14.11.2017

Maybelline, The Blushed Nudes: zmarnowany potencjał

Jesienny kryzys twórczy podpowiada mi, żeby zakopać się pod kocem z książką i kubkiem herbaty, ale pomyślałam, że tak łatwo się nie poddam i zanim to zrobię, zostawię Was z szybką recenzją palety The Blushed Nudes. 



Muszę zaznaczyć, że moja wersja pochodzi z USA, co może robić różnicę – podobno robiło w przypadku poprzedniej edycji nudziaków z Maybelline: The Nudes Eyeshadow Pallette. Paleta amerykańska była lepiej oceniana od europejskiej, ale po szczegóły muszę odesłać Was do internetu, bo sama nie miałam żadnej z nich. No cóż, jeśli moja The Blushed miałaby być tą lepszą wersją, to znaczy, że marka Maybelline w tworzeniu cieni jest równie dobra, co niedrogie, polskie Wibo. Dramatu nie ma, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że ktoś tu spierniczył całkiem dobry pomysł.

The Blushed Nudes to 12 cieni w chłodnej, różowej tonacji, które mieszkają w kasetce z kiepskiego plastiku. Pierwsze, co zwróciło moją uwagę, to fakt, że mamy tu tylko jeden (sic!) matowy cień (pierwszy rząd, drugi od prawej), a reszta to perły, satyny plus mat z grubym brokatem. Jedyne, czego mogę użyć jako cienia gruntującego moją powiekę z nadmiarowym, upierdliwym fałdem skórnym, to jasny, chłodny, matowy beż, którego jednocześnie używam do zaznaczania załamania na początku mojego makijażu. 


Jak zobaczycie niżej, baza trochę pomaga podbić kolory, ale to wciąż jasna paleta do jasnych makijaży. Chciałabym powiedzieć, że dziennych, ale nie każdy lubi, jak mu powieki połyskują w pracy czy w szkole na milion sposobów. The Blushed Nudes to taka jakościowa hybryda: z jednej strony fajna, modna kolorystyka, a z drugiej – zupełnie staroświeckie wykonanie. Cienie są niezbyt imponująco napigmentowane i część z nich lepiej aplikować palcem. Trochę zbyt chętnie osypują się w palecie. Jasne kolory zlewają się ze sobą, przy rozcieraniu ciemniejsze tracą moc, ale można dokładać do uzyskania satysfakcjonującego nasycenia koloru. Na dobrej bazie makijaż trzyma się przez cały dzień, więc tu nie ma problemu. Najjaśniejszy, prawie biały cień, powinien występować w przyrodzie jako samoistny byt, bo ciężko się go blenduje z czymkolwiek z palety i zawsze jest bardzo widoczny. Nie brzmi to zbyt zachęcająco, przejdźmy więc do swatchy:

Na dole pokazałam z bliska dwa ostatnie cienie, żeby uwydatnić poziom blasku i grubo zmielony brokat.

Nie przekreślam wartości tej palety z powodu średniej pigmentacji, bo wiem, że przy szybkim, dziennym makijażu możliwość roztarcia mgiełki niezbyt mocnego koloru może być dużą zaletą. Poza tym cienie aplikowane na bazę palcami ładnie przyczepiają się do skóry i w tym scenariuszu większość odcieni się broni. Oprócz matowego cielaka zdecydowanie brakuje średniego, matowego brązu do zaznaczania zewnętrznego kącika i wyciągania cienia powyżej załamania. Wywaliłabym też brokat z najciemniejszego brązu, bo po pierwsze: wcale ładnie nie wygląda, po drugie: to nie jest paleta wieczorowa, a po trzecie: i tak większość brokatu znika przy rozcieraniu. Niestety, nie cały.

Gdyby było tu więcej matowych cieni, chętnie wracałabym do The Blushed Nudes w moim codziennym, jesienno-zimowym makijażu i może nawet zachęcałabym Was do zakupu. Niestety, pierwsze cztery najjaśniejsze cienie za bardzo przypominają mi najgorszą paletę w historii, czyli Catrice Absolute Bright. Mogło być pięknie, ale moim zdaniem producent zmarnował potencjał. Gdybym miała wybrać jedną paletę dziennych cieni na bezludną wyspę lub w podobnie idiotyczne miejsce, w które wyobraźnia każe nam się wybierać dla sensownych porównań, o The Blushed Nudes nawet bym nie pomyślała. Na pewno nie poleciłabym jej osobom, które mają opadającą powiekę, małe oczy i potrzebują czegoś matowego powyżej załamania. Tu, bez wsparcia innego produktu, nie da się stworzyć satysfakcjonującego makijażu z naszej epoki. W towarzystwie matowego brązu z innego źródła jak najbardziej jest to możliwe, więc czemu, drogi producencie, postanowiłeś owego brązu nie dodawać?? 

Pięćdziesiąt pięć złotych za 12 cieni to w tym przypadku gruba przesada. Paletę można kupić przez internet w odpowiednio niższej cenie, ale i tak trzeba doliczyć koszty wysyłki. Jedynym rozsądnym krokiem jest jej zakup w promocji -49% w Rossmannie lub w internecie, ale tylko przy okazji innych kosmetycznych sprawunków. I oczywiście pod warunkiem, że to, co widzicie na swatchach, w jakikolwiek sposób Was do tego przekonuje.

Ile: 9,6 g
Cena: ok. 55 zł bez promocji
Dostępność: szafy Maybelline, sprzedaż internetowa

PS Nie widzę na opakowaniu informacji o PAO. Może była na kartoniku, ale niestety, już dawno zasilił lokalne wysypisko.

25 komentarzy:

  1. To może jakaś herbatka z prąde?m ;) Mam sentyment do Maybelline :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja coraz mniej fajnych rzeczy znajduję w ich szafie. Hmmm.

      Usuń
  2. nie wiem czemu, ale patrzac nawet na cienie w paletce t juz widac ze szalu nie ma z pigmentacja :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Nie miałam kontaktu z tą paletką, ale przy tej cenie mogłaby być lepszej jakości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przede wszystkim mogłaby być bardziej przemyślana.

      Usuń
  4. Piękne kolory, ale mam właśnie opadające powieki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mam :). Używam jej, ale nigdy samodzielnie, muszę dołożyć matowe cienie, żeby jakoś to wyglądało.

      Usuń
  5. Kolor ładne, ale chyba gorzej z pigmentacją.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Prawda. Dla mnie to nie jest wada, czasem jestem bardzo wdzięczna cieniom za średnią pigmentację (ale nigdy za słabą!). Największą wadą tej palety jest dobór wykończeń i brak matów do konturowania oka.

      Usuń
  6. ech, odkąd pamiętam cienie tej marki są dość kiepskie... dlatego po kilku próbach nawet nie patrzę w ich kierunku...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja sobie nigdy tego na głos nie powiedziałam, ale po głębszym zastanowieniu chyba muszę Ci przyznać rację...

      Usuń
  7. Szkoda, że pigmentacja nie jest mocniejsza

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dla mnie nie byłoby szkoda, gdyby w palecie były jakieś matowe cienie do konturowania oka :)

      Usuń
  8. Właśnie szukam jakiejś dobrej paletki, która będzie się długo utrzymywać:) Ta ma bardzo ładne kolory:)

    OdpowiedzUsuń
  9. Jak dla mnie za dużo jest tu jasnych i podobnych do siebie koloru. Paletę o nazwie The Blushed wyobrażałabym sobie jeszcze bardziej różowo :)

    OdpowiedzUsuń
  10. brakuje mi matów, więc odpada dla mnie

    OdpowiedzUsuń
  11. Mnie nie zachecaja te palety wlasnie przez te blyski a brak matow ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. No kolory może nie najgorsze ale ja zdecydowanie cienię sobie czas przy robieniu makijażu i wolę coś z mocniejszym pigmentem :D.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi często więcej czasu zabierają makijaże z udziałem mocno napigmentowanych cieni ;)

      Usuń
  13. Odpowiedzi
    1. Z dodatkiem matów z innego źródła dałabyś radę i na pewno by Ci się spodobało, ale... ona powinna być samowystarczalna!

      Usuń
  14. Ta paleta zupełnie mnie nie kusiła, a po Twojej opinii to już w ogóle ;) Natomiast zastanawiam się nad zakupem tej klasycznej, właśnie do dziennych, zwyczajnych makijaży, w których średnia pigmentacja byłaby dla mnie atutem... Mam możliwość upolowania jej za 30 zł i rozważam wszystkie za i przeciw :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja z tej klasycznej zrezygnowałam, bo stwierdziłam, że tyle mam beżo-brązów innych firm, że już mi wystarczy :D. Tam chyba też głównie połyskujące cienie, więc nie wiem, czy to taki dobry wybór hmmm

      Usuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger