29.12.2017

Makijażowi ulubieńcy 2017

To był dla mnie nietypowy makijażowo rok. W styczniu wypowiedziałam wojnę nadmiarowi, co zaowocowało skromniejszymi niż zwykle zakupami i regularnymi powrotami do dawnych zbiorów. Szło dobrze, ale potem była majówka w Nowym Jorku i... hm, no cóż, przybyło makijażowych braci i sióstr. Podsumowanie trochę mnie zdziwiło, bo podkładem roku został sypki (fuuuuu) minerał (yyy, co?), a pudrem roku równie sypki (szok, niedowierzanie) reprezentant Korei Południowej. Zaskakujący jest też fakt, że takie podsumowanie w ogóle powstało. Trudno w to uwierzyć, ale to pierwszy tego typu wpis na moim blogu! 



Wybrałam dziewięć kosmetyków i pędzel. Wszystkie były regularnie (czasem okresowo i zależnie od pory roku) używane i otaczane należytą czcią przy codziennym makijażu. Co ciekawe, nigdy nie wystąpiły na mojej twarzy razem. Powitajmy brawami złotą dziesiątkę AD 2017!

Makijażowi ulubieńcy roku 2017

Jak już wspomniałam, nieco dziwny wydaje się mój wybór ulubionych kosmetyków do makijażu twarzy, bo jestem osobą, której sypkie produkty przeszkadzają, a minerały raczej zwisają. W tym roku używałam różnych podkładów, zwykle tych tradycyjnych, w płynie, ale za każdym razem największe wrażenie robił na mnie mineralny Lily Lolo w odcieniu Blondie. Mimo dużej podkładowej rotacji, udało mi się zużyć prawie w całości 10-gramowe opakowanie. W 2017 testowałam również sypańce z Neauty i Annabelle Minerals, ale tylko Lily Lolo tak ładnie wyglądał na skórze i tak długo utrzymywał mat! No właśnie, ta cecha najbardziej mnie zaskoczyła. Latem, mimo wysokich temperatur, moja tłusta strefa T nadzwyczaj długo wyglądała dobrze. Nie wierzyłam w to, co widzę i w ogóle dziwiło mnie, że podkład mineralny może tak ładnie wtapiać się w cerę i jeszcze przy okazji sporo zakrywać. Wczesną jesienią dokupiłam mocno żółty (zupełnie jak moja szyja...) i nieco ciemniejszy odcień Popcorn, ale nie zdążyłam się nim nacieszyć, bo nasza piękna aura szybko pozbawiła mnie resztek opalenizny. Najwyraźniej moja skóra lubi oddychać pod warstwą podkładu, co postaram się wziąć pod uwagę w kolejnych latach, mimo że nie cierpię babrać się w sypkich, fruwających po pokoju pudrach.

Lily Lolo podkład w odcieniu Blondie, swatch

Innisfree No-Sebum Mineral to z kolei najbardziej matujący kosmetyk, z jakim kiedykolwiek miałam przyjemność. Niedawno na blogu była recenzja, dlatego tylko szybko wspomnę, że jest sypki, transparentny, zostawia skórę niesamowicie gładką w dotyku i totalnie matową, co nie każdemu przypadnie do gustu. Tak naprawdę im jestem starsza, tym mniej mi zależy na macie, szczególnie na co dzień. Ale kiedy już opuszczę moje norkowo i wyjdę do ludzi (po zmroku! aua!), dużo bardziej komfortowo czuję się ze strefą T, w której nie odbija się żyrandol. W tych niesprzyjających okolicznościach przyrody i różnych innych też Innisfree służył pomocą, aż cały się zużył. Na szczęście mam drugie opakowanie.

Z Nowego Jorku przywiozłam korektory Maybelline Instant Age Rewind w trzech odcieniach, z których tylko jasny, różowy Fair okazał się nie dla mnie. Pozostałe dwa: neutralny Light i wyraźnie żółty Neutralizer w tym roku regularnie trafiały pod oczy i ukrywały wszystko to, czego nie chciałam pokazywać światu. Mniej więcej wszystko. Nie dają pełnego krycia, dlatego przy mocniejszym makijażu twarzy i oczu sięgałam po innych zawodników, ale na co dzień Maybelline zupełnie mi wystarcza, podoba mi się też lekka, nawilżająca formuła. Minus: szybko znika z opakowania.

Kilka miesięcy temu w moje ręce trafił cudowny pod każdym względem pędzel Lovenue Foundation Brush nr 12. Jest z niewiarygodnie miękkiego taklonu i stał się odkryciem roku, po tym, jak po raz pierwszy użyłam go do aplikacji płynnego podkładu. Ten skośnie ścięty flat top zdeklasował rywali z Hakuro i Hebe – nakłada podkłady bez smug i tak pięknie wpracowuje je w skórę, że efekt spokojnie mogę porównać do tego po użyciu gąbki. Z gąbkami wygrał dlatego, że dużo szybciej nakłada, co ma do nałożenia i łatwiej się go myje. W przeciwieństwie do Hakuro, nie gubi włosia.


Jako pierwsza w tym roku chwyciła mnie za serce pięknie pachnąca czekoladą paleta cieni Tarte – Tartelette In Bloom. Kupiłam ją jako chłodne zestawienie beżo-różo-brązów, a ona zdziwiła mnie swoim bijącym nie wiadomo skąd ciepłem. Jej zalety to: dobra pigmentacja, odpowiednia miękkość i odcienie idealne do codziennego makijażu, a do tego przewaga matów, urodziwe błyskotki i łatwość rozcierania. Oczywiście nie bez znaczenia jest też piękna, dobrze wykonana kasetka z dużym lusterkiem w środku – to wszystko sprawiło, że nie tylko chętnie po nią sięgałam na co dzień, ale też z przyjemnością zabierałam ze sobą na tegoroczne wyjazdy. Jedyne, co mam do zarzucenia temu produktowi, to pylenie przy nabieraniu cieni na pędzel. Cała reszta: miodzio. Po swatche odsyłam Was do podlinkowanej recenzji.

Kolejne tegoroczne zaskoczenie to kredka do brwi zupełnie nieznanej marki kosmetyków naturalnych Bo-Ho Green Make-Up, którą kupiłam kiedyś przypadkiem w katowickim Rossmannie. Mam numer 03, wersja dla blondynek – ani za ciepła, ani za jasna. Kredka ma woskową teksturę, bardzo podpasował mi kolor, trzyma się cały dzień. Nie widziałam jej w żadnym innym Rossmannie, ale na szczęście można ją kupić online. W tym roku przywiozłam ze Stanów pomadę i kredkę Anastasia Beverly Hills, ale poużywałam krótko, potem kupiłam Bo-Ho i nie odkleiłam się od niej do dziś. To miłość. PS Korektor tej samej marki jest beznadziejny. 


Oprócz korektora Maybelline, z Nowego Jorku przywiozłam dwóch innych tegorocznych ulubieńców: miękką, świetnie napigmentowaną kredkę Buxom w odcieniu Here's My Number i tusz do rzęs Tarte – Lights, Camera, Lashes, który na moich rzęsach wyglądał fantastycznie przez sześć miesięcy i dopiero teraz z wielkim bólem serca wrzuciłam go do torby ze zużyciami grudnia. Buxom to marka, której bardzo bym sobie życzyła w polskich Sephorach. Kiedyś koleżanka z Kanady przywiozła mi dwa cienie od nich i okazały się fenomenalne jakościowo. Z kredką jest tak samo: ma genialną pigmentację, zastyga na beton i jest praktycznie nieusuwalna. Żałuję, że nie kupiłam więcej kolorów, ale sephorowe ceny niestety nie sprzyjają zakupowym wybrykom. O tuszu wspominałam wiele razy. Pięknie i naturalnie podkreśla rzęsy, ma idealną, niewydziwioną, nylonową szczotkę i maluje tak, jak powinien malować każdy tusz do rzęs, ale z jakiegoś powodu ciężko trafić na dobry. Podobnie jak w przypadku Buxom, trzymam kciuki za pojawienie się Tarte w Polsce. Na razie nie pozostaje mi nic innego jak zamówić Lights, Camera, Lashes przez internet i modlić się, żeby był świeży.

Jesienią odkryłam czarny eyeliner Clinique Pretty Easy, dzięki któremu znowu regularnie maluję kreski na górnej linii rzęs. Moje oczy nie są stworzone do pięknych jaskółek, ale dodanie głębi spojrzeniu poprzez optyczne zagęszczenie rzęs u nasady to zawsze dobry pomysł. Zwykle używam do tego celu ciemnego cienia i cieniutkiego pędzelka Kozłowski, ale to nie to samo co porządny, czarny akcent. Eyeliner Clinique potrafi wymalować cieniuśką psitkę i grubszą, konkretną kreskę też, łatwo sunie zarówno po gołej powiece, jak i po cieniach, no i jeszcze ani razu się nie przytkał w trakcie, co zdarzało się eyelinerowi Pierre Rene, którego wcześniej używałam. Minus: jest niewodoodporny, ale jeśli nie zwykłyście popłakiwać w ciągu dnia i nie grzebiecie palcami przy oczach, nic złego nie powinno się wydarzyć.


Nie wspomniałam jeszcze o płynnej, matowej pomadce Kat Von D w odcieniu Double Dare. Nie jest to pewnie najlepsza pomadka świata, ale od kiedy kupiłam ją w maju, regularnie do niej wracałam przy bardziej wyjściowych makijażach. Czytałam opinie o brzydkim zjadaniu się płynnych matów Kat, ale moja nie odpadała kawałkami, tylko tworzyła przyzwoite ombre. Może to zależy od koloru? Przez cały ten rok, w codziennych makijażach, wracałam do mojej kolekcji maczków, bo skupiam się na jej uszczuplaniu, zanim zjełczeją stadnie. Prym wiodły Hot Gossip i Viva Glam V.

Tak prezentuje się mój idealny zestaw makijażowy, którego nigdy nie użyłam :). To produkty, których używałam często i które mnie nie zawiodły. Widzicie coś ciekawego?

34 komentarze:

  1. U mnie też dziś taki wpis:)
    Innisfree mam i liczę, że się fajnie sprawdzi również u mnie:)

    OdpowiedzUsuń
  2. U mnie będzie jutro podobny wpis. Bardzo fajne i ciekawe kosmetyki, chętnie wypróbuję jak wyliżę swoje rany po świętach ;)

    OdpowiedzUsuń
  3. Pędzel! one mi się tak podobają ale ich cna -,-

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dlatego zacznij od puchacza, a potem zobaczysz, co dalej ;)

      Usuń
  4. Bardzo bym chciała jakiś puder mineralny. Może właśnie na LiliLolo się skuszę, ale muszę zużyc to co mam. Już nie robię zapasów :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zapasy, drażliwy temat, nie poruszajmy go ;)

      Usuń
  5. Teraz będę testować ten sam kolorek od Lily Lolo, a z Clinique Pretty Easy nie jestem zadowolona :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A co Ci się w tym linerze nie podoba? Trwałość?

      Usuń
  6. O, to musisz wszystko nałożyć w końcu razem na buzię, będzie oszałamiająco!

    Bardzo kusisz korektorem od Maybelline i chyba po niego sięgnę (choć z NYX - od Ciebie! :) - jestem mega zadowolona). One są już w Polsce, prawda?

    Ja mam jakąś małą obsesję na punkcie Tarte i w Stanach zamierzam zaszaleć i kupić sobie jakiś ich podkład. Myślałam wstępnie o tym: http://tartecosmetics.com/EU/en_PL/collections/rainforest-of-the-sea/water-foundation/771.html?cgid=collections-rainforest-of-the-sea#start=7 ale zobaczymy, co mi pani w Sephorce powie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maybelline są, ale mają inne nazwy i nie ma wszystkich odcieni. Są raczej ciemne.
      Tego podkładu nie znam :(

      Usuń
  7. Niestety korektor z czasem mnie zawodzi, dodaje lat, ale sliczna jest ta paletka Tarte :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba go dobrze wpracować i szybko utrwalić – bez pudru też mi się potrafi zebrać w zmarszczkach, których PRZECIEŻ NIE MAM I NA PEWNO NIE SĄ PRAWDZIWE :P

      Usuń
  8. Zawsze mnie zaskakują pochwały pod adresem tego korektora, bo w moim przypadku wypadł bardzo... przeciętnie, nienadzwyczajnie? Taki nawet nie zwyklak.
    Muszę wreszcie wypróbować ten puder matujący.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To nie jest najlepszy korektor, jaki znam, ale używałam go regularnie w tym roku, więc musiał tu trafić :)

      Usuń
  9. O rany, ale szybko podsumowanie! Tylko ja się tak guzdram? Wiesz, że nie używałam żadnego kosmetyku z Twojego zestawienia? Kilka znam ze słyszenia, Innisfree mam nawet w szufladzie, ale jeszcze się do niego nie dobrałam :) Jestem ciekawa, czy Twój zestaw razem by się sprawdził :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie na blogu w grudniu wszystko wolno, więc przynajmniej podsumowanie na czas ;). A zestaw razem mógłby nie zadziałać, bo po co pudrować LL, który dobrze trzyma mat? :D

      Usuń
  10. ciekawi ulubieńcy :) mam tylko korektor, ale zdania o nim jeszcze nie mam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, czy polska wersja czymś się różni od amerykańskiej

      Usuń
  11. Korektor i pomadka z Kat <3 <3 <3 Ta paleta jest cudowna! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, paleta śliczna i bardzo miła w obsłudze :)

      Usuń
  12. ladna ta paleta, musze kiedys obejrzec z bliska gdzies ;)

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo ładnie Agatko, cacy podsumowanie a kompozycja PRZE! chociaż wiem, że pomagały małe rączki ;)
    Nie wiem czemu ale myślałam, że nie jesteś zadowolona z paletki Tarte!? dziwne, tak sobie czasem coś wbiję do głowy i sama zaczynam w to wierzyć hehehe
    Dziwne jest także, że wśród Twoich ulubieńców, są moje dwa rozczarowania - no cóż natury nie oszukam i to one najprawdopodobniej pojawią się w moich podsumowaniach hehee :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Małe rączki pomagały bardzo, ale ustawiły tak, że się nie turlało! :)
      Tarte lubię, coś Ci się pokićkało. I wiem, że do rozczarowań trafi tusz, a drugie to co?

      Usuń
  14. bardzo lubię podkład Lily Lolo (mój odcień to China Doll), choć na mnie nie trzyma matu, ale i tak dobrze wygląda na skórze przez cały dzień.

    korektor Maybelline nie został moim ulubieńcem, ale zły nie był.

    ja też trzymam kciuki za Tarte w Polsce!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tej porze roku pewnie też by mi pasował China Doll, taka jestem blada :)

      Usuń
  15. Paletki Tarte zazdraszczam z całego serca :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U Hani w sklepie jest dostępna jakby co. Tak tylko mówię ;)

      Usuń
  16. Minerały Lily Lolo i Innisfree. :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Piekna paletka ;) maybelline to moj ulubiony korektor pod oczy ;)

    OdpowiedzUsuń
  18. a ja bardzo lubię kolorówkę i będzie jej u mnie duzo w ulubiencach roku :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Paletka cieni śliczna :) A korektor Maybelline to już hit - muszę go wypróbować!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger