24.09.2018

Sephora Box, jesień 2018

Dawno nie pchałam się do kolejki po pudełka z miniaturami Sephory. Kosmetyki się powtarzały, dużo było takich, które zupełnie mnie nie interesowały – ot, bieda w formacie mini. Tym razem, gdy przyszedł mail o pojawieniu się w sklepie online kolejnej edycji Sephora Box, od razu ruszyłam na zakupy.

Sephora Box, jesień 2018

Warto pamiętać, że pudełka z miniaturami to nie jest typowy gratis do zakupów online, a przynajmniej nie dla stałych klientów. Jeśli regularnie korzystacie z oferty perfumerii, na pewno wiecie, że Sephora wielokrotnie w ciągu roku oferuje 15-20-procentowe zniżki, a przy systematycznych zakupach na kartach stałego klienta zawsze wisi jakiś aktywny rabat w wysokości 10 procent. Jeżeli chcemy zamówić pudełko z miniaturami, musimy wpisać specjalny kod w polu rabatowym, a tym samym blokujemy sobie możliwość wklepania kodu, obniżającego ceny w koszyku. Kod uprawniający do otrzymania Sephora Boxa jest aktywny dopiero wtedy, gdy minimalna wartość zakupów to 250 złotych, możemy więc łatwo obliczyć, że w zamian za miniatury musimy zrezygnować z co najmniej 25 złotych rabatu (w moim przypadku to nawet 50 zł, bo zwykle robię zakupy w Sephorze, gdy obowiązuje zniżka 20%). Ufff, dużo matmy jak na mnie, ale chciałam Wam pokazać, że warto zastanowić się, czy „pudełko pełne gratisów” jest wystarczająco atrakcyjne, by de facto zapłacić za nie te 25 czy 50 złotych.

Miniatury z pudełek Sephory niejednokrotnie ocaliły mnie przed zakupową wtopą, zachęciły do sięgnięcia po pełnowymiarowe opakowanie czy zasiliły wyjazdową kosmetyczkę. Edycja jesienna idealna nie jest, ale wreszcie większość kosmetyków zwróciło moją uwagę.


Marka Sol de Janeiro od kilku miesięcy jest mocno promowana na stronie Sephory i coraz częściej widuję ją na blogach. Ofertę ma raczej ubogą, a ceny powalające. Za 240 ml kremu z ekstraktem z guarany Brazilian Bum Bum trzeba zapłacić aż 179 zł! Są też mniejsze pojemności: 150 ml za 129 zł i 75 ml za 69 zł. Kremów, maseł, balsamów i olejków do ciała wciąż mam w domu pod dostatkiem, wiele z nich ma dobre ceny, dobre składy i dobre działanie, dlatego nie planowałam zakupu kremu Sol de Janeiro w pełnym wymiarze. Nie zmienia to faktu, że oczywiście byłam ciekawa jego wyjątkowości (lub jej braku), dlatego 24-mililitrowa miniatura to pierwsze, co przykuło moją uwagę w jesiennym sephorowym pudełku. Na razie wiem tyle, że krem pachnie intensywnie, ale przyjemnie. Wakacjami...

Antybakteryjny żel do rąk Merci Handy w wersji Hello Sunshine to moja kolejna pudełkowa uciecha. Pełnowymiarowe opakowanie, które znalazłam w boksie, kosztuje 12 złotych i – przy odpowiednim rabacie – mogłoby być dobrym zamiennikiem dla moich ulubieńców z Bath & Body Works. Gdyby tak się stało, wreszcie mogłabym robić zapasy żelowe przez internet, co w przypadku B&BW jest niestety niemożliwe. Hello Sunshine pachnie gardenią tahitańską, czyli monoi – zapach dla wybrańców. Sam żel nie pozostawia lepkiej warstwy, za co duży plus. Poużywam, pomyślę, dam Wam znać.

O tuszu Yves Saint Laurent The Curler (full size za 159 zł) naczytałam się tylu pochwał, że spodziewam się firanek godnych czerwonego dywanu w Cannes. Nie żebym zamierzała się po nim przechadzać w najbliższym czasie, ale do obsługi zmywarki i ślęczenia godzinami przy laptopie też warto ładnie wyglądać ;).

Mile mnie zaskoczyła obecność w tym zestawieniu wersji podróżnej pędzla Zoeva 228 Luxe Crease. Pędzel tej wielkości bardzo mi się przyda w wyjazdowej kosmetyczce, więc powitajmy go brawami.


Krem korygujący zaczerwienienia, Dr.Jart+ Cicapair (50 ml za 169 zł), to dla mnie wielka niewiadoma. Podobno zmienia barwę z zielonej na beżową, a po drodze w czarodziejski sposób neutralizuje naczynkowe różowości. Jego dodatkową zaletą jest filtr SPF 30 / PA++. Producent zaleca używać go pod makijaż, więc zakładam, że nie jest odpowiednikiem kremu BB czy CC, tylko raczej pielęgnującej, korygującej bazy. Tak się składa, że moja cera pełna jest odnaczynkowych plam i pajączków, dlatego chętnie go przetestuję.

Make Up For Ever, Matte Velvet Skin Full Coverage Foundation przybył oczywiście w absurdalnie ciemnym odcieniu Y315, ale byłam ciekawa jego działania, więc może zmywarka i laptop jakoś przeżyją widok mnie w wersji pomarańczowej. Jak sprawdzę właściwości i będą w porządku, kupię pełny wymiar w sensownym dla mnie kolorze (paleta jest bogata), a tę 5-mililitrową tubkę wykorzystam do przyciemniania podkładów. Na razie wiem o nim tyle, że dość intensywnie pachnie, wygląda na skórze lekko (przynajmniej tyle był w stanie przekazać mi nadgarstek) i ma pudrowe wykończenie. Pełnowymiarowe opakowanie kosztuje 179 zł.

Nowa maskara zwiększająca objętość rzęs NARS Climax (6 g za 119 zł, w pudełku była 1,8-gramowa miniatura) ma świetną, dość sporą, niesilikonową szczotkę i już pierwsze użycie zachęciło mnie do dalszych testów. Poprzednie doświadczenia z tuszowymi miniaturami NARS-a były złe lub bardzo złe, ale tym razem widzę ogromny potencjał. Oczywiście za wcześnie na wiążącą opinię, ale cieszę się, że tusz ładnie się ze mną przywitał.

Peeling do ciała Frankbody Original Coffee Scrub (200 g za 59 zł) nie wisiał na mojej liście kosmetyków, które chętnie przetestuję, ale jeśli już do mnie przybył w 20-gramowej miniaturze, chętnie go wykorzystam. Ma fajny skład (robusta + oleje), a z opakowania przebija się zapach kawowo-pomarańczowy (tak, olejek pomarańczowy też obecny w INCI).


Kolejny produkt samoopalający marki Vita Liberata jest mi zupełnie niepotrzebny, bo nie używam tego typu kosmetyków, ale zainteresował mnie jego opis na opakowaniu: „The original Instagram filter in a tube”. Znak czasów. Mimo wszystko nie jestem ciekawa, co instagramowy filtr w tubce potrafi. Szczególnie że na opakowaniu widnieje złowieszcze „medium-dark”.

Nie pogardzę za to maską w płachcie, o której istnieniu nie miałam pojęcia. Mustus Daily Harvest Squeeze Lift Up Mask (w Sephorze kosztuje 22 zł) zawiera ekstrakty z jagód acai, słodkiego ziemniaka, bakłażana i buraka, które podobno odżywią i ujędrnią moją skórę. Fajnie, dzięki, chętnie się trochę ponapinam.

Dwufazowy płyn do demakijażu Sephory (200 ml za 46 zł) już kilka razy pojawiał się wśród pudełkowych miniatur, więc bez wielkich emocji dorzucę go do wyjazdowej kosmetyczki. Buteleczka o pojemności 25 ml starczy na długo i z pewnością lepiej się sprawdzi niż drażniąca oczy rękawica Glov, której próbowałam używać w te wakacje.

Zapach Calvina Kleina Women EdP to drewienko i białe kwiaty. Lubię takie połączenie, nawet bardzo, dlatego cieszę się, że mam okazję przetestować tę nowość CK. Nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdzieś to już wąchałam, nie zmieniła się też słaba trwałość zapachów Kleina na mojej skórze, ale jest miło, więc jest radość. Testowe 4 ml w sam raz do torebki.


Na koniec moje zakupy za równiutkie 250 złotych, które otworzyły mi drogę do świata miniatur:


Po latach czajenia zaczęłam przygodę z marką Filorga – seria Time-Filler od dawna wisiała na mojej wishliście. Poza tym wróciłam do świetnej oczyszczającej maski Sephory (recenzja) i popłynęłam na fali zainteresowania marką Fenty Beauty. Rozświetlacze, szmineczki, bronzerki nie są mi potrzebne, ale czarnym eyelinerem w pisaku nie pogardzę. Podobno jest świetny.

Jak oceniacie jesienną edycję Sephora Box? Widzicie w tym zestawie coś ciekawego? 

20 komentarzy:

  1. Przyznaje ze i mnie to pudelko zainteresowalo, szkoda ze u nas nie ma takich akcji ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A w Szwajcarii nie ma tych płatnych boxów, które normalnie można kupić, zamiast dostać do zakupów? Chyba w UK jest coś takiego.

      Usuń
  2. tez sie skusilam na ten box, planowalam zakup podkladu i tak przedluzalam ze w koncu podwyzszyli jego cene, dziady, no ale na otarcie łez był sephorabox :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawa jestem, który podkład Ci tak chodził po głowie :)

      Usuń
  3. Przyznam , że zawartość boxa jest super. Już dawno nie było takiej fajnej okazji.

    OdpowiedzUsuń
  4. Śledzę zawartość box'ów Sephory, choć jeszcze nigdy nie dałam się na nie skusić. To jednak jest naprawdę obiecujące i gdyby nie trwanie w detoksie kosmetycznym, zastanowiłabym się, czy się na niego nie skusić ;)

    OdpowiedzUsuń
  5. No, całkiem ciekawa zawartość :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo fajne pudełko :) mnie oczywiście interesują maskary, maska w płachcie i peeling :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Maskary zawsze super, zauważyłaś, że często miniatury nawet lepiej sobie radzą od pełnowymiarowych wersji?

      Usuń
  7. Przyznaję, że zawartość boxa jest różnorodna. Szkoda, że podkład taki ciemny :( Może mixerem z nyx da się rozjaśnić?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Będę próbować, mam nadzieję, że nie zmieni właściwości.

      Usuń
  8. Rzeczywiście fajny box. Maskara mnie zainteresowała.. Nie miałam jeszcze niczego z Narsa :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja NARS-a skubię głównie dzięki miniaturom. W ten sposób udało mi się przetestować już dwa tusze, podkład i słynny róż Orgasm.

      Usuń
  9. bardzo ciekawa zawartość, zwłaszcza pędzel Zoeva zwrócił moją uwagę, podobno to jedne z lepszych na rynku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tej pory miałam dwa pędzle Zoevy – jeden świetny, mój ulubieniec do korektora i jeden drapiący do oczu, który nie bardzo mi pasował. Jestem ciekawa, na którą stronę ta miniatura przechyli szalę :)

      Usuń
  10. faktycznie bardzi ciekawy zestaw minitur. czekam na opinię na temat doktora jarta :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger