06.07.2018

Zużycia czerwca

Nie sądziłam, że kiedyś to napiszę, ale wciągnęłam się w siłownię. A jako że wciągnęłam się w siłownię (i życie), a także wróciłam z urlopu, na chwilę wyssało mnie z blogosfery. Jednak, jak każdy uzależniony, odnotowałam lekko trzęsące się dłonie i przyspieszone bicie serca na myśl o blogach. Moim, Waszych. W takiej sytuacji czerwcowe denko po prostu musiało się wydarzyć.

Denko projekt, czerwiec 2018


Nie ma znowu tak wiele do opowiadania, bo worek ze śmieciami okazał się lekki. Niemniej kilka przyjemnych kosmetyków chętnie Wam polecę. 


Balea, żel pod prysznic o zapachu Marakuja & Frezja LE – uwielbiam żele Balei, ale ta limitka sprzed bodajże dwóch lat nie zachwyciła. Z marakui wymieszanej z frezją wyszły pudrowe cukierki w formie bransoletki na gumce. Nic ciekawego.

Batiste, suchy szampon, wersja Natural & Light Bare – już zapomniałam jego zapach, czyli nie był wkurzający. Szampon działał jak zwykle, czyli skutecznie.

Palmolive, mydło w płynie, wersja Aquarium (zapas) – bardzo lubię jego świeżość i ucieszyłam się, że wreszcie znalazłam to mydło w worku. Mam już butelkę na mydło w płynie, a ta udająca akwarium zupełnie nie trafia w mój gust. Tomek też ma w nosie, więc dzięki uzupełniającemu workowi wszyscy wygrywają.

Pachnąca Szafa, Pachnące patyczki, Róża Ogrodowa – wspominam o nich tylko dlatego, że zaskoczyły mnie siłą rażenia. Chyba się starzeję, bo coraz częściej sięgam po coś różanego. Na razie to bardziej podświadomość, ale i tak, w związku z powyższym, spodziewam się rychłej menopauzy i siwizny co najmniej na głowie. Róża ogrodowa z Pachnącej Szafy jest śliczna i mocna jak sto choler. Wszystkie patyczki z opakowania w mojej niedużej łazience to było prawie za dużo do zniesienia, więc uprzejmie apeluję o ostrożność. 


Podopharm, Skinflex, Regenerujące serum do ciała – o ile zachwycają mnie produkty do stóp od Podopharm, o tyle serum do ciała nie zrobiło na mnie wielkiego wrażenia. Od kosmetyków do ciała oczekuję efektu natychmiastowo nawilżonej, wręcz nawodnionej skóry i pięknego zapachu, a tutaj miałam wrażenie, że nawilżanie odbywa się – jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało – na sucho. Zapach poprawny, nic szałowego. To wciąż dobry kosmetyk, poziom nawilżenia był zadowalający, po prostu nie miałam ochoty po niego sięgać, a że jestem leniwa, to najlepiej do mnie przybyć z ładną etykietą, przyjemną formułą i zapachowymi fajerwerkami ;).

Vianek, Nawilżający płyn micelarny – nie chciało mi się wierzyć, że micel z Vianka może być dobry, ale simply tak zachęcała, że w końcu kupiłam i... nie żałuję! Okazuje się, że obok lipowego Sylveco, siostrzany Vianek może stać na półce z dumą, bo nie ustępuje mu skutecznością. I nawet ma ładniejszy zapach i nieco wolniej się zużywa. Chyba. Chętnie wrócę.

Ministerstwo Dobrego Mydła, Hydrolat z dzikiej lawendy – dostałam od Lu i zużyłam chętnie. Lawenda w tym wydaniu była prawdziwa, ziołowa, taka jak trzeba. Hydrolat służył mi jako tonik (atomizer rozpylał idealną mgiełkę) lub bazę pod olejowe serum do twarzy. Nie odnotowałam zbawiennego wpływu na zmiany skórne, ale nie odnotowałam również prawie żadnych zmian skórnych, więc albo jestem słabym królikiem doświadczalnym w tym przypadku, albo jednak czarne jest czarne, białe jest białe, a dzika lawenda ogranicza syfy na twarzy.

Estee Lauder, Advanced Night Micro Cleansing Balm (mini) – hej, jesteś całkiem spoko! Dobrze rozpuszczasz makijaż, nie szczypiesz w oczy, wydajesz się być wydajny. Niestety, za dużo kosztujesz, więc i tak nie kupię cię w pełnym wymiarze, bo balsam rumiankowy TBS kosztuje 1/3 tego co ty, a ma podobne umiejętności. Mimo wszystko dzięki za wspólny wypad do Gdyni. Będę cię miło wspominać.

Estee Lauder, Advanced Night Repair Synchronized Recovery Complex II (mini) – kiedyś miałam to serum w pełnym wymiarze i mało się nie posikałam z zachwytu nad efektami jego działania. Robił coś magicznego z moją cerą, co nawet ciężko wypunktować, ale patrzyłam w lustro i widziałam inną, lepszą skórę. Pamiętam, że na pewno koił naczynkowe rumieńce, choć nie jestem pewna, czy miał takie zadanie wyznaczone przez producenta. Niestety, cena jest absolutnie dobijająca (cztery i pół stówy za 50 ml...), więc nasz gorący romans nigdy więcej się nie powtórzył. Miniaturka przypomniała mi jego nieciekawy zapach i cudną konsystencję. Niestety, przypomniała też, że uwielbiam go używać. Yhhhh, i co teraz?


Wśród przedstawicieli kolorówki znalazł się kultowy cielisty cień MySecret (chyba 505? napis się starł) – współcześnie jego jakość oceniam mocno tak sobie: kredowość żywcem wyjęta z matów Inglota + wystarczająca pigmentacja. Są dużo lepsze na rynku, ale cena mocno konkurencyjna.

Dwie pomadki MAC-a nie zostały zdenkowane, ale zdążyły zjełczeć. To niewdzięczne korale, z których jeden fatalnie się rozprowadza i podkreśla suche skórki (Coral Bliss), a drugi – Blossom Culture – jest tak kremowy, że aż wazelinowy. Trwałość marna, bardzo nie polubiłam formuły sheen supreme i tego, że nawet nie pachniała waniliną, tylko jakimś słabym cytrusem. Do bani z takimi MAC-ami.

Golden Rose, Style Liner Metallic w odcieniu metalicznego, imprezowego fioletu (nr 10) został użyty kilka razy i nawet mi się podobał (trwałość także), ale wiecie, jak to jest z metalicznymi, fioletowymi eyelinerami u matek Polek frilanserek: na co dzień nie są zbyt potrzebne. Chciałam go znów użyć, ale wydziela aromat geriatryczny, więc papa. 

Błyszczyk Benefit Hoola był przeciętny. Trwałość słaba, odcień jakiś-taki-se, wyrzucam bez żalu i Wy też nie powinniście żałować, że już go nie produkują.

Kobo Fashion Color Shine & Care Lipstick w odcieniu, którego nie chce mi się sprawdzać, był na tyle mało trwały i mało urodziwy, że w końcu zjełczał na dnie szuflady.

Kobo Make Up Fixer Spray – od początku pachniał grzybem, więc miałam poważne opory przed używaniem go. Nie żeby często mi był potrzebny. Gdy zatykałam nos i myślałam o pięknej, tatrzańskiej przyrodzie, okazywał się dobrym fixerem. Mimo wszystko pozwolę sobie do niego nie wrócić.

Na zdjęciu widzicie jeszcze próbkę perfum DKNY Be Delicious – na lato super, ale to nie moje klimaty, i saszetkę Odżywczego kremu pod oczy Vianka, który wklepałam kilka razy przed snem, ale nie pamiętam, żeby zrobił coś złego albo dobrego. Za mała próba.

Jak Wam się podobał łomot spuszczony biednym Brazylijczykom przez niesamowitą Belgię? Ja byłam zachwycona ;). Dobranoc / dzień dobry!

28 komentarzy:

  1. Oj kochana to chyba ja juz sie zestarzalam bo moja skora kocha roze i ja jej zapach hahaha ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ale może zawsze kochała, a moja kiedyś nie lubiła i teraz jej się coś odmienia ;)

      Usuń
  2. Lirene ma fajny fixer do utrwalania. Co Ty kobieto robisz z tymi MACowymi pomadkami? Za 10 lat używania kosmetyków jeszcze ani razu nie miałam sytuacji żeby mi się pomadka popsuła :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nakupiłam kiedyś za dużo i teraz dokonują żywota te mniej udane zakupy ;). Staram się wszystko po kolei zużywać i wiem już, że nigdy nie wrócę do tej bezsensownej kolekcji. Jak zmieniają zapach, to się pozbywam, bo nie lubię zjełczałego tłuszczu nosić na ustach, nawet jeśli ten tłuszcz ma śliczny odcień :D

      Usuń
  3. Serum EL miło bardzo wspominam, ale ta cena to w tej chwili ponad moje możliwości. Na szczęście często można kupić zestaw miniaturek w atrakcyjnej cenie ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No powiem Ci, że mi się też nie spieszy do zakupów za te 450 :/

      Usuń
  4. cieszę się, ze micel przypadł Ci do gustu :D

    meczu nie oglądałam. piłka nie potrfi mnie zainteresować ani wciągnąć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za polecenie!
      Mnie piłka zawsze potrafi zaciekawić przy okazji Euro czy Mundialu i zawsze wtedy zastanawiam się, czemu właściwie nie oglądam ligowych spotkań, skoro to taka frajda. Potem sobie przypominam, że nie mam czasu korzystać z wszystkich uciech życia i ta myśl towarzyszy mi do następnych mistrzostw ;)

      Usuń
  5. czekam na podopharm na targach co roku i nie ma ich a szkoda bo nie chce mi sie zamawiac przez neta

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, akurat nie ma kosmetyków Podopharmu w żadnym sklepie online, w którym miałabym inne potrzebne rzeczy do kupienia, więc też rzadko (za rzadko) sięgam po ich ofertę.

      Usuń
  6. Też lubię mydła Palmolive:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nooo, nie dość że ładnie pachną, to jeszcze nie wysuszają dłoni.

      Usuń
  7. Tesknilam za tymi wpisami :-D błyszczyki benefit są do bani. Miałam coraliste, i tak jak róż był spoko, tak błyszczyk miał dziwna konsystencję która podkreślała skórki. Kusi mnie to serum Estee Lauder :-) póki co rozkoszuję się Alkemie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 <3 <3
      Cieszę się, że lubisz czytać moje wynurzenia na temat śmieci ;)
      Z tych błyszczyków Benefit miałam jeden ulubiony – Sugarbomb, bo mimo kiepskiej formuły, miał niesamowity kolor, pasujący do każdego makijażu. Ale oczywiście wycofali, żebym się za bardzo nie podniecała, że znalazłam coś fajnego ;). Coralista też mi się nie podobał.

      Usuń
  8. Co do meczu, to dziś rano mówili w tv że nam się mundial w euro zamienił ;) Kibicuję Chorwacji, chociaż obiektywnie patrząc wiem, że raczej nie wygrają.
    Jeszcze raz gratuluję decyzji o zapisaniu się na siłownię!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też jestem za Chorwacją! Zaraz się okaże, kto pójdzie dalej :).
      Dzięki, Kasiu, miałaś swój udział w zmotywowaniu mnie do ruszenia tyłka!

      Usuń
  9. Łomot był pierwsza klasa. Belgia sięgnie po zwycięstwo:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Byłoby to niebywałe, ale trzymam za nich kciuki :)

      Usuń
  10. od dawna chodzisz na siłownię? mnie z kolei wciągnęło po dłuższej przerwie w bodypump, jak ja to uwielbiam! świetne, ciekawe zużycia, też miałam kiedyś miniaturkę EL Advanced Night Repair, istne cudo!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To moje trzecie podejście. Dwa poprzednie to były kilkumiesięczne zrywy z siłownią... w szafie w sypialni. Niestety, okazało się, że rozkładanie i składanie tego wszystkiego przerosło nas, potem zresztą ciężary zrobiły się na tyle niebezpieczne, że nie sposób było dźwigać to w domu na dywanie. Nie bardzo mieliśmy jak logistycznie rozwiązać regularne chodzenie na zewnątrz, dlatego projekty upadały. A teraz w końcu Tomek podrósł, jakoś udało mi się z mężem ułożyć sensowny grafik i działamy. Na razie od trzech tygodni, więc same początki, ale ja ogólnie lubię ten rodzaj wysiłku, w przeciwieństwie do biegania, do którego od kilku lat próbowałam się przekonać, ale po prostu go nie cierpię. Jak mi ortopeda powiedział, że nie powinnam biegać, to miałam ochotę go pocałować w czółko z radości, że mnie rozgrzeszył ;).

      Usuń
  11. Też lubię zele Balea. teraz co chwilę wyjmuję z zapasów jakieś stare edycje limitowane.

    OdpowiedzUsuń
  12. Fajne zużycie. Szkoda, ze ten zapach Balea wyszedł kiepski.

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo lubię żele Balea tego zapachu nie miałam :) suchy szampon właśnie zaczęłam testować i narazie jest ok :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Ja też uwielbiam żele pod prysznic Balea, bardzo dobrze mi się sprawdzają, ale zgadzam się tez z tym, że czasem pachną... Nie tak jakbym chciała :D Teraz używam jakiejś limitki z granatem i jest boska!

    Fixer z KOBO śmierdział grzybem? Hmmm.. Dziwne. Zużyłam co najmniej 15 opakowań tego fixera i nigdy grzyba nie czułam. Może trafiłaś na stara partię? ;/

    OdpowiedzUsuń
  15. Hahaha :D Też tak czasem mam, że nie pamiętam zapachu, w związku z czym uznaję, że był co najmniej neutralny :D

    OdpowiedzUsuń
  16. Oj, to serum z Estee Lauder chciałabym przetestować.

    OdpowiedzUsuń
  17. Widzisz już po 3 tygodniach jakieś zmiany? ��

    PS Kiedyś już mówiłam, ale powtórzę - Kocham Twoje denka! Najlepsze śmieci w sieci!

    OdpowiedzUsuń
  18. Też bardzo podoba mi się działanie tego serum z Estee Lauder :-)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger