20.02.2018

Nie mogę pisać, bo trzymam kredens

Moja organizacja pracy to nieporozumienie. Poziom dekoncentracji przechodzi ludzkie pojęcie. W czasie przeznaczonym na działanie jestem mistrzynią myślenia o migdałach niebieskich, zielonych i sraczkowatych też. Jak wyglądałyby sraczkowate migdały? Czy byłyby bardziej rude? A może one naturalnie mają taki odcień? Wejdźmy na chwilę w Google Images i sprawdźmy: mi-gda-ły. Szukaj. Hmm, sama nie wiem. Wpiszę: ko-lor sracz-ko-wa-ty. No tak. Zdjęcia kupy, małego fiata i kilku wyjątkowo nieudanych lakierów do paznokci. A godziny płyną jedna za drugą, bezpowrotnie...



Dziesięć lat temu wymyśliłam sobie sprytnie, że najlepiej mi będzie pracować w domu. Freelancerzy mają tak bardzo super: nie stoją w porannych korkach, nikt ich nie mobbinguje, są panami własnego losu, a przy okazji – w ramach przerwy od pracy – mogą zrobić w domu coś pożytecznego, na przykład wstawić pranie (to tylko kilka chwil), opróżnić zmywarkę (pięć minut góra), czy wstawić szybki obiad (trzydzieści minut i trzy dania gotowe – tak przecież obiecał Jamie Oliver). Już wtedy mój plan przestawał się kleić, bo stosunek pracy właściwej do pracy domowej był niepokojący, ale wierzyłam, że to chwilowe niepoukładanie, które za moment będzie wspomnieniem. Za rzeczony moment stało się jednak coś zupełnie innego. Powiłam panicza, znanego w szerszych kręgach jako Tomasz, i praca w domu przeszła płynnie w opiekę nad Niewielkim. Od tego czasu nauczyłam się co prawda wielu przydatnych rzeczy związanych z organizacją prac domowych i okołodzieciowych, ale mój poziom rozproszenia związany z pracą umysłową wciąż jest tak wysoki, że czasem sama ze sobą nie mogę wytrzymać.

To powinien być tekst o tym, co zrobiłam, że mi się poprawiło. Że już jestem pięknie zorganizowana, mam swoje magiczne sposoby, potrafię skoncentrować 97% pracy w 100% czasu, przy czym pozostałe 3% to kichanie, odbieranie SMS-ów i szybkie siku. Niestety, to się nie wydarzy. Tekst będzie o tym, jak to się dzieje, że jeszcze nie utonęłam i jestem w stanie zrobić cokolwiek z czymkolwiek. I co mi w robieniu czegokolwiek pomaga.



Po pierwsze: plany


Nie doceniałam przydatności planów dnia/tygodnia, ale to naprawdę wybawienie dla takiego nieogara jak ja. Wydawało mi się, że Matka Polka Frilanserka ma na wszystko tyyyyyyyle czasu. Cały tydzień. Cały miesiąc. Całą wieczność! Może załatwić tych pięćdziesiąt jeden leżących odłogiem spraw w dowolnym momencie, prawda? W takim razie, droga Matko Polko, jak to się dzieje, że tyle spraw wciąż niezamkniętych? Nieokreślone później to największy wróg wydajności. Bez planu dnia i planu tygodnia natychmiast zaczynam latać po domu jak wystraszony kanarek i robić wszystko wolno, głupio i bezsensownie. Szkoda, że moim planom jeszcze daleko do regularności...


Po drugie: ustalanie priorytetów


Kiedy nie mam planu i sprawy do ogarnięcia wybieram losowo, szybko okazuje się, że mam najlepiej ułożone skarpetki na całym osiedlu, ale nie odpisałam na dwa ważne maile i nie napisałam równie ważnego tekstu. Priorytety dobrze ustala się właśnie dzięki planom, ale jeśli postanawiam powierzyć dzień mojej głowie, a nie kalendarzowi, cały czas muszę sobie powtarzać, że skarpetki mogą poczekać, ale spotkanie obiecane przyjaciółce lub nowy wpis na bloga – niekoniecznie. Okazuje się, że nawet plany potrafią mieć wady fabryczne. Dzieje się tak za każdym razem, kiedy po dłuższej przerwie od planowania układam nowy,  h e r o i c z n y . Oj, wtedy to prawdziwa jazda bez trzymanki: na mojej liście rzeczy ważnych znajduje się co najmniej dziesięć punktów dotyczących dnia codziennego, siedem spraw niezałatwionych od dwa tysiące dziewiątego (nieodebrany dyplomie z językoznawstwa, pozdrawiam!) i trzynaście takich, które w ogóle nie są istotne, ale w sumie czemu by nie, skoro już tak biegle planuję?



Po trzecie: muzyka wrogiem wydajności


Zanim zorientowałam się, że muzyka często w koncentracji mi przeszkadza, zamiast pomagać, dawno zastała mnie trzydziestka. Najpierw odkryłam, że zabójcze są piosenki, bo przez nie śpiewam, zamiast myśleć i tworzyć. Potem wymyśliłam, że oszukam system i będę słuchać muzyki BEZ śpiewania. Niestety, system nie dał się oszukać, ponieważ okazało się, że potrafię śpiewać również połamane elektroniczne bity i fugi Bacha. Jedyne, co jestem w stanie włączyć i nie utrudniać sobie tym skupienia, to ambientowe plumkanie, ale ono z kolei potrafi mnie zmęczyć, dlatego coraz częściej zdarza mi się odcinać od świata zewnętrznego poprzez zakładanie słuchawek pełnych... ciszy.

Po czwarte: zamknij wszystkie zakładki


Nie umiem mieć otwartej tylko jednej zakładki w przeglądarce internetowej. Obiecywałam sobie setki razy, że z tym skończę i każdy nowy dzień będę witać radosną czystką. Nigdy mi się to nie udało. Mnogość otwartych stron wprowadza chaos, utrudnia wyszukiwanie informacji i bardzo często odwraca uwagę, szczególnie jeśli jedną z zakładek jest Facebook, a inną Pudelek. Od czasu do czasu tajemnicze informatyczne okoliczności sprawiają, że cała przeglądarka wraz z zakładkami zamyka się samoistnie, co najpierw witam wielkim „o nie!”, a potem płynnie przechodzę do: „no i dobrze!”. Powiadam Wam: zakładki to zło.

Po piąte: porządek 


Absolutnie nie rekomenduję sprzątania całego mieszkania przed przystąpieniem do pracy (co nie oznacza, że nie zdarza mi się tego procederu od czasu do czasu uskuteczniać), ale czynności typu przetarcie biurka, usunięcie pustego kubka i niepotrzebnej kartki z zasięgu wzroku naprawdę robią różnicę. Nic mnie tak nie rozprasza (poza piosenkami po polsku i parowaniem skarpetek) jak tłuste plamy pięknie odbijające światło lampy lub ten jeden okruszek, który widzę kątem oka. Jeśli wydaje Wam się, że lubicie swój bajzel na biurku, spróbujcie go posprzątać. Ten jeden jedyny raz. Na próbę. 

Po szóste: grupa wsparcia


Kiedy znalazłam się w zaawansowanym stadium samobiczowania za wszystkie moje frilanserskie grzechy, odbyłam kilka rozmów z takimi jak ja i nagle okazało się, że nie jestem taka ostatnia, co okazało się wcale pokrzepiające. Uprawianie domowego frilansu to wyższa szkoła jazdy i wiele z nas popełnia te same błędy. Na biurku piętrzą się papiery, w laptopie zaległe maile, ale za to w szafie w sypialni wszystko poskładane w kosteczkę, każdy artykuł w Onecie przeczytany, dwugodzinna rozmowa z koleżanką z dawnej pracy zaliczona. Są nawet tacy, którzy potrafią upiec, oczywiście w wolnej chwili, ciasteczka korzenne, żeby im się lepiej pracowało. Grupa wsparcia w chaotycznej biedzie jest super, byle tylko nie stała się kolejnym powodem nierobienia tego, co należy. Prawda jest taka, że najlepszym sposobem na to, by coś zrobić jest...

...zacząć to robić. 


I nie przestawać. Punkt siódmy i ostatni to samodyscyplina, która w moim przypadku polega między innymi na tym, że... gadam do siebie. Na głos. Pewnie nie stawia mnie to w grupie ludzi szczególnie normalnych, ale to naprawdę mi pomaga. Kiedy zauważam, że znów odruchowo skaczę między zakładkami, próbuję zaśpiewać kanon Pachelbela lub wciskam do pralki kolejne czarne pranie, przemawiam do siebie tymi słowy: Agato, nie bądź idiotyczna. Domyślam się, że to może nie być całkiem uniwersalna metoda, ale ze zdumieniem odkryłam, że coraz częściej działa!

A Wy? Jak sobie radzicie z brakiem skupienia, prokrastynacją i pracą w domu? (niepotrzebne skreślić). Da się?


PS Zdjęcie nr 1 pożyczyłam od Paty z bloga Beautypedia Patt. Pata wymyśliła kiedyś darmowy bank zdjęć dla ludzi, którzy chcieliby szybko coś powiedzieć, ale nie mają ilustracji. Częstujcie się, na zdrowie. 

31 komentarzy:

  1. Pracując w domu praktycznie nie byłabym w stanie się skupić. Zdarzało mi się robić nadgodziny w weekendy kilka lat temu i stąd wiem, że to dla mnie koszmarnie trudne - za dużo mnie rozprasza. W pracy też mam swoje chwile chwały, gdy za Chiny Ludowe nie mogę zebrać się do kupy... ale przynajmniej otacza mnie tam pracowe środowisko, więc choćby to jakoś tam mnie motywuje...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Skupienie się w domu naprawdę graniczy z cudem. Polecam to samo, tylko w wersji z dzieckiem na pokładzie – tylko dla najwytrwalszych! ;)

      Usuń
  2. Fajny pomysł z darmowym bankiem zdjęć :D A jeśli chodzi o pracę w domu to cóż... mi wystarczyło jak miałam 2 tygodnie urlopu i chciałam nadrobić zaległości w oglądaniu YT, opracować wpisy "na zapas", pierdylion zdjęć na bloga i oczywiście... nie zrobiłam żadnej z tych rzeczy. Bo pranie, bo sprzątanie, bo zakupy, bo obiad, bo kot, bo trzeba ruszyć d...pę dla zdrowia :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Co za beznadzieja z tym odpoczywaniem i pracą. I organizacją. Czemu to jest takie trudne?? :)

      Usuń
  3. przydatny wpis :) mi muzyka pomaga się skoncentrować :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Heheheheheheheeee poukładani ludzie są nudni 😁 a Ty nigdy nie będziesz nudna, więc i nadmierne poukładanie Ci nie grozi! No nie przeskoczysz 😁😁

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aniu, dziękuję, Twoje pocieszanie bardzo mi się podoba! :D

      Usuń
  5. Jak ja to wszystko znam z autopsji ... Czasem mi sie wydaje,że jestem mistrzynia prokrastynacji. Planowanie i ustalanie priorytetow baaaardzo pomaga

    OdpowiedzUsuń
  6. Mnie muzyka też dekoncentruje :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Również zauważyłam, że muzyka bardziej mi przeszkadza niż pomaga. Sama prawda !
    Pozdrawiam;)

    OdpowiedzUsuń
  8. jest program czy tez aplikacja gdzie mozna posluchac odglosow kawiarni, niektorym to ułatwia prace w domu zamiast ciszy

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, coś kojarzę, kiedyś one little smile o tym pisała.

      Usuń
  9. Świetny wpis :D Dobrze, że chociaż masz świadomość poszczególnych etapów, które są dla Ciebie zgubne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. PS. Ja też nie jestem w stanie wydajnie pracować przy muzyce :)

      Usuń
  10. Ja mam podobnie jak ty i nie radzę sobie. ;) Odkryłam, że najlepszym sposobem jest wziąć się za robotę. ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ha, no niezawodna metoda, zawsze działa! Trzeba tylko umieć wprowadzić ją w życie ;)

      Usuń
  11. Jak bym czytała o sobie ;) Szczególnie kiedy mam siąść i napisać post ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Boże jak ja Cię dobrze rozumiem, moje drugie imię to chaos, a im bardziej coś muszę tym lepiej mam właśnie poukładane skarpetki. A od kiedy mam bobasa to już w ogóle kosmos, moje życie to permanentny cyc i buczenie. Czasami ledwo odłożę, a już jest histeria. Tym sposobem pół roku przesiedziałam z cyckiem na wierzchu i umknęło mi wiele bardzo istotnych dla mnie rzeczy. Wiadomo, że dzidzię kocham nad życie, ale są już takie momenty, że mam ochotę &*^$%$#$^&*()()&()#

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z małym dzieckiem to już w ogóle jazda bez trzymanki, rozumiem Cię doskonale. Pomyśl o tych kilku ostatnich miesiącach jak o testowaniu własnej wytrzymałości. No kiedyś trzeba było się przekonać, jaka jesteś twarda! :)

      Usuń
  13. Och, jak ja Cię rozumiem :P Minus fragment o muzyce, bo mi bez niej akurat trudniej czegokolwiek dokonać. I w sumie burdel dookoła mi też za bardzo nie przeszkadza, o ile nie mam dnia, że akurat rąbek spódnicy złej baletnicy itd. Ale tak, nieogarem jestem bardzo podobnym: bez kilku czy kilkunastu list spraw do załatwienia (osiągnęłam poziom, na którym listy grupuję już kategoriami) oraz kalendarza wysyłającego powiadomienia (o ile pamiętam, by go uzupełniać :P), przepadłabym w odmętach dezorganizacji na wieki wieków. A Twój wpis przeczytałam w ramach rozpraszania uwagi podczas pracy, więc widzisz, wszyscy błądzimy ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja bym bardzo chciała, żeby muzyka była kompatybilna z moim skupieniem – przez tyle lat wmawiałam sobie, że jest, bo to tak ładnie pasuje... A jednak nie. Niestety, nie dla mnie :(.

      Usuń
  14. Bosh... Jakbym czytała o sobie. Co prawda... Mam takie dni, że nie mogę się skupić, wszystko mnie rozprasza, a najważniejsze tego dnia jest wyrzucenie śmieci, pomalowanie paznokci albo BARDZO ważne spotkanie z przyjaciółką. Trzeba mieć priorytety, prawda?

    Ale to prawda, w pracy frilansera bardzo istotna jest samodyscyplina i sama bym siebie o nią nie podejrzewała, gdyby nie fakt, że od dwóch lat jakoś sobie radzę, a zleceń coraz więcej. Trzymam kciuki żeby tych nieogarniętych, pełnych "nicniezrobionychrzeczy" było jak najmniej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja Cię podziwiam, Aga, wyglądasz na bardzo uporządkowaną, zdyscyplinowaną frilanserkę, w dodatku pełną świetnych pomysłów! Mój niedościgniony wzór ;).

      Usuń
  15. Hahaha, o sobie czytam :D Tylko, że jeszcze nie gadam do siebie, a do kotów, a dziecia mam wciąż w drodze. Oprócz tego się zgadza, że robię wszystko, żeby nie robić tego, co powinnam. Niestety w to wlicza się również parowanie skarpetek :( Za to mam wiecznie po 50 dań w lodówce, dla całej armii, jakby się przypadkiem u mnie pojawiła.
    Największym minusem takiego odkładania na potem jest chyba to, że nawet te przyjemne zadania przestają być przyjemne w momencie, kiedy z tyłu głowy kołacze się wyrzut sumienia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pociesz się, że tylko parujesz skarpetki, a przecież mogłabyś je prasować przed parowaniem :D :D :D. Nie jest tak źle!!! ;) A ostatnie zdanie kluczowe i właśnie z tego powodu walczę z sobą i swoją dezorganizacją.

      Usuń
  16. Mnie ostatnio pomaga wyłącznie poczucie "weny" do czegoś. Podobnie było z Twoim postem, kiedy zauważyłam publikację. Dodałam go sobie do zakładek i tak sobie czekał do chwili aż przed chwilą poczułam, że to jest właśnie ten moment, żeby przeczytać posta i skasować kolejną z pierdyliarda zakładek "na później" :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już nie chcę zakładek na później, a wciąż się generują! Czas odpalić Pocket :D

      Usuń
  17. Litości! Mam wrażenie, że byłam bardziej ogarnięta jak wychodziłam na 8h do pracy

    OdpowiedzUsuń
  18. Ja co prawda, mam pracę etatową, ale to nie skutkuje tym, że podczas siedzenia w biurze jestem skupiona i efektywnie wykorzystuje te 8h..
    Jest wręcz odwrotnie. Także nie jest to problem tylko freelancerów 😀

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger