01.01.2018

Projekt denko: grudzień 2017

Witaj, nowy roku! Obyś był pomyślny i pozwolił mi się rozwijać, bo mam wobec ciebie pewne plany (postanowień noworocznych nie liczę, bo podejrzewam, że zabraknie im tlenu w okolicach lutego). Zanim przejdziemy do tego, co nowe, czeka nas kilka ubiegłorocznych podsumowań. Jednym z nich jest niewysoka górka grudniowych śmieci. 



Tym razem śmieci nie zebrało się zbyt wiele, bo pod koniec roku byłam pielęgnacyjnym leniwcem: nie chciało mi się codziennie balsamować ciała, dwuetapowe oczyszczanie twarzy zaliczałam co kilka dni (przecież tyle z tym zachodu), a maseczkę zużyłam tylko jedną, mimo że wszystkim wokół radzę, żeby regularnie dopieszczali swoją cerę w ten sposób. Nie róbcie jak ja. Sama nie będę już robić jak ja, a przynajmniej mam taką nadzieję.


Kneipp – Na dobry nastrój – żel pod prysznic – bardzo lubię żele niemieckiego Kneippa, dawno nie używałam, a przypomniała mi o nich Hexxana na Instagramie (dzięki!). Marakuja + grejpfrut = zapach multiwitaminy w ciemnym szkle, którą we wczesnych latach 90. nieznani wujkowie i ciocie przywozili dzieciom z Niemiec. Czy to taki ładny zapach w kąpieli? Nie jestem pewna, ale powspominać zawsze miło i te wspomnienia faktycznie wprawiły mnie w dobry nastrój – czyli że producent spełnił obietnicę. Sam żel jest odpowiednio gęsty/rzadki, dobrze się pieni i nie wysusza. Moim faworytem pozostaje na razie pięknie cytrynowa Radość życia.

Antybakteryjne żele Bath & Body Works – w sezonie chorobowym moja nerwica lękowa związana z sezonowym chorowaniem ma się świetnie, dlatego pachnące żele antybakteryjne to coś, czego nigdy nie brakuje w moim domu, mojej torebce i całym moim życiu. Mój syn też lubi, jak mu ręce ładnie pachną, więc wszyscy jesteśmy zdezynfekowani po kokardy, mimo że to ponoć niezdrowe. Nie polecam żadnej konkretnej wersji żelu BBW, bo każdy powinien wywąchać swojego ulubieńca i zaliczyć swoje zgniłe jajo (podobno cierpienie uszlachetnia). Ja na pewno nie przestanę ich używać, ale Wy oczywiście możecie nosić w torebce coś tańszego i mniej perfumowanego (bo przecież coś nosić musicie – brak jakiejkolwiek dezynfekcji jest dla mnie tak przerażający, że nawet nie zamierzam go sobie wyobrażać).

Yope – Mineralne mydło kuchenne – zupełnie nie podeszły mi zwykłe mydła w płynie Yope (mało piany, kleją się do rąk, zapachy też niespecjalne), ale równie płynne i równie yope'owe mydła kuchenne polubiłam bardzo. Zrozum kobietę. Wersja Mineralna fajnie pachnie – neutralnie, niezbyt mocno, uniseksowo, nie do opowiedzenia. Lubię też wariant Miód & bergamotka (dużo miodu, mało bergamotki), do obu najpewniej będę wracać. Wydajne. 


Mixa – Płyn micelarny Optymalna Tolerancja – trochę już się pogubiłam z tą Mixą, bo myślałam, że niebieska jest do skóry tłustej i mieszanej, a różowa dla rumianych wrażliwców, a tu się okazuje, że przewrażliwieni mają sięgać po niebieską, a po różową – ci wysuszeni. Albo może jeszcze inaczej? Generalnie etykiety są podobne, wersje co najmniej cztery, różnią się nazwami i kawałeczkiem plastiku, a ja nie jestem już pewna, których używałam, ale za to wiem, że każda z nich sprawdziła się u mnie doskonale. Micele Mixa to moje odkrycie 2017 roku, a jedynym płynem do demakijażu, który zrobił na mnie równie duże wrażenie, jest lipowy micel Sylveco (szkoda tylko, że z powodu niewielkiej pojemności tak szybko znika z butelki). Optymalna Tolerancja, która właśnie wyzionęła ducha, miała tylko jedną wadę: opakowanie z pompką – niepraktycznie strzelające płynem pod dużym ciśnieniem i pieniące go, co akurat mi nie przeszkadza, ale wiem, że część z Was bardzo tego nie lubi.

Bielenda – Carbo Detox – Oczyszczający żel węglowy do mycia twarzy /recenzja– zbyt intensywny arbuzowy zapach, słabe pienienie i brak efektu wow, który uzasadniłby niezachęcający czarny kolor. Pielęgnacyjny przeciętniak, któremu przynajmniej mogę podziękować za to, że skutecznie rozpuszczał tłuste czarszkowe balsamy do mycia twarzy. Nie nadaje się do mycia pędzli.

Sylveco – Enzymatyczny peeling do twarzy – nieszczęśliwie się zagapiłam. Peeling Sylveco przeleżał za długo w mojej szufladzie z zapasami, zauważyłam go miesiąc przed końcem ważności i zdążyłam skorzystać zaledwie cztery razy, a potem grzecznie usunęłam z mojego życia. Moim zdaniem działa podobnie jak enzymatyk Norela, którego używałam w tym roku /recenzja/, ale zalecenia są bardziej upierdliwe, bo producent każe nałożyć peeling, a potem masować twarz przez kilka minut, a ja zawsze wolę, jak magia dzieje się samoistnie. Ma specyficzny, miodowo-ziołowy zapach, nie dla każdego. Dla mnie okej. Łagodnie oczyszcza, nie podrażnia skóry, ma sens przy regularnym stosowaniu. Dla pragnących mocnych eksfoliujących doznań pewnie okaże się za słaby.

Holika Holika – Pig-nose Clear Blackhead Cleansing Oil Balm – kupiłam ten balsam na fali miłości do rumiankowego masła The Body Shop, którego używam do demakijażu oczu. Produkt koreańskiej marki Holika Holika ma na pewno paskudniejszy skład, który zaczyna się od oleju mineralnego, no i nie jest przeznaczony do zmywania oczu. Niedługo wrzucę recenzję, więc nie będę się rozpisywać. Tu zaznaczę tylko, że ma małą pojemność, więc dość szybko się skończyło, a jego trudna dostępność pewnie i tak zniechęci Was do zakupów. 


Equilibra – Aloe Efficacia Naturale – nawilżający, bezsilikonowy szampon aloesowy był kiedyś moim ulubieńcem. Dawał to, czego bardzo pragnęłam, czyli zwiększoną objętość i sypkość. Miałam ostatnio duże problemy z przetłuszczaniem i jakoś te włoskie aloesy mniej mi się podobały, bo efekt puszystej czupryny utrzymywał się krótko (po dobie już było kiepsko), a włosy stawały się coraz bardziej matowe. W ruch poszły bardziej treściwe odżywki, które całkiem zabiły pierwotny powód moich zachwytów, czyli sypkość i brak ciężkich, nieestetycznych strąków. Na razie robię sobie przerwę od Equilibry i zaczynam szukać czegoś nowego. Może jak wrócę po kilku miesiącach, wrócą też serduszka, chmurki i dwukropek z gwiazdką?

Batiste – Dry Shampoo, Original – nieczęsto sięgam po Batiste, ale te szampony to moje wybawienie za każdym razem, kiedy próbuję walczyć z nadmiernym przetłuszczaniem i przedłużyć chociaż o pół dnia czas bez mycia głowy. Wersję Original lubię za to, że nie jest wyraźnie perfumowana i... działa. Sięga po nią chętnie również mój mąż.

Purederm – Złuszczająca maska do stóp – miałam już eksfoliujące skarpety różnych firm, zdaje się, że Purederm też się kiedyś przewinęła. W każdym razie wiedziałam, czego należy spodziewać się po skarpetach złuszczających i że będzie to wyjątkowo nieestetyczne. Przy poprzednich zabiegach długo czekałam na rozpoczęcie łuszczenia, ale kiedy już ruszało, stopy odpadały kawałkami. Prawie_że. Nie lubię tego, ale czasem potrzebuję zresetować moją kulejącą pielęgnację stóp słoniowych i wtedy sięgam po nieszczęsne skarpety. Tym razem stało się coś bardzo dziwnego: przez ponad tydzień ani śladu złuszczania, a ósmego czy dziewiątego dnia skóra miejscami delikatnie popękała i... tyle. Prawie nic nie zeszło, pięty twarde i szorstkie jak zwykle. Trzymałam skarpety przez półtorej godziny i do dziś nie wiem, o co chodzi. Wracam z podkulonym ogonem do kremów Podopharmu.

Entel – Black Pearl Mask Pack – to ta jedna maseczka, którą zrobiłam w grudniu. Zupełnie nie pamiętam działania, a więc musiało być z tych nieoszałamiających. 


Dove – Purely Pampering, Shea Butter and Warm Vanilla Nourishing Body Oil – nawilżający (niesuchy, choć mówią inaczej) olejek Dove o słodkim, nieco dziwnym zapachu, do którego musiałam się przyzwyczaić, był interesującym pielęgnacyjnym doświadczeniem. Sama na pewno bym go nie kupiła, bo na pierwszym miejscu w składzie ma parafinę, a nacieranie się parafiną z dodatkami rzadko kiedy jest pożądane przez świadome konsumentki, ale go dostałam i postanowiłam użyć głównie po to, by potem spokojnie móc go od góry do dołu zjechać. Podsumowanie jest takie: skład gwarantuje nam, że żaden wartościowy składnik nie przedostanie się do naskórka, ale zdumiało mnie, jak dobrze prezentują się moje nogi rano po wieczornej aplikacji. Olejek sprawiał wrażenie, jakby mechanicznie chronił skórę przed przesuszeniem poprzez oblepienie jej skuteczną warstwą ochronną. Zero działania pielęgnacyjnego, normalny, lekko tłusty kompres, który sprawiał, że moje nogi rano były bardzo miłe w dotyku i ten stan utrzymywał się aż do następnej aplikacji. Nie wrócę, ale to było ciekawe. Przypomniało mi moją skuteczną metodę ochrony przeciwsłonecznej w górach: podczas gdy mój mąż co kilka godzin (zazwyczaj co zbyt wiele) smaruje się cały filtrem pięćdziesiątką, ja chodzę w środku lata w długich spodniach, w bluzce z długim rękawem i z czapką na głowie. Pot leje mi się po dupie, ale słońce, choćby się zesrało z wysiłku, nie ma szans mnie poparzyć. Dziwne, ale działa. Produkt Dove jest równie dziwny.

Indigo – Argan & Almond Oil – kolejny olejek z kiepskim składem, który tak mocno walił jeszcze bardziej kiepskimi perfumami, że ledwo byłam w stanie to wytrzymać. Zużywałam go przez ponad rok. Raz na jakiś czas, w ramach samobiczowania. Na szczęście nie był zbyt wydajny. Absolutnie nie polecam.

Caudalie – The Des Vignes – może to mgiełka, może woda toaletowa, w każdym razie była mało trwała, zapach miała poprawnie orzeźwiający, ale nie planuję powrotu, bo nic mnie nie w niej nie zauroczyło. Zużyłam zalegającą resztkę, bo już nie chciałam jej mieć u siebie. 


Dermofuture – Intensywnie wygładzający eliksir pod oczy – miałam zrobić mu recenzję, ale jakoś się nie złożyło. Pomysł z opakowaniem w postaci strzykawki moim zdaniem chybiony – ani miło się nie kojarzy, ani fajnie nie używa, bo strzykawka się zacina(ła). Krem był w porządku. Bezzapachowy, utrzymywał odpowiedni poziom nawilżenia.

Tarte – Lights, Camera, Lashes /recenzja/ – tyle już laurek wystawiłam temu niedostępnemu u nas tuszowi, że kolejnej nie ma sensu. Wszystko (włącznie z efektem na rzęsach) macie w podlinkowanej recenzji. Tusz znalazł się w moich ulubieńcach, a ja muszę znaleźć sposób, żeby znowu się do niego dobrać i nie zapłacić za to dodatkowych 50% ceny sklepowej. 

MAC – Viva Glam V – jedna z niewielu szminek MAC-a, które udało mi się zdenkować. Mam ich tyle, że prędzej wszystkie gromadnie zjełczeją, niż zostaną zużyte, ale co zrobić – za dawny grzech nadmiaru należy się pokuta. Kolor wariantu V to niezbyt ciemny, dosyć ciepły brąz z wyraźnym shimmerem. Lubię go jesienią i zimą. Trwałość przeciętna, więc nie warto przepłacać – z drugiej strony przepłacamy w słusznej sprawie, bo całkowity dochód ze sprzedaży serii Viva Glam idzie na walkę z AIDS.

Benefit – Stay Flawless 15-Hour Primer (miniatura) /recenzja/ – pisałam niedawno o bazach Benefit, więc poprzestanę na tym, że u mnie ta baza nie działa tak dobrze, jakbym chciała.

Innisfree – No-Sebum Mineral Powder /recenzja/ – najlepiej matujący puder w (mojej) kosmetycznej historii. Mój makijażowy ulubieniec 2017 roku, mimo że wcale mi już tak nie zależy na wielogodzinnym macie :).

Tyle. W tym miesiącu muszę dopracować moją pielęgnację, bo wdarło się sporo chaosu. A tymczasem: witajcie w 2018!

52 komentarze:

  1. nie uznaje takich notek

    http://www.emiblog.pl/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie uznaje, ale zareklamować się musi, agentka... Ludzie to mają tupet jednak xD

      Usuń
    2. HHAHAHaa aaaa no rozłożyła mnie Pani Emi kompletnie!
      - nie uznaje - :D:D

      Usuń
    3. A co to za podbudowywanie swojego ego? :/ Link być musi, ale na żebry rzadko reaguję. Tym razem NIE.

      Usuń
    4. Miałam usunąć, bo nie uznaję komentarzy z reklamami, ale właściwie warto zajrzeć na bloga Emi – wiele wyjaśnia ;).

      Usuń
    5. Dobrze to podsumowałaś Agato :P

      Usuń
    6. Haha, koniecznie muszę sprawdzić bloga tej Pani :D

      Usuń
    7. Ojej, cóż za strata dla potomności :D

      Usuń
  2. Uwielbiam Viva Glam V kilka ich już zużyłam :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, naprawdę? A myślałam, że to taka nieznana pomadka, nie widać jej na blogach.

      Usuń
  3. Ja także uwielbiam te suche szampony od Batiste, ratują mnie zawsze kiedy tego potrzebuje, są moim wybawieniem.:) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Piękne zużycie, niestety nic z tych kosmetyków nie używałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle tego na rynku, że ciężko być ze wszystkim na bieżąco :)

      Usuń
  5. Znam chyba tylko skarety złuszczające i mam podobne zdanie co Ty, też praktycznie nic nie zrobiły. O i jeszcze płyn micelarny miałam, ale u mnie nie było efektu wow. Mam już swojego ulubieńca z Bielendy i szybko go nic nie przebije :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czyli moim stopom się nie wydawało, one po prostu SĄ kiepskie. Zaciekawiłaś mnie micelem Bielendy, nigdy nie próbowałam!

      Usuń
  6. czaję się na puder Innisfree,choć 4 pudry w kosmetyczce średnio zgadzają się na nowy zakup :P Lubię Batiste ale w tej chwili używam pudru ryżowego z Ecocery zamiast szamponu suchego :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To ja może nie będę mówić, ile mam pudrów w szufladzie ;). Ale spokojnie, po kolei zużywam, ewentualnie pozbywam się :)). Wciąż nie znalazłam prasowanego ideału, więc tyle przede mną :D. Ryżowy kupiłam z miesiąc temu, ale jeszcze nie miałam z nim przyjemności – wzięłam wersję prasowaną w nadziei, że jakoś da radę. Wcześniej biała czekoladka Lovely ostudziła mój zapał, bo nos mi się po niej świeci po godzinie :(. A puder ryżowy w roli szamponu to bardzo ciekawy pomysł, że też nigdy na niego nie wpadłam, jak byłam w potrzebie!

      Usuń
  7. Nie używałam niczego, co pokazałaś, ale to się pewnie zmieni w niedalekiej przyszłości ;)

    OdpowiedzUsuń
  8. A ja lubiłam żel z Bielendy ale szczypał w paczadełka, natomiast ten olejek z Dove , miałam w innej zapchowej wersji i koszmar ;x

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie no, ten żel jest ok, ale czarny kolor nie ma żadnego sensownego uzasadnienia w działaniu – wcale nie czuję się oczyszczona lepiej niż zwykle ;). No to już nie będę eksperymentować z tymi olejkami. Który tak wali? Pistacja? :D

      Usuń
    2. Tak, pistacja w sumie zapach ma cudny, ale po kilku użyciach olejku moje nogi zaczęły robić się sine ;D

      Usuń
  9. U mnie te skarpety nawet dały radę, ale rzeczywiście zdążyłam zapomnieć że je użyłam zanim zaczęło się złuszczanie... Innych produktów niestety nie znam ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widocznie miałaś mniej słoniowate podeszwy :D :D :D

      Usuń
  10. Sporo tego, skarpety miałam, płyn Mixa bardzo lubię, ten żel czarny z Bielendy faktycznie przeciętny, mydła i balsamy Yope uwielbiam, po niektóre z twojej listy muszę sięgnąć, bo nie miałam. Wszystkiego dobrego w Nowym Roku, oby się twoje wszystkie marzenia spełniły!!!

    OdpowiedzUsuń
  11. Zużyta szminka!!!! tak do końca??? ani ani nic nie zostało???

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wyskrobywałam, tak jak moja mama, ale ze 2 mm zostały :D. Jeszcze tylko 30 innych i będę mogła iść na zakupy hehehe.

      Usuń
  12. Żele BBW i Kneippa uwielbiam! Pozostałych nie znam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szkoda, że w Polsce tak mało wersji Kneippa, w Niemczech podobno duuuużo lepiej z tym.

      Usuń
  13. Jak poczekasz do maja, to będzie tusz :)

    OdpowiedzUsuń
  14. Uwielbiam płyny do kąpieli z Kneippa. Szampon aloesowy equlibry też, mam już chyba 3 opakowanie. A enzymatyk z Sylveco właśnie zamówiłam... i kolejny raz oniecuje sobie solennie, że wezmę się za zużywanie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bym uwielbiała płyny do kąpieli z Kneippa, jakbym miała wannę :( :( :(

      Usuń
  15. Bardzo trzymam kciuki za realizację Twoich planów na 2018 - tych kreatywnych i innych, które masz na myśli <3

    Też czasem miewam takie mądrości, których się nie trzymam, jesteśmy tylko ludźmi (a może leniwcami w ciele ludzi? :o ) :D

    Też nie lubię w peelingu Sylveco tego masowania, szczególnie że jest dość tępy i wcale nie idzie to hiper sprawnie, trzeba zwilżać, a później się emulguje i zmywa, więc muszę dokładać. Ten zapach to podobno geranium - nie ustosunkuję się :D

    U mnie również skarpetki Purederm prawie nic nie zrobiły :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję pięknie, Basiu :*
      Geranium? Nie wpadłabym na to, choć jak się nad tym zastanowię, ma to jakiś sens. Ale nie jest to czyste geranium jak w olejku Clarinsa, więc interpretacja może być dowolna :)

      No to nędzne te skarpety Purederm, to już kolejny głos na nie.

      Usuń
  16. ja po Shefoot mam teraz nowe ulubione skarpetki złuszczające: Exclusive Cosmetics z Rossmanna. na moich stopach działają szybko i bardzo skutecznie :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to może jeszcze dam sobie szansę z tą metodą naprawiania stóp ;)

      Usuń
  17. Mialam ten olejek z indigo - tragedia, ogolnie mialam też kremy do rąk i jak dla mnie to poza kiepskimi składami mają niestety zbyt mocno perfumowane zapachy, głowa mnie od nich bolała także nie planuję więcej. Bardzo natomiast lubię produkty Kneipp, choć ostatnio zakochałam się w Dresdner Essenz tutaj i składy są świetne i zapachy. Co do skarpet złuszczających to trochę taka loteria z nimi jest, jeśli mają dużo tego płynu i dobrze równomiernie rozprowadzimy go na stopach to będzie ok,jeśli natomiast w trakcie siedzenia z nimi zdarzy nam się ruszyć gdzieś np do łazienki to niestety efekty bywają różne. Wydaje nam się, że całe stopy są mokre a może być tak, żew danym miejscu jest mniej tego płynu. Przynajmniej takie mam wnioski po jednym nie do końca udanym zabiegu tego typu ( z kilku udanych ;). Choć tak jak kiedyś Ci pisałam nie ma to jak porządne złuszczanie u podologa. Jakkolwiek może się on niektórym kojarzyć tylko z wrastającymi paznokciami to zakres ich usług jest bardzo szeroki ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo te Indigo nam porozdawali na Meet Beauty, miniaturę kremu do rąk używałam i był okej, ale zapach też faktycznie moooooocny, dlatego nie zabrałam się za worek próbek, które były dołączone. Jeszcze mi zostało tego trochę – balsamy z pompkami, ale pewnie szybciej się przeterminują, niż się skuszę. Lubię pachnące kosmetyki, ale Indigo dało czadu ;). Tej marki Dresdner Essenz nigdzie nie widziałam.

      Skarpety Purederm miały dużo płynu i grzecznie przesiedziałam w nich półtorej godziny, dlatego zdziwiło mnie, że tak słabo wypadły. Stopy były po nich jak zwykle – odmoczone i suche zarazem. A ten podolog to faktycznie bardzo dziwna sprawa!

      Usuń
  18. Mam pytanka a'propo Enzymatycznego peelingu z Sylveco. Czy on jest tłusty? Kiedyś powiedziano mi ,ze do skóry mieszanej/tłustej sie z tego powodu nie nadaje,zastanawiam się czy to prawda. A że z marką Sylveco mam nieciekawe relacje to nie chcę sama ryzykować xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na pewno nie jest tak tłusty jak np. jakiś balsam do demakijażu twarzy, ale trochę tłustości w sobie ma, przypomina mi miodowo-ziołową pastę. Mimo wszystko nie miałam po nim wrażenia oblepionej twarzy. Większym problemem było dla mnie zalecenie masowania skóry w trakcie zabiegu – podobnie działający Norel po prostu aplikuję i po 10 minutach zmywam :). Bardziej bym Ci polecała Norela, jeśli szukasz delikatnego enzymatyka, chyba że koniecznie musi być naturalny.

      Usuń
    2. Dzięki za szybka odpowiedź ;) Te masowanie trochę mnie też zniechęca, póki co mam ulubiony peeling z eco receptury z ogórkiem nie trzeba masować i działa świetnie. Muszę używać enzymatyków z uwagi na trądzik, ciekawił mnie trochę sylveco z uwagi na niższą cenę,ale nie skuszę się.Norel jest w podobnej cenie co ten mój więc ok. Zastanawiam się czy nie będzie za słaby? Polecałaś go skórom wrażliwym, mam nadzieję,że nie jest podobny do enzymatyka z dermiki z żółtą glinkką (totalny bubel sugerowany dla skór wrażliwych)

      Usuń
  19. Fajne produkty, niczego jeszcze nie testowalam ;)

    OdpowiedzUsuń
  20. Witaj w 2018. :D
    A wiesz, że ja jeszcze tych słynnych żeli antybakteryjnych z B&BW nie miałam? ;) A jaki jest powód? Nie wiem jaki zapach wybrać, haha. :D Zawsze stoję godzinę przed nimi, wącham, myślę, wącham i ... z braku decyzji odchodzę z niczym. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No czeeeeeść! Nadrób żele koniecznie :) Regularnie bywają w zbiorczych promocjach :)

      Usuń
  21. zaciekawilas mnie plynem micelanym Mixa :)
    a poza tym, jak to możliwe, że nie znam żadnego ze zdenkowanych produktów

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bo tych kosmetyków tyle, że nikt nie ogarnia :D
      Mixa naprawdę daje radę :)

      Usuń
  22. Jak najbardziej rozumiem Twoją ciągłą potrzebę dezynfekcji rąk, podzielam ją i łączę się w bólu :D

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger