25.05.2018

Garść minirecenzji: DermoFuture | Norel | Banila Co. | Indigo | Balmi

Ostatnio robiłam porządki w laptopie i dotarłam do swojego hall of shame, czyli katalogu z pradawnymi zdjęciami na bloga. Nowych zdjęć zawsze u mnie jak na lekarstwo, a tu proszę: nieskończone pokłady mało efektownych staroci. Pomyślałam, że będzie to dobra okazja do podsumowania w minirecenzjach kilku kosmetyków, które nie doczekały się na blogu pełnych recenzji. 

Dziś będę mówić o pielęgnacji, a pierwszym jej przedstawicielem będzie krem pod oczy, tajemniczo nazwany eliksirem, polskiej marki DermoFuture Precision.


DermoFuture Precision, Intensywnie wygładzający eliksir pod oczy


Po pierwsze, chciałam powiedzieć to oficjalnie: nie trafiają do mnie opakowania udające strzykawki! Źle mi się kojarzą, nie widzę w nich sensu, ich estetyka zupełnie mi nie odpowiada. Co złego jest w tubkach i słoiczkach? Pewnie nic, pewnie producent szukał czegoś nowego, czym mógłby nas zainteresować. W tym momencie „strzykawkowe” produkty DermoFuture na pewno nie są jedyne na rynku, bo podobne rozwiązanie widziałam m.in. u Aube. Na domiar złego, strzykawka DermoFuture się zacinała.

Jeśli chodzi o działanie, to niezależnie od tego, co obiecuje producent, ja zauważyłam jedynie przyzwoite nawilżenie. Krem/eliksir był bezzapachowy, szybko się wchłaniał, nie rolował się na nim korektor, ale niczym mnie nie zachwycił, dlatego nie planuję powrotu.


Norel Dr Wilsz, Skin Care, Krem ochronny SPF30 Wysoka ochrona

Ten Norel u mnie nie zadziałał, ale jedynym powodem była jego nadmierna tłustość. Krem należy do kategorii półtłustych i dla mojej mieszanej cery to już za dużo jako pielęgnacja na dzień pod makijaż. Mimo że wchłaniał się sprawnie i pozostawiał na skórze ładne, satynowe wykończenie, po nałożeniu makijażu o wiele za szybko zaczynałam się świecić.

Nie widzę sensu w aplikowaniu produktu z wysokim filtrem na noc, dlatego oddałam go mamie. Jej normalna, dojrzała skóra była dużo bardziej zadowolona od mojej! Krem z serii Skin Care to taka stara kosmetyczna szkoła z nowoczesnym akcentem: jest gęsty i treściwy, pachnie ślicznie.... kremowo (taki zapachowy klasyk, na pewno kojarzycie), a jego ochronne działanie budują dwa rodzaje filtrów: chemiczny i mineralny. Żałuję, że moja strefa T jest taka nieznośna, bo na pewno z przyjemnością bym po niego sięgała.

Myślę, że może to być świetna propozycja ochrony przeciwsłonecznej dla cer suchych.



Banila Co, Clean It Zero (mini)


To tylko miniatura, ale wystarczyła na kilkanaście razy, więc przyznałam sobie prawo do opowiedzenia Wam o niej. Była moim drugim produktem do demakijażu w typie masła, więc miałam porównanie. W internecie napisano o tym kosmetyku wiele dobrego, podobno na całym świecie jest hitem sprzedażowym. Jego skuteczność mogę potwierdzić – z oczu domywa wszystko bardzo sprawnie – ale w niczym nie okazał się lepszy od mojego dotychczasowego ulubieńca w tej kategorii, czyli rumiankowego masła do demakijażu z The Body Shop /recenzja/. Banila daje radę, ale moim zdaniem nie warto specjalnie ściągać jej zza granicy. Przynajmniej dopóki nie wypróbujecie TBS ;).

Polecam za to formułę tłustego kosmetyku do usuwania makijażu w opozycji do klasycznego olejku. Olejków nie lubię, spływają mi z dłoni i zupełnie nie umiem docenić ich czaru, a po taką zbitą, tłustą paćkę, która pod wpływem ciepła zaczyna się rozpływać, sięgam z przyjemnością.


Pielęgnacja Indigo


Nie każdy wie, że marka Indigo, która słynie z bogatej oferty lakierów hybrydowych (i tych tradycyjnych też), ma w ofercie pokaźną grupę kosmetyków pielęgnacyjnych – w większości służących do pielęgnacji dłoni. Miałam okazję zapoznać się z nimi po pierwszej konferencji Meet Beauty i nawet myślałam, że będę mogła część z nich Wam polecić, ale jednak nic z tego, bo... wszystkie zdecydowanie za mocno pachną. Nie zrozumcie mnie źle, lubię ładnie pachnące kosmetyki – o wiele chętniej po nie sięgam, niż po te bezzapachowe nudziarstwa. Ciekawe aromaty zachęcają do regularnego się_pielęgnowania, ale na przykładzie Indigo przekonałam się, że wszystko ma swoje granice.

Ten mały kremik do rąk, widoczny na moim niskich lotów zdjęciu pamiątkowym, wrzuciłam do torebki i początkowo jego zapach nawet mi się podobał, ale po pewnym czasie zauważyłam, że wolę mieć wysuszone dłonie, niż po niego sięgać. To dało mi do myślenia. Intensywnie perfumowane kremy z pompką: jeden do ciała, a drugi do rąk, pozostały nieużywane i niekochane aż do rytualnego się_zepsucia. Z uwagi na mocny, męczący zapach sięgnęłam po nie zaledwie kilka razy. Działanie było zadowalające, kremy do rąk całkiem szybko się wchłaniały i mimo braku wielkich sukcesów w nawilżaniu, wyraźnie czułam różnicę. Cóż z tego, skoro kompozycje zapachowe przypominały perfumy z bazaru? Masło shea, przewidziane do japońskiego manikiuru, na szczęście pachniało subtelniej i z pewnością mogłoby znaleźć grono ukontentowanych odbiorców, dlatego zaryzykowałabym polecenie Wam go. Miało pięknie mięciutką, masełkową konsystencję (podobną jak balsam do ciała z shea od Biolove), wyróżniającą ten produkt na tle innych mu podobnych kosmetyków na bazie karite.

A o tej pomarańczowej butelce po prawej chciałabym jak najszybciej zapomnieć. To olejek do ciała Argan & Almond Oil o mało atrakcyjnym składzie, który zabił mnie zarówno kompozycją zapachową, jak i jej siłą rażenia. Absolutnie nieakceptowalny.


Balmi, Moisturising Lip Balm, Strawberry Flavour


Bardzo chciałam, żeby truskawkowy balsam do ust dobrze działał, bo chemiczna, ale całkiem przyjemna w odbiorze truskawka była obietnicą miłej przygody z nawilżaniem ust. Niestety, nic z tego. Mimo chwalenia się zawartością witaminy E, masła shea i oleju jojoba w składzie, na ustach czuć wyłącznie parafinę (Ojej, producent zapomniał o niej wspomnieć na przedzie kartonika? Dlaczego? Przecież mamy jej tu pod dostatkiem – jest na drugim miejscu w składzie). Mamy więc parafinowo-wazelinową kołderkę, która absolutnie nie nawilża, a jedynie może pomóc w godnym znoszeniu trzaskających mrozów, ponieważ warstwa ochronno-niepielęgnacyjna utrzymuje się dość długo na ustach. Kształt grubaśnego, obłego stożka również szału nie czyni, bo w niedługim czasie aplikator staje się nieprecyzyjny i chętnie wysmarowuje nie tylko usta, ale też okolice nosa i brody. Mogli go nazwać ochronnym, zamiast nawilżającym, tobym się nie czepiała.

To tyle w dzisiejszym odcinku. Na zdjęcia spuśćmy zasłonę milczenia.

25 komentarzy:

  1. Żadnego nie miałam, ale większość kojarzę :D Mnie też forma strzykawki zupełnie nie przekonuje. Ba, kojarzy mi się wręcz ŹLE i mnie odpycha :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba tylko heroinistom strzykawka dobrze się kojarzy ;)

      Usuń
  2. Ja też żadnego nie miałam. Forma strzykawki działa na mnie podobnie, jak na Basię. ;-) Nietrafiony pomysł, jeśli chodzi o część klientek.

    Mnie się kosmetyki Norel dobrze sprawdzały, ale miałam inne. Najbardziej polubiłam serum.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to witaj w klubie antystrzykawkowym ;)
      Norela juz sporo przetestowałam i znalazłam kilka naprawdę świetnych kosmetyków, więc marka jak najbardziej warta uwagi.

      Usuń
  3. z produktów Dermofuture w formie strzykawki miałam intensywny wypełniacz zmarszczek, też bym wolałam tubkę czy słoiczek, a do mnie trafiały zapachy kosmetyków do pielęgnacji dłoni Indigo, masełka jeszcze nie używałam do demakijażu, ja akurat uwielbiam olejki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jesteś twardzielką, że te perfumowane Indigo nie okazały się dla Ciebie za mocne!

      Usuń
  4. Znam jedynie Indigo i lubię za zapach ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fajnie, że Cię nie męczą te mocne kompozycje zapachowe :)

      Usuń
  5. W sumie to osobiście znam jedynie Balmi, ale miałam w innym wariancie;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już na pewno nie wrócę do tego balsamu, tyle innych lepszych na rynku :)

      Usuń
  6. Nie znam żadnego z tych kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
  7. A ja nie znam żadnego z tych kosmetyków :D

    OdpowiedzUsuń
  8. Po tej strzykawce więcej bym się spodziewała. A szkoda, widać, ze postawili tylko na fajny design xd

    OdpowiedzUsuń
  9. Mnie też męczą zapachy Indigo...już nawet proszę w salonie, żeby mi nie aplikowali kremu do rąk na do widzenia, bo szczerze mówiąc aż głowa boli. Wiesz, oddałam krem z pompką koleżance z pracy i ta jest zachwycona i pytała gdzie kupić.. Podziwiam możliwości. Jedynie polubiłam to masełko shea.
    Aha i mnie również zapychał krem ochronny z Norela. Aż się zdziwiłam, bo używałam w zimie, kiedy miałam etap suchej cery. Także też się nie sprawdził.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, mnie się na początku podobały te zapachy, ale szybko zmieniłam zdanie.

      Usuń
  10. Myślałam,że tylko ja tak mam z tymi strzykawkami :P Jakoś mnie to odrzuca :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Strzykawki to nie są przedmioty, które powinny się dobrze kojarzyć :D

      Usuń
  11. Z produktami do pielęgnacji Indigo mam podobnie jak Ty :) A tego kremu z Norelu nie miałam - faktycznie lepszy byłby dla cer dojrzałych.

    OdpowiedzUsuń
  12. Mialam wszystkie produkty z indigo, które pokazałaś i wszystkie rozdałam. Ja jako migrenowiec nie cierpię męczyć się z mocnym duszącym zapachem. Zdecydowanie to nie dla mnie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z migreną faktycznie lepiej się nie zbliżać do tych kremów :)

      Usuń
  13. Tak szczerze, to żadnego z kosmetyków, jakie pokazałaś nie znam. W kwestii pielęgnacji jestem takim "zwierzakiem przyzwyczajenia" (nie wiem, czy jest polski odpowiednik tego powiedzenia...) Jak znajdę coś, co się sprawdzi, to trzymam się tego i nie szukam dalej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bym tak chciała, ale ciekawość zawsze mnie zwodzi na manowce ::D :D :D

      Usuń
  14. nie miałam (nie)przyjemności z żadnym z nich i chyba tak zostanie :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Podoba mi się ten design i opakowanie eliksiru pod oczy

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger