01.12.2017

Projekt denko, odc. 56

Listopad to kolejny miesiąc, w którym nie szalałam ze zużywaniem. Zamieszanie widoczne na zdjęciu zawdzięczam głównie makijażowo-lakierowym wyrzutkom. Czyżby odechciało mi się zaawansowanej pielęgnacji? 



Bez przydługich wstępów przejdźmy do rytualnego, comiesięcznego przeglądu kosmetycznych śmieci. Najpierw pachnące myjaki: 


Joanna – Naturia – Odświeżający żel pod prysznic, Mango i papaja – zupełnie nic specjalnego. Lubię owocowe żele pod prysznic, ale ten miał tak przeciętny zapach, że absolutnie nie zachęcił mnie do powrotu. Niewielka pojemność i rzadka konsystencja sprawiły, że żel szybciej się skończył, niż zdążyłam się nim zmęczyć. Dużo milej wspominam peelingi pod prysznic tej marki i cudowny, choć wodnisty, kawowy olejek myjący z pianką o boskim, niezapomnianym aromacie.  

Balea – Frozen Breeze LE – żel pod prysznic – śliczny, delikatny zapach, dzięki któremu z przyjemnością sięgałam po ten żel. Szkoda, że to limitka, ale z Baleą zazwyczaj jest bardzo przyjemnie, dlatego właściwie bardziej szkoda, że drogerii DM nie ma u nas. O zapachy się nie martwię – zawsze znajdzie się w ofercie coś wartego uwagi. 

Wellness & Beauty – żel pod prysznic Mango & Papaja (miniatura) – hmm, mango i papaja? Znowu? Było już kiedyś takie denko, w którym miałam fazę na mleko i miód. Najwyraźniej tym razem ukryta mango-obsesja dała o sobie znać. Ten żel na pewno był lepszy pod każdym względem od kolegi z polskiej Joanny, ale to jeszcze nie takie mango, jakie sobie wymarzyłam, robiąc szalone, mangowe zakupy ;). 

Isana – Mango & Pomarańcza – mydło w płynie (zapas) – Niespodzianka! Kolejne mango! Tym razem w towarzystwie mało wyczuwalnej pomarańczy. Ładna, owocowa kompozycja, która nie męczy, dlatego chętnie do niej wracam. Pieni się dobrze, cena zachęca (szczególnie w promocji). Przyjemne nic specjalnego. 


Equilibra – Strenghtening Anti Hair-Loss Shampoo /recenzja/ – mam wrażenie, że szampony Equilibry kiedyś lepiej mi służyły. Teraz, mimo że podoba mi się efekt po myciu, skóra szybciej się przetłuszcza, co było szczególnie zauważalne przy wersji z arganem i keratyną. Na ochronę przeciw wypadaniu nie liczyłam, tylko ruszyłam z Biotebalem. Na razie włosy pod kontrolą, choć wciąż przetłuszczają się na potęgę. 

DermoFuture Precision – DF5 – Kuracja przyspieszająca wzrost i zapobiegająca wypadaniu włosów – wcierka z dużą ilością alkoholu, więc używałam jej tylko od czasu do czasu. W związku ze wspomnianym od-czasem-do-czasem, nie zauważyłam efektów. Albo mój błąd, albo błąd producenta, że wlał do butelki tyle wysuszającego alkoholu denaturowanego (drugie miejsce w składzie). Aplikator też mi się nie podobał, bo w trakcie rozpylania produktu majtał się na wszystkie strony i nie umiałam go od tego odwieść. 

Kevin Murphy – Plumping Wash – Szampon pogrubiający (miniatura) – zamówiłam tę miniaturę w duecie z pełnowymiarową, zabójczo drogą odżywką, przy okazji jakiegoś weekendu zakupowego. Niby widziałam, że napisali „40 ml”, ale chyba źle to sobie zwizualizowałam. Za tę mikrą butelkę sklep Hair2Go życzy sobie... 30 złotych! Na szczęście była promocja i kupiłam mój szampon dla krasnoludków za pół ceny. Kosmetyki tej marki są bardzo drogie, ale wciąż mam wrażenie, że sprzedawanie kosmetyku wielkości próbki za trzy dychy to gruba przesada. Szampon mocno pachnie starą pudernicą i nawet nie zdążyłam wyrobić sobie zdania na jego temat, bo skończył się po trzech użyciach. Raczej bez rewelacji. 

Dove – Go Fresh, Pomegranate & Lemon Verbena – po tym, jak Nivea zmieniła coś w składzie swojej kulki Dry Comfort Plus i owa kulka przestała dobrze chronić przed potem, wróciłam do sprawdzonego antyperspirantu Dove. Po raz kolejny nie zawiódł, więc podejrzewam, że jeszcze nie raz się spotkamy. 

Bioderma – Photoderm SPF 30 spray – w zeszłym sezonie bardzo polubiłam ten filtr przeciwsłoneczny i wciskałam go moim chłopakom. Większego chronił w czasie górskich wycieczek (do biura filtr mu niepotrzebny...), a mniejszego – w trakcie codziennych spacerów w słońcu. To, co wypsikujemy ze środka, jest lekkim, łatwo wchłaniającym się i ładnie pachnącym mleczkiem, którego można używać również na twarz. Chętnie wrócę w przyszłym, letnim sezonie. W tym o nim zapomniałam i teraz wywalam pół butelki, nieutulona w żalu po zbyt krótkim lecie. 


Norel Dr Wilsz – Skin Care Face Cream UV Protection SPF 30 – ten krem testowałam na początku tego roku, ale szybko oddałam go mamie, bo jego półtłustość niestety okazała się dla mojej strefy T zbyt tłusta. Miał ładny, niveowy zapach, doceniam go za wysoki filtr, ale ani ja, ani mama do niego nie wrócimy, bo mimo że został zużyty do końca, u mamy pojawiły się na czole czerwone plamy uczuleniowe, które po odstawieniu kremu szybko zniknęły. Mamusiu, następnym razem nie kończ tego, co Cię uczula, proszę...

Sylveco – Lipowy płyn micelarny – tyle się o nim naczytałam zachwytów, że musiałam wypróbować. Potwierdzam: jest naturalny i bardzo skuteczny! Ziołowy zapach może się nie podobać, ale mi nie przeszkadzał. Jedyna wada: szybko się kończy – 150 ml znika ekspresowo, przynajmniej jak na moje 400-mililitrowe standardy ostatnich lat.  

Yves Rocher – Apple Delight EdT (miniatura) /recenzja/ – apetyczny, jesienno-zimowy słodziak. Niestety, nietrwały. Szkoda, że Yves Rocher nie prowadzi regularnej sprzedaży swoich świątecznych kompozycji, bo zarówno przy karmelowym jabłku, jak i wcześniejszej, karmelizowanej gruszce, mogłabym samą siebie podgryzać do wieczornego seansu filmowego. 

CeCe of Sweden – Argan Body Elixir /recenzja/ – moja wielka pielęgnacyjna miłość, której nie widuję już w żadnym sklepie, ale żeby się nie denerwować, postanowiłam nie sprawdzać, czy go wycofali, czy dopiero się przymierzają. To taki szybko wchłaniający się i mocno wygładzający, silikonowy olejek, który ogarnie każdą kolację ze śniadaniem i dobrze zgra się z dowolnymi perfumami. Sam pachnie subtelnie i nieperfumiarsko, nie daje spektakularnego nawilżenia, ale mam wrażenie, że nie do tego został stworzony ;). 

Sephora – Face Konjac Cleansing Sponge – gąbki konjac to moje wielkie odkrycie. Nie wyobrażam sobie zmywania maseczek czymkolwiek innym. Ta z Sephory wisiała w łazience dobre pół roku, aż w końcu postanowiłam wyrzucić ją z czystej przyzwoitości, bo zniszczona była tylko nieznacznie. Muszę o nich w końcu napisać, żeby przekonać ostatnich niedowiarków, że bez konjaców kosmetyczne życie jest smutne i niepełne. 


Tutaj tylko szybko napiszę, że: bezacetonowy zmywacz Sensique okazał się zaskakująco skuteczny, acetonowy Glicerin Care był skuteczny niezaskakująco, a totalną pomyłką był Pielęgnacyjny zmywacz Cleanic, bo nie dość, że bez alkoholu i acetonu, to jeszcze z mnóstwem tłustego olejku migdałowego. Nie cierpię tłustych zmywaczy! Następną saszetkę, która wpadnie w moje ręce, wyślę prosto do kosza. 

Wysuszacz Bell Quick Dry miał nietypową, wodną konsystencję i sztywny, ostry pędzelek, któremu zdarzało się dziabnąć niedoschnięty lakier i wyrzeźbić dziurę w manikiurze. Często powodował bąblowanie wierzchniej warstwy, więc po kilkuletniej odsiadce przerywanej pojedynczymi próbami pojednania postanowiłam ostatecznie usunąć go z mojego lakierowego życia. Nie będę za tobą tęsknić, pajacu!


MAC – Prep+Prime – wersja kompaktowa transparentnego pudru wykańczającego była całkiem przyjemna, ale za krótko trzymała mat jak na moje potrzeby. Nie mogę za to odmówić temu kosmetykowi lekkości na skórze i niewykluczone, że jeszcze kiedyś do niego wrócę. 

Pierre Rene – Hi-Tech Eyeliner /recenzja/ – bardzo mi się przydał do cieniutkich kresek bezjaskółkowych, które wykonuję na moich opadających powiekach po to, żeby optycznie zagęścić linię rzęs. Przeleżał w szufladzie o wiele dłużej niż zalecał producent i trwał w niewyschnięciu do ostatnich chwil. Jedyne, za co go nie lubiłam, to fakt, że flamastrowa końcówka zapychała się przy malowaniu lewego oka i przy prawym musiałam się już konkretnie namachać, żeby efekt na obu powiekach był porównywalny. Obecnie używam o wiele lepszego eyelinera z Clinique, ale to już inna półka cenowa, więc nie ma sensu porównywać.

Urban Decay – Eyeshadow Primer Potion Anti-Aging, miniatura /recenzja/ – pisałam o nim niedawno w zbiorczej recenzji, więc tylko przypomnę, że zaliczam go do tych niezawodnych. Był też bardzo wydajny. 

NARS – Audacious Mascara (travel size) – silikonowa szczotka z ostrymi igiełkami przypominała mi tę z Benefitowego They're Real, tyle że tamten tusz jest o wiele lepszej jakości. Tu za każdym razem igiełki paćkały mi powieki, a obiecywanego efektu pogrubienia nawet nie zauważyłam. Zamiast wyczesywać, sklejał. Czerń była taka sobie. Nie warto zawracać sobie nim głowy. 

MAC – Satin Pink – to mój pierwszy róż MAC-a, więc mam do niego spory sentyment. Wyprodukowano go jednak w 2011 roku, więc czas się pożegnać. Szkoda, bo pochodził z limitowanej edycji, a to bardzo ładny, chłodny, matowy odcień, który na policzkach dawał śliczny, subtelny efekt. Nie dało się z nim przesadzić i zawsze byłam mu za to wdzięczna, bo wcale nie lubię mocno napigmentowanych różów, które potrafią schrzanić najlepszy makijaż. 

Pędzel Hakuro H50s świetnie wpracowuje podkład w skórę, ale – podobnie jak większy kolega bez S w nazwie – pewnego dnia spektakularnie zaczął łysieć. Nie przestał do dziś, a ja w końcu dojrzałam do tego, by go wywalić. Jego cudowny następca, mięciutki flat top z Lovenue, na razie spisuje się doskonale, więc papa Hakuro. Idź sobie łysieć gdzie indziej. 


Kolejny przegląd pomadek zaowocował raczej smutnymi pożegnaniami. Maybelline Baby Lips bardzo lubiłam, bo dawała delikatny, naturalny odcień i nawilżała. Zużyłam prawie całą, choć nie było łatwo, bo ma taaaaaaaaaaki długi sztyft. Balea Intensiv pielęgnowała usta o wiele lepiej od Baby Lips, ale rzadko po nią sięgałam i w końcu się przeterminowała. Szkoda, bo przydałaby się o tej porze roku. Pomadka Michaela Korsa to jeden z moich głupszych zakupów. Półtransparentna Diva na ustach wyglądała raczej biednie, więc rzadko po nią sięgałam /recenzja/. Bardzo chłodna Essence w odcieniu 03 Come Naturally za szybko się zjadała, dlatego użyłam jej kilka razy i porzuciłam, za to płynny mat Golden Rose nr 13 /recenzja/ przez wiele tygodni próbował porzucić mnie: tłusta maź bez przerwy wylewała się z dobrze zakręconego opakowania (zarówno w pozycji pionowej, jak i poziomej). Tłuste ślinienie było tak skuteczne, że to, co zostało, jest wyschnięte na wiór i do niczego się nie nadaje. Gratuluję, pomadko, twoja próba samobójcza się powiodła. Maybelline Color Sensational w odcieniu Mystic Mauve /recenzja/ to idealny, kremowy mauve, do którego chętnie kiedyś wrócę, mimo że trwałość ma mocno przeciętną. Zanim zjełczała, zużyłam prawie całą. Niewypałem była za to kredka do ust Sephory z serii Nano w odcieniu Candid Candy. Polecała ją kiedyś Basia Callmeblondiee, kupiłam i... uśmiałam się z tego, co zobaczyłam w lustrze. Jasna blondynka jasnej blondynce nierówna. U Basi kredka wyglądała subtelnie i ślicznie. Ja czułam się tanio i tandetnie. 


Na koniec próbki. Wśród perfum nie znalazłam żadnego nowego ulubieńca. Chloe Love Story to nielubiana przeze mnie, choć bardzo ładnie oddana róża, u Roberto Cavalli ciągle przewija się ta sama nuta spryskanych suchym szamponem, lekko tłustych włosów, a próbka Reveal Calvina Kleina uświadomiła mi, że jednak nie każdy CK jest dla mnie.

Wśród podkładów moją uwagę zwrócił ten ze Skin79, bo bardzo ładnie leżał na skórze i wyglądał naturalnie, ale odcień niestety ma zbyt chłodny jak na moją żółtą szyję. Sephorę znam i mam – tu przetestowałam sobie tylko inny odcień. Największe rozczarowanie to Clarins Everlasting Foundation, w którym pokładałam ogromne nadzieje i od wielu miesięcy mi się marzył. Cieszę się, że nie brałam go w ciemno przy ostatnich zakupach w sklepie internetowym Clarins, bo to, co zobaczyłam na skórze, było ciężkie, nienaturalne i szybko się wyświeciło. Ale mi złamał serce ten podkład! Krem BB Vianka całkiem okej, choć krycie to on ma minimalne. Próbki pielęgnacji zbyt małe, by coś o nich powiedzieć.

Szczęśliwie dobrnęliśmy do końca, a ja życzę Wam udanego weekendu pełnego herbaty, kocyka i dobrej rozrywki!

26 komentarzy:

  1. Ładnie Ci poszło :) uwielbiam żele z Balei :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Szkoda różu :-) Wychodzę z założenia, że jeśli jest to produkt pudrowy to nie trzymam się ściśle reguł przechowywania kosmetyków. Przecież i tak nic mu nie dolega, oprócz daty :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi go było szkoda, ale jednak mam jakiś opór i od pewnego czasu po niego nie sięgam, więc tylko leży i się kurzy, a inne przecież też powoli się starzeją ;).

      Usuń
  3. Fajne zużycie , tego żelu Balea nie miałam, a chętnie bym wypróbowała

    OdpowiedzUsuń
  4. Kosmetyki z CeCe of Sweden też zawsze bardzo lubiłam i też zauważyłam, że zaczynają znikać... Nie wiem czy należy się już teraz zacząć zaopatrywać w zapasy, czy jak?...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeszcze je widzę na półkach w Super-Pharmie, ale mój olejek zniknął. Mam nadzieję, że przestawili go w inne miejsce albo schodzi na pniu ;)

      Usuń
  5. Bardzo lubię żele Balea :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wszędzie czytam o tych żelach Balea, a jeszcze żadnego nie miałam. Muszę to nadrobić :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Spore denko! Kusi mnie baza z UD ale jeszcze się nie złamałam :P

    OdpowiedzUsuń
  8. Jak zawsze kolorowo brawurowo, zdziwiła mnie 'kolekcja' szminek do odrzutu, prędzej pomyślałabym,że to haul. Jeśli zaś chodzi o włosy to szampon dermeny na wypadanie świetnie spisuje się u mojej mamy. A co do przetłuszczania, od zawsze tak miałaś czy teraz jest gorzej niż wcześniej?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Był taki okres w moim życiu, że robiłam zakupy szminkowe jak potrzaskana, no i niestety teraz nadszedł czas na masowe smutne rozstania.
      Zawsze przetłuszczały mi się włosy, niestety, raz było lepiej, raz gorzej, teraz ta gorsza faza po prostu.

      Usuń
    2. Mi ostatnio zlecili badania hormonów (m.in w związku z tym), może tu jest jakaś zależność bardziej sie przetłuszczają np. w określonych dniach cyklu itp

      Usuń
  9. samobójstwo pomadki? tego jeszcze nie było!

    OdpowiedzUsuń
  10. Spore denko, ale znam kilka produktów :D
    Żel balea to był sztooooos, ogólnie bardzo lubię ich żele, ale ten zapach wyjątkowo się im udał :) Dezodoranty dove bardzo lubię, ta wersja z granatem czeka w zapasach akurat. Baby lips mi akurat wgl nie przypadł mi do gustu. Bardzo nie lubiłam w nim przede wszystkim tych drobinek brokatu. Pomadki z essence znam w innych odcieniach - mam 2 wersje i walają się w sumie w odchłaniach pudełka z kolorówką.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, świetna kompozycja! Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś wróci, chociaż chyba Balea nie słynie z powtórek :(. W mojej wersji Baby Lips nie było w ogóle brokatu :). Do pomadek Essence też już raczej nie wrócę, nawet nie spoglądam w ich stronę – jednak za słaba jakość.

      Usuń
  11. Denko pod znakiem mango :) Ja też lubiłam micel Sylveco, ale kończy się tak szybko :/ Ale za to nie potrafiłam polubić odcienia tej pomadki Maybelline Mystic Mauve, wybijała u mnie za mocno fiolet. Piękny ten róż MAC :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, Sylveco znika w podskokach :(
      Mystic Mauve u mnie też wypada bardzo chłodno, ale akurat mi to nie przeszkadza, a zimą bardzo lubię :).

      Usuń
  12. Jeśli dobrze pamiętam, to ten podkład z Clarins zostawiał chyba taką pudrową powłokę na skórze. Kiedyś nawet mi się podobał ten efekt, ale teraz byłoby to nie do zaakceptowania;).
    Reveal bardzo lubię, za to inne zapachy CK (poza kilkoma limitowanymi edycjami letnimi CK One)do mnie nie trafiają.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wiem, czy zostawił mi pudrową powłokę, bo pamiętam głównie to, że w godzinę po aplikacji już świeciłam się mocno, a całość wyglądała bardzo nieestetycznie :(.

      Usuń
  13. i do kosza :)
    lubię lipowy płyn micelarny oraz kiedys ten puder Mac był u mnie ulubiencem przez kilka lat :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Miałam ten żel pod prysznic z Balea i jak 99,9% żeli tej marki, ten też uwielbiałam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby człowiek wiedział, że tak mu się spodoba, toby brał od razu pięć butelek, a tak znowu smuteczek, że było minęło ;)

      Usuń
  15. Mystic Mauve z Maybelline bardzo lubię
    wcale nie takie małe to denko

    OdpowiedzUsuń
  16. troche się zdziwilam widzac pomadke Korsa, no cóż każdy orze jak może ;) choć ponoć MKostatnio cienko przędzie i zamyka kolejne sklepy

    OdpowiedzUsuń
  17. Mega wielkie denko!
    Gąbkę konjac też lubię. Pędzel Hakuro u mnie jeszcze żyje i ma się dobrze, a Maybelline 250 Mystic Mauve to mój szminkowy ulubieniec. <3

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger