15.09.2018

Zużycia sierpnia

I tak siedzę w tym domu i zużywam, i siedzę, i zużywam... I końca nie widać, bo... nie ma być widać! Mocno spóźnione, ale są: sierpniowe wyrzutki, czyli kolejna dobra okazja do wyprodukowania kilku akapitów minirecenzji. Czy ja kiedyś wyrosnę z opisywania zawartości śmietnika? Bardzo nie sądzę. 



Wakacyjnie sporo się działo, a skoro wyjazdy udane, to i trochę miniatur dokonało żywota. Wciąż czuję się jak średnio ogarnięty hazardzista, kiedy pakuję do walizki wersje podróżne nieznanych wcześniej kosmetyków z nietypową dla mnie optymistyczną wizją, że żaden mnie nie uczuli, każdy się sprawdzi i w ogóle będzie pięknie, a ja w tym wszystkim najpiękniejsza. I tak w tym roku podeszłam do tematu ostrożnie, bo oprócz zagadkowych nowości, w kosmetyczce miałam miniatury tego, co znam i lubię. Pomyślałam, że najwyżej skóra najpierw się obrazi, a potem ucieszy. Albo odwrotnie.

Oto, co w sierpniu wzięło i się zużyło (lub przeterminowało):


Equilibra, Aloe Face Cream /recenzja/ – niedawno pisałam o equilibrowym duecie, więc tylko szybkie przypomnienie: nawilżający krem do twarzy okazał się być kremem wybitnie, wielogodzinnie matującym. Nawilżał raczej kiepsko. Dziwna sprawa, a ja nie lubię dziwnych spraw.

Equilibra, Aloe Toner /recenzja/ – tu wyszło całkiem klasycznie jak na kosmetyk z cyklu nie-takich: tonizował i piekł w zupełnie nieoczekiwanych momentach. To znaczy tonizował zawsze, piekł nie zawsze, ale zdecydowanie za często, żebym mogła powiedzieć: łał, chcę cię znowu. Zapach też miał raczej do bani. Z Equilibry polecam szampony.

Mixa, Płyn micelarny Optymalna Tolerancja – dobry micel, dużo bardziej mi się podoba od różowego Garniera, mimo że przecież różowy Garnier jest mocno w porządku. Mixa fajniej sunie po skórze, nigdy mnie nie podrażniła (może ma to coś wspólnego z Optymalną Tolerancją?), skutecznie zmywa z oczu i twarzy udawane piękno, tak że po użyciu nie pozostaje nic innego, jak tylko szybko zgasić światło.

Benton, Snail Bee High Content Lotion – ciężki i kremowo tłusty jak na lotion. W tym samym czasie zaczęłam używać bentonowej esencji i zdecydowanie bardziej mi się spodobała. Jakoś nie do końca mi po drodze z koreańską ścieżką pielęgnacji – za dużo wszystkiego i moja skóra nie nadąża z przyjmowaniem tych dobroci, a mnie się nie chce tych pięćdziesięciu specyfików wklepywać. Lotion stracił ważność, zanim się skończył i w sumie dobrze, bo i tak nie miałam na niego pomysłu.


Dr. Jart, Clearing Solution, maseczka oczyszczająca – w Sephorze kosztuje aż 25 złotych, a nie robi zupełnie nic. Nawilża jak każdy inny przeciętniak. Na pewno nie wrócę.

Holika Holika, Skin Rescuer Mask Sheet, Collagen – a ta maska jest o połowę tańsza od poprzedniczki i nieporównywalnie lepiej działa. Zużyłam już kilka płacht w wersji kolagenowej i za każdym razem byłam bardzo zadowolona. Są tak mocno nasączone, że dałoby radę nawilżyć jeszcze szyję, stopy i może nawet pośladki, a po zabiegu cera jest nawodniona i gładka. Nie zauważyłam zmiany w wyglądzie skóry, ale działanie czuć pod palcami.

Mizon, Original Skin Energy, Peptide 500 – to kosmetyk z serii: używam, bo wierzę, że działa. Ma pobudzać produkcję kolagenu, a przez to zwiększać gęstość skóry i przeciwdziałać zmarszczkom. Wielkiego wow nie było, ale może to dlatego, że moja cera jeszcze całkiem nieźle się trzyma. Zużyłam z przyjemnością, bardziej w ramach prewencji. Wodniste, bezzapachowe serum szybko się wchłaniało, nadawało się zarówno pod makijaż, jak i do wieczornej pielęgnacji. Nie przyspieszało przetłuszczania strefy T, a to dla mnie bardzo ważne.

Estée Lauder, Advanced Night Repair, serum na noc (miniatura) – to już druga miniatura, którą udało mi się zdobyć dzięki zakupom w Sephorze. Idealna na wyjazdy, dziwnym trafem o wiele wolniej się zużywa od pełnowymiarowego, przygnębiająco drogiego opakowania. Moja skóra uwielbia ten kosmetyk, a dzięki wakacyjnemu powrotowi po latach, odżałowałam kasę i kupiłam 30-mililitrową butelkę. Drodzy producenci, drogie sklepy, jestem najlepszym przykładem na to, że warto rozdawać!

Clinique, Pep-Start, eksfoliujący żel myjący (miniatura) – kolejny nieciekawy kosmetyk pielęgnacyjny z katalogu Clinique. Nieładnie pachnący żel z drobnym, silikonowym piaskiem (dla mojej płytko unaczynionej skóry za ostrym) był poprawny, ale na rynku są dużo lepsze, ładniej pachnące i... tańsze. Nie dałabym 75 złotych za pełnowymiarowe opakowanie.


Batiste, Dry Shampoo, wersja Light&Breezy Fresh – nic się nie zmieniło: suchych szamponów używam rzadko, bo zawsze wolę mieć włosy umyte, zamiast upudrowanych. Nie zmienia to faktu, że czasem Batiste to mój największy przyjaciel. Wersja Fresh jest spoko, bo nie ma sztucznego, przytłaczającego zapachu.

The Body Shop, Banana Shampoo – długo leżakował w legendarnej szufladzie z zapasami, więc po raz ostatni mogłam go podziwiać w starym opakowaniu. Uwielbiam zapach bananowej linii TBS, czekam, aż wymyślą sztyft do nosa – w sam raz na sezon smarkający. Szampon sprawia, że włosy są mięsiste i ładnie się układają, niestety, nie przedłuża świeżości. Odżywka u mnie kompletnie się nie sprawdza (mam wrażenie, że wysusza, zamiast pielęgnować) – jakie to szczęście, że bananowy szampon jest na tyle przyzwoity, że spokojnie mogę do niego wracać!

Perfecta Mama, Probiotyczny żel do higieny intymnej – zużyłam kilkanaście butelek, ostatnio zdarza mi się zdradzać go z płynem Tołpy, ale Perfecta jest nieporównywalnie bardziej wydajna i mimo wszystko bardziej jej ufam. Nie mogę już patrzeć na etykietę, ale co zrobić – jak mi gorzej, to odwracam dziewczynkę w stronę ściany.

Żele antybakteryjne Bath & Body Works wciąż bezkonkurencyjne.


Luksja, Creamy, Nawilżające mydło w płynie Honey & Oat Milk – w porządku, nie wysusza rąk. Kupuję, bo sprzedają w sklepie pod domem.

Yves Rocher, Skoncentrowany żel pod prysznic Mango & Coriander – cudowny wynalazek! Po pierwsze: kocham tę wersję zapachową, po drugie: koncentrat działa genialnie. Wystarczy odrobinka, a potem, po kontakcie z wodą, następuje cudowne rozmnożenie. Można rozsmarowywać wspomnianą odrobinkę w nieskończoność, pieni się, rozłazi po cielsku, nic z tego nie rozumiem, ale niech to trwa, niech to trwa! Wyjazdowy ideał.

Sonett, Ekologiczne mydło w płynie, rozmaryn – od czasu do czasu bywa w mojej kuchni. Rozmarynowy aromat dobrze komponuje się z jedzeniowymi zapachami i skutecznie je neutralizuje.

Ministerstwo Dobrego Mydła, Odżywczy peeling cukrowy /recenzja/ – pomarańczowe delicje zatopione w trzcinowym cukrze. Dobre, nieprzesadnie tłuste oleje w składzie sprawiają, że po użyciu skóra jest zadbana, przyjemna w dotyku, ale się nie lepi, co często zdarza się przy innych olejowych peelingach. To nie jest mocny zdzierak, ale wygładza. Uwaga na szklany słój pod prysznicem!


Sephora, Pore & Fine Line Filler – po wygładzającą, silikonową bazę sięgam tak rzadko, że tę eksmituję z powodu zbyt długiej znajomości. Robiła, co do niej należało, ale nieprędko znów mi będzie potrzebna.

Too Faced, Shadow Insurance, baza pod cienie (miniatura) – większość cieni utrzymywała w nienaruszonym stanie aż do demakijażu, ale nie mam do niej 100% zaufania, bo kilka razy zdarzyło się cieniom migrować i nieestetycznie zbierać w bruzdach skórnych.

Rituals, The Ritual Of Sakura Body Cream (miniatura) – nawilża tak sobie, ale bardzo ładnie pachnie. Tak jak większość pielęgnacji Ritualsa, z którą miałam okazję się zapoznać.

Clarins, Contour Body Treatment Oil (miniatura) – zbyt mało użyć za mną, żebym mogła zauważyć jakiekolwiek zmiany w konturze ud czy tyłka, ale i tak nie wierzę w moc sprawczą olejków, dlatego zamiast wsmarowywać kolejne porcje, zapindalam na siłownię. Samą ideę wmasowywania olejków w skórę lubię, chociaż ten nie zachęcał, bo pachniał pelargonią, tak samo jak clarinsowy olejek do twarzy Huile Lotus /recenzja/. 

Elizabeth Arden, 5th Avenue – prosty, popularny i niedrogi zapach, z którym wiąże się tyle miłych wspomnień, że bardzo chętnie wciąż do niego wracam i bez zastanowienia typuję go do mojej perfumeryjnej czołówki. 5th Avenue to kompozycja elegancka, ale niedusząca, a do tego trwała. Chętnie ją noszę o każdej porze dnia i roku. Mimo że nie czuć tu jakiegoś wielkiego olfaktorycznego kunsztu, uważam, że jest piękna!


MAC, pomadka w odcieniu Brave (satin) /recenzja/ – nie od dziś wiadomo, że uwielbiam szminki MAC, a Brave to kolor, który nie rzuca się w oczy i prawie każdemu pasuje – i do urody, i do makijażu. Możecie go podejrzeć w podlinkowanej recenzji. Wykończenie satin jest moim ulubionym – to komfortowy w noszeniu półmat, w dodatku dość trwały jak na szminkę bez longlasting w nazwie.

Kobo, Long Lasting Eye Liner w odcieniu 201 Deep Black – czerń była dla mnie niewystarczająco głęboka jak na Deep Black, trwałość zdecydowanie słabsza od idealnej, zastygającej na beton kredki Buxom, ale w sumie zużyłam do końca, więc taka najgorsze nie jest. Nie wrócę, bo oczekuję wyższej jakości. Plus za to, że nie wymaga temperowania.

Gąbka do makijażu GlamSponge (wersja twarda) – w porównaniu z mięciutkimi gąbkami BB, RT czy Blend It, ta była twarda jak pianka do uszczelniania ościeżnic i parapetów, ale w sumie całkiem nieźle wpracowywała podkład – kompletnie się tego po niej nie spodziewałam :). Mimo wszystko z radością wróciłam do tych milusich i ciapciusich, więc ciapciusie górą.

Spośród próbek moją uwagę zwrócił Nude Beauty Balm od Organique. Odcień na lato był akurat, krycie niewielkie, a jednak jakoś całkiem dobrze to wyglądało na twarzy, formuła nawilżająca też na plus. Rozważę testy w kolejnym sezonie, bo teraz czas na najjaśniejsze odcienie tapet nagębnych, herbatę z pomarańczą i rozmarynem i misiowanie pod kocem.

21 komentarzy:

  1. Niezłe zużycia :) Też lubię tą wersję suchego szamponu i równie rzadko używam, ale tak jak mówisz, czasem jest na wagę złota ;) bardzo lubię zapach beautiful day b&bw :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaak, Beautiful Day jest super! Tradycyjnie: boję się, że go wycofają :)

      Usuń
  2. Dużo fajnych kosmetyków zużyłaś, niektórych w ogóle nie znam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Tą bazę z Too Faced chciałam przetestować, to dorwałam jakąś miniaturkę w zestawie. Szczerze mówiąc nie była jakaś fatalna, ale nie powiem, żeby zachwyciła mnie do tego stopnia bym chciała do niej wracać ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. drogie kosmetyki zazwyczaj kupuję sobie z jakiejś okazji, serum Estée Lauder mam w planach sprawić sobie na gwiazdkę

    OdpowiedzUsuń
  5. Ja z kolei już dawno wyrosłam z opisywania śmieci. Jakoś nie miałam do tego serca:(

    OdpowiedzUsuń
  6. Kłaniam Ci się bardzo nisko, ponieważ to właśnie dzięki Tobie poznałam ten żel Yves Rocher, kupiłam, zakochałam się i był to właśnie ideał wyjazdowy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooooo, bardzo się cieszę, że się u Ciebie sprawdził, Basiu! :)

      Usuń
  7. Ładne denko. Lubię bananowe kosmetyki z TBS :)

    OdpowiedzUsuń
  8. wachalam ten mango z Yves rocher i mialam wziac ale przypomnialam sobie te swoje tabuny zeli wiec sie opamietalam;)

    OdpowiedzUsuń
  9. uwielbiam skoncentrowane żele i szampony YR, idealne na wyjazdy :-) Z Bentona mam obecnie sfermentowaną esencję i jest super jako dodatkowy nawilżacz w codziennej pielęgnacji

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Szamponów nie próbowałam, ale zdecydowanie do nadrobienia!

      Usuń
  10. ja tam o zawartości Twojego śmietnika mogę czytać i czytać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie! Z suchym szamponem mam podobnie, tyle, że jak coś sięgam po wersję dla brunetek. Mini żele z BBW uwielbiam <3

      Usuń
  11. Skoncentrowany żel pod prysznic miałam ale inną wersje, bananowy szampon miałam i odżywkę też jeszcze w starych opakwaniach

    OdpowiedzUsuń
  12. Mnie ten Beauty Balm od Organique nie służył, błyszczałam się jak nie powiem co. :D Koncentrat YR planuję za rok na wakacje zakupić. :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger