonej pompki (trzeba ją dokupić osobno), a zamiast niej mamy wielką dziurę, z której rzadki żel wypływa zdecydowanie zbyt obficie. 

Joanna – Naturia – Mydło w płynie z grejpfrutem (zapas, 300 ml) – było najtańsze pośród konkurentów i już wiem, dlaczego: skończyło się po półtora tygodnia. Zapach grejpfruta ten, co zwykle: poprawny, taki sam znajdziecie w peelingu myjącym. Żeby sobie poużywać, najlepiej kupić od razu trzy zapasy i wszystkie wlać do butelki. Ze względu na beznadziejną wydajność: nie polecam. Czy ja dzisiaj przestanę się czepiać? 

Luksja – Creamy – Nawilżające mydło w płynie Olive & Yoghurt (zapas, 400 ml) – encyklopedyczny przykład mydła w płynie: poprawny zapach, odpowiednio gęsta, kremowa konsystencja, piana  akuratna, wydajność bez zastrzeżeń, cena bardzo przyzwoita, nie wysusza. Bezpieczna nuda.


Tołpa – Botanic – Gardenia tahitańska – Nawilżający szampon zwiększający objętość (mini) – nie mam do producenta pretensji, że ten szampon okazał się beznadziejny. Mam pretensje do siebie, że nie doczytałam maciupkich literek, które doprecyzowały, że jest to nawilżający szampon zwiększający objętość do skóry wrażliwej, normalnej i suchej. Moja jest wściekle-się-przetłuszczająca, więc jedyne, na co mogłam liczyć, to przyklap zamiast zwiększonej objętości i atak smalcu następnego dnia po umyciu głowy. 

Tołpa – Dermo Intima – Regenerujący płyn do higieny intymnej (mini) – kolejna miniatura tego żelu kupiona na wyjazdy i znowu mogę powiedzieć, że okolice intymne były ukontentowane. Być może zaryzykuję i kupię pełny wymiar zamiast żelu Perfecta Mama, którego zużyłam srylion butelek i już nie mogę patrzeć na etykietę z brzuchem ciążowym i uradowaną małą dziewczynką. Żeby nie było: nie mam nic ani do brzuchów ciążowych, ani do uradowanych małych dziewczynek. 

Tołpa – Dermo Face – Płyn micelarny do mycia twarzy i oczu – beznadziejny. Nie domywa, a tusz  z zapałem rozmazuje. Jak dostanie się do oczu, piecze niemożebnie. Powinni tego zabronić.


AA – Ochrona przeciwsłoneczna SPF 30 – Sun Protection Spray – tłusty (bo olejkowy), ale wygodny ochraniacz przeciwoparzeniowy. Sama pewnie postawiłabym na Biodermę lub inne cudo, ale zakup poczyniłam w ostatniej chwili na lotnisku przed wylotem na majówkę i nie miałam dużego wyboru. Okazało się, że strzał w ciemno był całkiem trafiony – skuteczność sprawdziliśmy z mężem w górach. Nikt się nie usmażył. 

Ecodenta – pasta do zębów wybielająca z węglem drzewnym – normalnie nie piszę o pastach do zębów, ale ta była eko-sexy-czarna i nie miała fluoru, co może być dla Was interesujące. Miała wybielać – nie wybielała. Miała myć – nie domywała. Nigdy wcześniej płytka nazębna nie tworzyła się tak szybko. A tak chciałam, żeby była dobra!

Norel dr Wilsz – Body Care – Gluco Stop Gel z kompleksem redukującym tkankę tłuszczową – tym razem recenzji nie będzie, bo używałam tego żelu zrywami: tydzień skrupulatnego wcierania i kilka tygodni przerwy. Powiem tylko, że szybko się wchłaniał, ale na właściwości nawilżające nie ma co liczyć. Ewidentnie do zadań specjalnych i wedle tego, co usłyszałam na spotkaniu z marką, powinien robić różnicę. Wierzę, tylko wciąż brakuje mi dowodów ;). 

Podopharm – Regenerujące serum do stóp /recenzja/ – świetny kosmetyk, który zawsze ratuje moje niedopielęgnowane stopy. Ładnie pachnie, szybko się wchłania. Hexxana twierdzi, że Podopharm ma w swojej ofercie jeszcze skuteczniejsze. Patrząc na ten, aż trudno w to uwierzyć, ale zaczęłam testy kremu z lipidami i... jest moc!


Swanicoco – Fermentation Peptin Eye Care Cream – recenzja tego kremu pod oczy czeka nieopublikowana, bo produkt zniknął ze sprzedaży. Dowiedziałam się, że marka zmienia opakowania (oby nie składy!) i ma wrócić do Europy w chwale. Na razie powiem tylko, że jestem bardzo na TAK.

Clinique – All About Eyes (mini) – wreszcie miałam okazję zmierzyć się z legendą, którą na zmianę ktoś się zachwyca lub oburza. Używałam tej miniatury na wszystkich letnich wyjazdach, więc zabrakło systematyczności, ale pewne przemyślenia udało się zebrać. Fajna jest kremowo-żelowa formuła, właściwie dość podobna do kolegi wyżej, a jeszcze fajniejsze jest to, że mimo żelkowości nie roluje korektora, więc nadaje się pod makijaż. Na noc dla mnie zbyt lekki i w ogóle niczego oszałamiającego w nim nie widzę – za tę cenę powinien robić większe wrażenie. Jest jeszcze wersja Rich – może ona więcej warta?

Norel dr Wilsz – MultiVitamin – Brightening Eye Cream /recenzja/ – gdyby mi nie rolował na skroniach podkładu, byłby idealny. Krem kupiłam mężowi, bo już przy poprzednim opakowaniu był bardzo zadowolony – tym razem nic się nie zmieniło. Używał go długimi miesiącami, ja czasem podkradałam na noc i też sobie chwaliłam. Krem bardzo treściwy i naprawdę wydajny. Czuję, że będą powroty. 

Zużyłam jeszcze próbkę It's Potent! Benefitu – miałam kiedyś miniaturę i byłam bardzo zadowolona, tym razem też mi się wydał sensowny. Oczywiście to nie tak, że te wszystkie kremy pod oczy wcierałam jednocześnie w twarz, szyję i cycki, żeby móc pochwalić się spektakularnymi zużyciami. Pokończyły się akurat w tym miesiącu. Czy ja to muszę w ogóle tłumaczyć?


Garnier – Płyn Micelarny 3w1 do skóry wrażliwej – świetny micel, to kolejna zużyta butla. I zobaczcie, jak tanio można go kupić w promocji! Nie jest gorzki jak równie świetna (i dużo droższa) różowa Bioderma, więc tym milej po niego sięgać. Świetne są też różowe i niebieskie Mixy. Może nawet świetniejsze, sama już nie wiem. 

Uriage – Eau Thermale (mini) – moja ulubiona woda termalna, bo nie trzeba jej wycierać z twarzy (u większości konkurentów jest to konieczne, bo inaczej wysuszają, zamiast nawilżać). Używam zamiast toniku lub żeby zwilżyć maskę glinkową.

Bielenda – Super Power Mezo Serum, Aktywne serum nawilżające /recenzja/ – nie nawilża tak, żeby mi majtki z wrażenia spadły, ale przyjemnie się go używa. Więcej w recenzji – czas przyspieszyć, bo pewnie już ziewacie.

Clarins – Huile Lotus – olejek do cery tłustej i mieszanej – używałam go w minimalnych ilościach na noc, chętnie w duecie z serum hialuronowym. Nawilżał, wygładzał, a zimą odnosił spore sukcesy w seboregulacji. Musiałam uważać z ilością, bo kiedy ładowałam go za dużo, zaraz pojawiała się przynajmniej jedna boląca, podskórna gula. Intensywnie pachnie geranium, co absolutnie mi nie przeszkadzało.

Sylveco – Brzozowa pomadka ochronna z betuliną – pachniała swoim naturalnym składem, więc nie sięgałam po nią tak często, jakby to było wskazane. Dużo łatwiej zmusić mnie do regularnej pielęgnacji ust, podtykając pod nos coś pachnącego, nawet jeśli działanie produktu jest takie sobie. Tutaj nie mam uwag, pomadka dobrze pielęgnowała, chociaż chyba nie przebiła działaniem mojej ulubienicy z Balei i miodowego balsamu z Nuxe.

Innisfree – The Green Tea Seed Serum (próbka) – próbki Innisfree starczają na długo, mają wygodne zamknięcie (próbka wielokrotnego użycia, duże łał), więc zdążyłam się zakolegować z tym serum i nawet obdarzyć je sympatią. Stanowi przyjemny krok w pielęgnacji ze względu na śliczny, świeży zapach zielonej herbaty, poza tym szybko się wchłania, więc pod makijaż w sam raz. Czekam, aż Innisfree rozgości się na naszym rynku. Ostatnio Magdanawakacjach doniosła, że maski tej marki są dostępne w słynnej krakowskiej drogerii Pigment, więc dobra nasza!


Rituals – The Ritual Of Sakura – patyczki zapachowe – pielęgnacja Ritualsa ma swoje dobre momenty, ale ogólnie nie piszczałam z zachwytu nad ich ofertą, w przeciwieństwie do wielu innych blogerek. Patyczków zapachowych z białej serii sama bym nie kupiła, ale poleciła mi je Agata Ma Nosa i faktycznie, strzał w dziesiątkę! Nie wiem, czy macie podobne doświadczenia z produktami tego typu, ale ja zwykle jestem z nich niezadowolona, bo pachną przez chwilę, mimo że olejku w butelce wciąż pod dostatkiem. Tu zapach utrzymuje się w łazience przez kilka tygodni. Naprawdę warto! 

Elizabeth Arden – 5th Avenue – tyle już o niej pisałam na blogu i Instagramie, że nie ma sensu się powtarzać. Moja ulubiona, mimo że tania i popularna, a chwalenie się miłością do tego zapachu nie jest w dobrym blogerskim tonie ;). Bardzo trwały, elegancki i kobiecy. Kolejna butelka w użyciu. I tak od ponad 10 lat... 

CD – Happy Deo – Orange Blossom – dezodorant w kulce, bez aluminium, za to z mnóstwem alkoholu, który czuć z daleka i który może wysuszać i podrażniać wrażliwą skórę. Ładnie pachnie pomarańczą, działa w dni nieupalne i niesportowe, ale bez rewelacji. Dezodoranty w kremie Pony Hütchen chronią lepiej.

Od pewnego czasu zabrałam się też za próbki perfum, bo mam ochotę na nowe zapachy i wierzę, że odkryję coś pięknego. Słynny La Vie Est Belle od Lancôme zauroczył mnie na chwilę, ale na razie jeszcze nie zdecyduję się na zakup. My Honey od Toni Gard nie porwał.


I wreszcie kolorówka. Do kosza lecą dwa tusze do rzęs: dający delikatny, ale piękny efekt Urban Decay Perversion (wersja mini) i trudny do kochania Outrageous Curl Dramatic Volume And Curl od Sephory /recenzja/. Sephorowy tusz zawsze sprawia, że ludzie zaczepiają mnie i pytają, co mam na rzęsach. Robi wrażenie, ale jest daleki od ideału, bo potrafi sklejać i jest absurdalnie niewodoodporny. Mimo wszystko wciąż po niego sięgam, bo jestem próżna i lubię słuchać komplementów ;). 

Skończył się korektor Flormar Perfect Coverage, który bardzo dobrze kryje, nie roluje się i lubiłam go pod oczami. Odcień 01 miał różowe tony, wolę beżowy 04 i ewentualnie sporo ciemniejszy 02. Szkoda, że nie jest w Polsce łatwo dostępny. 

To, że Sephora wycofała CC Eye Cream + Concealer, jest urodowym skandalem. Uwielbiałam tego pięknie nawilżającego żółtasa – był moim ukochanym korektorem do lekkich makijaży i do minerałów. Sephoro, za to co zrobiłaś, niech ci się zatnie kasa fiskalna!

Wywalam (a raczej odkładam do akcji Back2MAC) pomadkę MAC w odcieniu Please Me, bo mam ją od 2014 roku i użyłam może sześć razy. Ma odcień jasnego, pudrowego różu i zupełnie do mnie nie pasuje. Znudziło mi się patrzenie na nią z wyrzutami sumienia, a że nie chciała odejść z własnej woli poprzez zjełczenie, sama ją zaniosę do MAC-a i z przyjemnością wymienię na coś bardziej twarzowego. 

Próbka Benefit They're Real Push-Up Liner udowodniła, że tak, milion much się nie myli, a ten liner jest najgorszym w historii ludzkości. Kto umie zrobić nim ładną kreskę i lubi go używać, ręka do góry. Nie widzę...


Ciekawe, kiedy kupię sobie nowy lakier do paznokci. Myślę, że nieprędko, bo nie robię lakierowych zakupów od dwóch lat, a stare wciąż mają się świetnie. Wyrzucam kiepską bazę Orly Bonder, która nie dość, że nie przedłużała trwałości manikiuru, to jeszcze ją skracała, lakier Joko z serii Find Your Color w nieciekawym kolorze pozłacanej, zielonkawej sraki i wymalowanego do dna malucha L'Oreal Color Riche w moim ulubionym odcieniu Parisian Roof Top. Mam nadzieję, że wciąż jest w sprzedaży, bo wszystko jest w nim idealne. Podobny do Essie Chinchilly. Olejek do skórek z Essence leży w szufladzie już ze cztery lata, wciąż ładnie pachnie, ale te cztery przekonują mnie, żeby powiedzieć: paaaaa, olejku. 


Próbowałam zachować jakąś regularność w dogadzaniu skórze, ale udało mi się dojść do niezbyt imponującej częstotliwości: raz w tygodniu. Maski w płachcie w porządku – obie były mocno nasączone i zostawiły cerę mocno nawilżoną. Nic ciekawego nie zrobiła ananasowa maska Organique. Maska oczyszczająca z szarą glinką od Ziai nie wydała mi się już tak bardzo szałowa jak kilka lat temu, ale nie mogę odmówić jej delikatności. Plan na październik: więcej masek. 


Na koniec, ku mojej pamięci, próbki, wśród których najciekawsza okazała się ta z podkładem Lily Lolo w odcieniu Popcorn. Kończę właśnie LL w wersji Blonde – neutralny, może trochę brzoskwiniowy odcień. Jestem bardzo zadowolona z właściwości, niedługo będzie recenzja. Okazało się, że Popcorn jest dla mojej skóry idealny! Pewnie za chwilę już nie będzie, bo zima, bladość i te sprawy, ale kupiłam pełnowymiarowe opakowanie, nie zawaham się go użyć, a w najgorszym razie przekibluje w szufladzie do lata.

Nie dało się krócej. W następnym wpisie, dla równowagi, pokażę Wam, co dziwnego ostatnio piję zamiast kawy i opowiem, dlaczego w tym szaleństwie jest metoda. Będzie krótko, obiecuję!

42 komentarze:

  1. Piękne denko, gratulacje :) Nie chcesz tak siłą rozpędu opisać również mojego? :D Limitowane żele YR zawsze mnie kuszą, ale jakoś jeszcze nigdy nie udało mi się żadnego kupić... Zapach jabłek uwielbiam pod każdą postacią, więc ten Twój na pewno by mi się spodobał <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie ma sprawy, chętnie opiszę, a Ty w zamian porób mi piękne zdjęcia na bloga :D
      To były jabłka w karmelu... dla ultrałasuchów!

      Usuń
  2. Lubię Garniera i Uriage. Ale zaintrygowało mnie to, że nie lubisz, jak włosy pachną niewłosowo... :D To jak mają pachnieć? :D Mam ochotę na coś z Podopharm, ale ostatnio popłynęłam z zakupami i muszę dać na wstrzymanie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, Basiu, oczywiście mają pachnieć... włosowo ;), czyli tymi wszystkimi generycznymi zapachami szamponów i odżywek. Wiśnia kojarzy mi się z gumą do żucia albo galaretką, dziwnie mieć coś takiego na włosach, chociaż jeszcze dziwniejsze są te, o wiele mocniej aromatyzowane, nowsze wersje. Nie czuć perfum, bo unosi się nad Tobą mgiełka czegoś dziwnego... prosto z nie całkiem świeżej głowy :>

      Usuń
    2. Ufff, dzięki za sprostowanie, bo już myślałam, że kręci Cię włosowe sebum :D

      Usuń
  3. Duże denko, ale z tych wszystkich rzeczy miałam chyba tylko Tołpę i micela z Garniera. Garniera w Rossmanie można dostać nawet za 12 zł :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie jestem mistrzynią wyłapywania promocji, więc dobrze wiedzieć, dzięki! :)

      Usuń
  4. Hahahahaaa może i dobrze, że serum majtek nie zrywa :DDDDD za zimno na bieganie z bielizną w kostkach :PPP
    Uwielbiam Cię czytać :)))) pomimo, że 90% produktów nie znam (mam wodę uriage no i piątkę elizki używałam :P) to przeczytałam jednym tchem :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, Aniu, chodzenie bez majtek w październiku mogłoby się źle skończyć ;)
      Dziękuję za te piękne komplementy. Jest duża szansa, że jesteś jedną z niewielu osób, które przeczytały więcej niż co czwartą linijkę :D

      Usuń
  5. Miałam tylko różowego micela i właśnie muszę kupic :D Teraz w Biedrze są w zestawie dwa za 22zł :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi do Biedry zwykle nie po drodze i zobacz, jakie świetne promocje mnie omijają!

      Usuń
  6. Mnie bardzo kuszą kosmetyki Innisfree, niestety dostępność mocno ogranicza moje zapędy, ale faktycznie te opakowania próbek mają całkiem spoko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miejmy nadzieję, że zaraz coś się zmieni w temacie Innisfree. Trzymam mocno kciuki!

      Usuń
  7. Czyzbys Piła yerba mate ? Mnie ciekawi tusz benefit they Real ale jakoś się nie składa i o nim zwykle nie pamietam przy zakupach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Yerba nie jest aż tak dziwna :D
      U mnie tusz They're Real bez rewelacji, za to koleżanka Luiza z komentarza niżej uwielbia go, bo do jej pięknych, gęstych firanek idealnie się sprawdza :)

      Usuń
  8. Muszę wypróbować ten płyn do higieny intymnej Tołpy. Kupiłaś małe opakowanie w Rossmannie? Dlaczego mają małe, a nie mają dużych?

    Ja testuję teraz naturalny antyperspirant Lavery z pięknym (!) składem i jestem zachwycona. Żadnego aluminium, moje pachy odetchnęły, skóra mięciutka i nawilżona. Bo Nivea - ta z Twojego polecenia, miałam wrażenie, wyżerała mi wszystkie możliwe gruczoły. Za mocna.

    Ten tuszyk Sephorowy kusi mnie. Ale The Big Shot się super udał Maybelline, więc nadal polecam!

    W październiku na pewno poużywasz więcej masek, bo jest skurwysyńsko długi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mają duże w kilku wersjach, widziałam w Hebe. Nawet nie wiedziałam, która jest tą z miinatury :)

      Laverę w końcu wezmę, ale dobrze, że nie z tego sklepu na Kabatach dziś, skoro tak zdzierają. O Nivei zapomnij, to już jakiś inny antyperspirant niż ten, który polecałam.

      Usuń
  9. Lubiłam ten krem pod oczy Norela. Miło go wspominam. Męczę różowego Garniera - ja go totalnie nie lubię, nie domywa i pieką oczy...nie, nie i jeszcze raz nie! i nie! Miałam patyczki z Ritualsa na długo zanim był w Polsce, wersję zieloną. Faktycznie są fantastyczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To niesamowite, jak bardzo skrajne emocje może wywoływać ten sam kosmetyk :)

      Usuń
  10. Pokaźne denko :) Też mam pomadkę Please me i powoli się kończy, a szkoda, bo uwielbiam ten kolor!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kupiłam ją online, bo mi się podobały swatche, a potem na żywo niestety u mnie nie zagrało :(

      Usuń
  11. Faktycznie sporo tego, dużo miniaków zużywasz :). Zaciekawił mnie ten krem Norel :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, jakoś tak ostatnio wychodzi, to pewnie przez sezon wakacyjny :)

      Usuń
  12. Masakra! Dawno nie widziałam nigdzie takiego wielkiego denka i aż jestem w szoku! Też czasem mam miesiące kiedy kończy mi się kilka produktów, ale chyba nigdy aż tyle :P
    Myślałam o tym olejku z Clarins, ale boję się właśnie tego o czym pisałaś. Nie przepadam za podskórnymi, bolącymi nieprzyjaciółmi :P)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sporo miniatur robi sztuczny tłok ;)
      Jeśli Twoja skóra ma tendencję do zapychania, to lepiej poszukaj innego olejku, ten jednak sprawia problemy. Bardzo go lubię, ale trochę przez niego miałam problemów...

      Usuń
  13. Ładnie ci poszło :)
    Żółty korektor z Sephory podobno ma wrócić w zmienionym opakowaniu.

    OdpowiedzUsuń
  14. Suchy szampon wiśniowy w sumie lubiłam, ale miałam dużą butlę i pod koniec już zapach mi się znudził całkowicie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, niby ładny, ale coś z nim jest nie tak.

      Usuń
  15. A ja z kolei uwielbiam zapach różanych kosmetyków, więc te wypróbowałabym o wiele chętniej :)

    OdpowiedzUsuń
  16. mamy podobne odczucia w kwestii pasty ecodenta, micela garniera oraz dezodorantu cd :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A próbowałaś w końcu tę Mixę? bo nie pamiętam. Dla mnie rewelacja!

      Usuń
  17. U mnie pasta Ecodenta dobrze myje zęby, ale oczywiście nie wybiela.

    OdpowiedzUsuń
  18. Piękne denko! Ja należę do zagorzałych fanek różowej Sensibio z Biodermy, ale jeśli prawdą jest że różowy Garnier działa podobnie to już mnie masz! ;-)) Tolpa mnie także nie powaliła jak na razie żadnym swoim kosmetykiem, choć przyznaję że nie używałam ich zbyt wiele. Jedna maska w tygodniu - to supr postanowienie, może tez powinnam je sobie zadać? ;-)) Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbuj Mixę :) Tak sobie myślę, że jednak jest jeszcze fajniejsza od Garniera ;).

      Usuń
  19. Całkiem dużo kosmetyków :D różowy Garnier jest najlepszy ze wszystkich płynów micelarnych ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Też tak mam z tym tuszem z Sephory - efekt wydłużenia super, ale jest bardzo nietrwały :P

    OdpowiedzUsuń
  21. A dlaczego chwalenie się zapachem 5th Avenue od Elizabeth Arden nie jest w dobrym blogerskim tonie? :) Pytanie retoryczne, wiem, o co chodzi;).
    Ten klasyczny zapach jest lepszy od kilku nowości perfumeryjnych tego roku, o których tak głośno było w blogosferze;).
    Totalnie nie jest on w moim guście (pamiętam, że dostałam kiedyś w prezencie największą pojemność za pewną przysługę, ale już po pierwszym użyciu oddałam go komuś, kto umiał go docenić;)), co nie zmienia faktu, że jest dobrze zrobiony;).

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger