03.05.2018

Zużycia kwietnia

Dziś wstępu nie będzie. Skończyły mi się wstępy – miesiąc temu zużyłam ostatni.


W kwietniu sporo się działo. Tym razem to nie tylko pielęgnacja, ale też pokaźna grupa eksmakijażystów. Jedni się zużyli, inni przeszli na emeryturę. Najważniejsze, że zrobili miejsce na upragnione i wyczekane nowości! 


Isana – No Problama! – limitowana edycja żelu rossmannowej Isany pachniała jak budyń waniliowy i przestała mi się podobać wraz z pierwszymi tegorocznymi upałami. Żel był kremowy, dobrze się pienił, kosztował kilka złotych. Jeśli budyniowe klimaty Wam miłe, możecie go jeszcze odszukać na półkach w Rossku. 

Kneipp – Esencja do kąpieli Głęboki odpoczynek – to bardzo dziwny produkt kąpielowy, z którego dobrodziejstw korzystał głównie mój sześciolatek (nie mamy wanny, a on jest tak drobny, że wciąż mieści się do wielkiej miski, w której odbywa kąpiele :)). Esencja pachnie intensywnie, specyficznie i z pewnością nie jest to zapach dla wszystkich, ale nam się podoba, dlatego kolejna butelka już czeka na otwarcie. Esencja jest atramentowo granatowa, pięknie barwi wodę, a jeszcze piękniej palce – nawet jeśli umyjecie je natychmiast po się_ufajdaniu. Przy napełnianiu wanny (lub, jak w naszym przypadku, luksusowej plastikowej miski) powstaje przyjemna piana, która w ciągu minuty znika całkowicie. Dziwne, dziwne. Ale i tak będziemy wracać.

Sonett – Ekologiczne mydło w płynie, rozmaryn – kupiłam pierwszą małą (120 ml) flaszeczkę w pobliskim ekosklepie (takim głównie jedzeniowym), ale tak spodobał mi się ten żel, że kolejne dwie tycie butelki wróciły ze mną do domu. Produkt można kupić też w dużym formacie i to z pewnością bardziej się opłaca. Miniatura kosztowała 6,50 zł, ale mimo swej niewielkości, okazała się zadziwiająco wydajna. Intensywny, wytrawny rozmarynowy aromat to świetny pomysł w kuchni. Dobrze usuwa zapachy z rąk. Będą powroty. 

Lush – Plum Rain – żel pod prysznic /recenzja/ – niczym mnie nie zauroczył: aromat trawiasty, a nie śliwkowy, plastik sztywny i nieprzyjazny (szczególnie pod koniec), konsystencja galaretkowata i trochę dziwna. Nie planuję powrotu, szczególnie że akurat ten rodzaj kosmetyku w Lushu kompletnie się nie opłaca.

Isana – Mydło w kremie Lovely Winter  (zapas) – wanilia i kwiaty tabaki... czy to może ładnie pachnieć? Może i pachnie – delikatnie, otulająco. Jest też żel pod prysznic z tej samej linii. Ja jestem na tak. 


Barwa – Barwy Harmonii, Cologne Soap o zapachu Cedar Wood – nie wiedziałam, że Barwa tak się rozkręciła i ma w ofercie tyle nowych produktów! Tym, co wyróżniło tę kostkę na starcie i dzięki czemu zdecydowałam się na jej zakup, był ciekawy, inny niż zwykle, kadzidlano-męski zapach. Kostka jest z tych większych, daje niezbyt gęstą, raczej mało imponującą pianę. Używam jej tylko do rąk i w tej roli nie mam jej nic do zarzucenia. 

Sylveco – Ziołowy płyn do płukania jamy ustnej – mało miętowy, więcej tu ziół niebędących miętą, delikatnie słony smak. Zabrakło zapierającego dech orzeźwienia, ale nie mam nic przeciwko powtórce. Fajnie, że nie wykręca paszczy, czego nie można powiedzieć o całej nienaturalnej konkurencji, która leje do butelek alko bez umiaru. 

Uriage – Eau Thermale (mini) – moja ulubiona woda termalna, która tym razem posłużyła jako wyjazdowy tonik. Niewątpliwą zaletą wody Uriage jest fakt, że nie trzeba jej wycierać w kilka sekund po zwilżeniu twarzy. Wracam od kilku lat i mogłabym podmienić tylko na wodę winogronową Caudalie. 

Czarszka – Ultradelikatny balsam do mycia twarzy /recenzja/ – używałam go jeszcze dwa tygodnie po terminie i wciąż był w formie. W recenzji narzekałam na grudkową teksturę, która nie była zamierzona przez autorkę receptury, ale na szczęście w połowie słoika grudki się skończyły i została gładka, bezzapachowa, tłusta paćka – skuteczna w oczyszczaniu twarzy, ale trudna do usunięcia (podobnie jak Aksamitna siostra). Ze względu na tę upierdliwość w domywaniu na razie robię przerwę w dostawie czarszkowych balsamów. Potrzebuję czegoś z emulgatorem!

Tołpa – Dermo Face, Physio – Płyn micelarny w chusteczce do oczyszczania twarzy i oczu – niegłupi pomysł na wyjazdy, ale taka jedna chusteczka to za mało, żeby skutecznie oczyścić i twarz, i oczy. Ze względu na zbyt małą ilość płynu, nie jestem w stanie ocenić, czy to on jest mało skuteczny, czy cała koncepcja do bani.


Exclusive Cosmetics – SPA Professional Foot Care – Exfoliating Mask Socks – skarpety złuszczające z kwasem AHA, kolejne podejście. Wszystkie poprzednie próby były mniej lub bardziej rozczarowujące. A to łuszczyło się za bardzo, tak że pół stopy zostawało na podłodze, a to efekt był prawie niezauważalny – w zależności od producenta. Te skarpety zadziałały bardzo dobrze, bo łuszczenie rozpoczęło się już po trzech dobach, przebiegło sprawnie, a stopień złuszczenia był akuratny. Nie pozbyłam się zgrubień z paluchów i pięt, ale zabieg bardzo pomógł w pielęgnacji zaniedbanych po zimie stóp, którymi ganiam na bosaka po mieszkaniu przez większość dnia. Skarpety do kupienia w Rossmannie. 

Lush – Sympathy For The Skin – bananowy krem do ciała i rąk, który okazał się jednocześnie lekki i treściwy. Było nam razem miło, mimo że spodziewałam się bananowego, apetycznego zapachu, zamiast waniliowego. Trochę za szybko się skończył, ale spoko, kosmetyków do ciała ci u nas dostatek. /recenzja/

Vianek – Nawilżający krem do rąk – był okej, ale dla mnie odrobinę za tłusty, no i cudów z mocno wysuszoną skórą nie uczynił.  

Barwa Ziołowa – Szampon ziołowy Pokrzywa do włosów przetłuszczających się – niesłusznie oskarżyłam ten szampon o koszmarny przesusz włosów. Podsuszył moje piórka tylko trochę, a prawdziwego dzieła zniszczenia dokonał różowy spray do włosów L'Oreal. Na szczęście katastrofa była tymczasowa i wszystko wróciło do normy. Do szamponu Barwy nie wrócę i tak, bo był rzadki i nie poprawił sytuacji z przetłuszczaniem. Szukam dalej. 

Schwarzkopf – Live Colour Spray w odcieniu Candy Pink – kilka tygodni temu zapragnęłam mieć różowe włosy. Najpierw tak tylko trochę różowe i tylko na chwilę. Kupiłam, jak mi się wydawało, najlepszy możliwy produkt do tego celu, czyli spray, który po jednym myciu zniknie z włosów i będę mogła zapomnieć o sprawie. Moja przygoda z różem dotarła już do płukanki Cameleo Delii i tę naprawdę Wam polecam, a spray Schwarzkopfu leci do kosza zużyty w 2/3, bo już nie zamierzam do niego wracać. Odcień Candy Pink faktycznie znika po pierwszym myciu, ale jest na moim naturalnym blondzie bardzo słabo widoczny, a do tego naładowany po brzegi srebrzącym się pyłkiem. Coś koszmarnego. Dużo lepiej wygląda spray L'Oreala – szkoda tylko, że ten z kolei robi z włosów siano. 


Holika Holika – Skin Rescuer Mask Sheet CollagenLu była zachwycona działaniem tej maski, więc kupiłam. U mnie efektu wow brak, właściwie wydała się mojej skórze całkiem przeciętna. 

Hada Labo Tokyo – Lotion No. 1 Super Hydrator /recenzja/ – jakie to było wydajne! Wszystkie wrażenia z podlinkowanej recenzji podtrzymuję, a w skrócie: to dobre coś-więcej-niż-tonik. Końcówkę zmęczyłam, bo po roku już mi zwyczajnie zbrzydł ten kosmetyk, szczególnie że nie ma zapachu, więc jego używanie nie należy do elementów pielęgnacji, których nie mogę się doczekać. Mimo trzech rodzajów kwasu hialuronowego w składzie, nie oszołomił mnie poziom nawilżenia proponowany przez ten lotion Hada Labo Tokyo. Całkiem to porządne, ale nie trafiło na listę moich ulubieńców, więc nie planuję na razie powrotu. 

Indigo – Pop Sugar – krem do rąk – znalazłam go w zapomnianej torebce i wywalam połowę opakowania, bo już nie mogę znieść intensywnie perfumowanego aromatu. Krem był lekki, szybko się wchłaniał, ale przy obecnych temperaturach wcieranie go byłoby udręką. 

Bath & Body Works – żel antybakteryjny Winter Wonderland – nadal używam pogromców wszelkiej zarazy, chociaż w sezonie wiosenno-letnim mniej intensywnie. 

Jadwiga – Papka do cery trądzikowej – to podobno kosmetyk z długą historią, ale jako dziecko czy nastolatka nigdy go nie poznałam, więc nie czuję respektu wobec legendy ;). Myślę, że ta buteleczka mieszkała u nas już ze trzy lata, więc w końcu usuwam ją z naszego świata, ale do teraz nie zmieniła koloru, konsystencji i intensywnie kamforowego aromatu. Używałam od czasu do czasu, bo od czasu do czasu coś brzydkiego wyskakuje mi na twarzy. Zasuszała ropne, bolące wypryski, ale chodzenie z białą plamą na twarzy to jednak nie jest coś, do czego jestem w 100% przekonana. Jeśli macie inne propozycje skutecznych punktowych zasuszaczy, dajcie znać.


Kiss Me Ferme – Essence BB Cream UV – świetny, jasny i żółty krem BB, który dostałam od przyjaciółki z Japonii. Miał całkiem mocne krycie i doskonałą ochronę przeciwsłoneczną. Żałuję, że nie ma go w polskiej dystrybucji. 

Smashbox – 24 Hour Photo Finish Shadow Primer (miniatura) /recenzja/ – świetna baza, bardzo wydajna, bo wystarczy odrobina do pełni makijażowego szczęścia. Podbija cienie, które na moich tłustych powiekach zostają nienaruszone do demakijażu. Nie polecam paćkania większych ilości, bo z ideału staje się nieprzyjemnym, robiącym plamy utrudniaczem. 

Lime Crime – Eyeshadow Helper – to niesamowite, jak bardzo wydajna była ta baza. A do tego idealnie skuteczna! Niestety, najwyraźniej zniknęła z oferty i tak słabo dostępnego u nas Lime Crime. Serduszko mi pęka. 

Flormar – Perfect Coverage Liquid Concealer – odcienie 01 i 02 pokazywałam kiedyś na blogu, zachwycałam się też właściwościami tego korektora. Nie zastyga, jest dość ciężki, a kolory wydają się ciemne (zachęciłam, prawda?), a jednak po roztarciu wszystko jakimś cudem pięknie się układa. Z odcieniem 04 było tak samo. Obecnie na rynku jest sporo ciekawych korektorów, więc nie będę specjalnie biegać za Flormarem, ale było nam razem zadziwiająco dobrze :).

Estee Lauder – Sumptuous Knockout (miniatura) – szeroka, sztywna, silikonowa szczoteczka to nie jest coś, co lubię. Ładnie rozczesywała rzęsy, ale ich nie pogrubiała, czerń też nie była szczególnie intensywna, dlatego nie planuję zakupu pełnego wymiaru. Zużyłam głównie do dolnych rzęs i w tej roli tusz spisał się dobrze, ale w tym segmencie maskary powinny czynić na rzęsach cuda, a ta czyni nie. 

Maybelline – Lash Sensational Multiplying Mascara – jest kilka wersji tego tuszu i nie wiem, czy kupiłam tę najbardziej znaną i polecaną, ale byłam bardzo zadowolona z efektu. Tusz ładnie wyczesywał i pogrubiał, był intensywnie czarny. Jedyny minus to szybkie wysychanie. 

L'Oreal – Brow Artist Plumper, odcień light/medium – wygodna szczotka, żel zastyga na beton i utrzymuje brwi w nienaruszonym stanie do końca dnia, ale niestety odcień dla blondynek jest o wiele za ciepły. 


Na koniec kilka sędziwych wyrzutków: pomadka Dermacol Lips Seduction w pięknym, idealnym dla mnie odcieniu chłodnego, zgaszonego różu (nr 11); korektor makijażu z Japonii (nie powiem, co to, bo ani jedna literka nie jest w naszym alfabecie) – żałuję, że ciągle o nim zapominałam, bo ten tłusty sztyft był prawdziwym wybawieniem dla upapranej tuszem skóry; brązowa kredka do oczu Eveline Eye Max Precision – fajnie, że wykręcana, niefajnie, że nietrwała (tłusta i słabo napigmentowana); MAC Pearlglide Intense Eye Liner w odcieniu Petrol Blue – bardzo trwała, pięknie granatowa kredka z połyskującymi drobinami, która kompletnie nie pasowała do moich oczu i makijaży; Clinique Cream Shaper For Eyes w odcieniu 101 Black Diamond – przyzwoita, ładnie czarna kredka z bardzo drobnym połyskującym pyłkiem, ale są lepsze (no i po co ten shimmer?); NYX Eye/Eyebrow Pencil w odcieniu 901 Black – trochę poużywałam (oczywiście tylko do oczu), ale ostatecznie wywalam, bo czerń jest niespecjalna – chłodna, z tendencją do niebieskiej poświaty przy rozcieraniu. Nic ciekawego.

Ufff, szczęśliwie dobrnęliśmy do końca mojej kosmetycznej odysei. Wpadło Wam coś w oko?

40 komentarzy:

  1. sama wysłałam kilka kredek na emeryturę, choć może to złe słowo, bo przejęła je Viki do rysowania obrazków :D

    yay, moje ulubione skarpetki złuszczające sprawdziły się i u Ciebie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tomek najchętniej maluje starymi szminkami :D
      Taaaaak, skarpetki okazały się bardzo fajne, jeszcze w zapasach czekają She Foot z Twojego polecenia, ale tamte chyba gorzej Ci się sprawdziły?

      Usuń
    2. u mnie SheFoot też są skuteczne, ale Exclusive działają szybciej i cały proces jest krótszy :)

      Usuń
    3. No to She Foot też nie pójdą pewnie na zmarnowanie :)

      Usuń
    4. mam nadzieję, że się sprawdzą :)

      Usuń
  2. Ja również kilka emerytów wysłałam tam gdzie ciemno i śmierdząco :) Jak zwykle Lush wpadł mi w oko. Aha i też nie lubię się z mocno perfumowanymi kremami do rąk Indigo - mam od nich bóle głowy ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Widziałam, widziałam, kolekcja robiąca wrażenie :)

      Usuń
  3. Swietne zuzytki, ta baza z Lime Crime jest swietna, tez ja mialam ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. wow sporo tego, wodę termalną uwielbiam, papka Jadwigi też była długo u nas i zawsze była pomocna, bardzo lubię kremy z Indigo, tez miałam ten sam krem do rąk, niektórych nie znam, ale chętnie wypróbuję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Uriage rządzi ;). Papka faktycznie działa, tylko wolałabym coś przezroczystego nosić na twarzy ;).

      Usuń
  5. Mam ten żel z Lamą, ale czeka na swoją kolej :) Ja Ci polecam szampon z Fitokosmetik z czarną glinką. Dla moich piórek jest idealny, może u Ciebie by się dobrze sprawdził :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Budyniowa lama powinna Ci się spodobać :).
      Szampon z glinką brzmi jak coś, co wyrywa połowę włosów przy myciu :-O. Ale spróbuję, co mi tam ;).

      Usuń
  6. Niezłe zużycia. Ja jeszcze zbiera na jeden dłuuuugi wpis :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach te denka, mają coś w sobie, prawda? Warto zbierać śmieci :D :D

      Usuń
  7. Niczego nie znam Ale tak świetnie piszesz te mini recenzje że chętnie coś kupię :)

    OdpowiedzUsuń
  8. Całkiem sporo zużyć ;) ja uwielbiam kremy do rąk od Indigo :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Te w dużych butlach są fajne, ale ta miniatura, którą wyrzuciłam, miała naprawdę przesadzony zapach.

      Usuń
  9. Mnie wanilia nie przeszkadza nawet gdy jest gorąco :D Ale ja jestem z tych, które przykładowo perfumują się Angelem i innymi takimi, także sama wiesz ;) Makijażyści imponują ilością - niezależnie od powodu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Angel, no tak, wszystko jasne ;). Ja to sobie myślę, że mi chyba ogólnie trochę zbrzydły jedzeniowe zapachy, tyle lat wciągałam je nosem... ;)

      Usuń
  10. mnie ta papka z Jadwigi też się właśnie kończy, to prawdziwy hit, nie spodziewałam się po niej tak dobrego działania, kupię wielkie opakowanie na bank

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jak nie znajdę niczego sensownego na zastępstwo, to też pewnie do mnie wróci. Ma dobrą cenę!

      Usuń
  11. z emulgatorem to polecam paste do mycia twarzy z fresh & natural :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, zastanawiałam się nad nią kiedyś :)

      Usuń
  12. Bardzo lubię żele Isany :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Wydaje mi się, że miałaś tę "właściwą" wersję Lash Sensational ;) Sama ją uwielbiam :D Podobnie jak płyn do płukania ust Sylveco ;)

    OdpowiedzUsuń
  14. Wow, to jest naprawdę porządne denko ;) I nawet wstęp niebędący wstępem mnie powalił :D Te skarpetki zawsze poleca Kinga, muszę je kupić. Zmotywowałaś mnie też do otwarcia wody termalnej Uriage bo aktualnie nie mam żadnej otwartej, a 3 w zapasie i się już tu w międzyczasie psikam :D A co do punktowego zasuszacza, zerknij kiedyś na Acnex, to bezbarwny żel w wygodnej tubce, bazujący na olejku z drzewa herbacianego :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hihi, wstęp faktycznie poetycki ;)
      Tak, skarpety są naprawdę dobre, możesz śmiało brać, teraz obie polecamy!

      Acnex... skoro drzewo herbaciane, to będzie capiło, ale co tam, dla bycia piękną mogę się poświęcić :D

      Usuń
  15. Ło matko bosko! Więcej tego nie było? :D Ja już dawno nie piszę denek, bo moje też wyglądałyby w większości podobnie i nie mam gdzie tego trzymać :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hehe, a ja jakoś nie mogę się odzwyczaić ;)

      Usuń
  16. Ja też zdecydowanie wolę balsamy i olejki do demakijażu z emulgatorem. Nie mam ochoty bawić się w szmatki czy ściereczki, trzeba to prać, suszyć i poza tym trzeć sobie czymś twarz co wieczór....jakoś to do mnie nie przemawia.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, o wiele za dużo roboty. A szkoda, bo cera zadowolona :)

      Usuń
  17. Matko, masz tego! Dobrze, że przeczytałam u ciebie, że ten Schwarzkopf różowy się szybko spłukuje to może odważę się na mojego.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tego odcienia nie musisz się bać, nie wiem jak jest z innymi :)

      Usuń
  18. ahhh, ja tak uwielbiam te plachte, ze wzielam ja ze soba do seattle nawet! buzia robi sie mieciutka, jak jedwab, jest cudownie nawilzona i wyglada nieskazitelnie. wspaniale uczucie. ze Tobie po lash sensational nie wypadaja rzesy, to ja nie ogarniam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że Ci służy, ja szukam dalej!

      Usuń
  19. Żel do brwi L'Oreal mam i sobie chwalę - jestem naturalną miodową blondynką, ale o ciemniejszej, chłodnej oprawie oczu, więc zaryzykowałam wersję dla brunetek, w odcieniu zimnego brązu - wygląda naturalnie, ot, lekko przyciemnia włoski. I tak ze względu na ryzyko sklejenia żel trzeba nakładać oszczędnie, a pigmentacja nie jest szalona.

    OdpowiedzUsuń
  20. Uwielbiam te żele z Isany <3 tanie i bardzo dobre.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger