01.11.2018

Zużycia października

Tak zwane nowe wyzwania mają to do siebie, że potrafią pogrzebać stare ze skutecznością godną wysoce wykwalifikowanego grabarza. Nie zamierzam jednak patrzeć bezczynnie na mego bloga grzebanie i koniec października tradycyjnie potraktuję jako kolejną w tym roku okazję do poczęstowania Was minirecenzjami kosmetyków, które w mojej łazience niedawno dokonały żywota. Po tym, jakże lotnym, pierwszolistopadowym wstępie, pozostaje mi tylko zaprosić Was do lektury.

Zużycia października blog


Smutne fakty są takie, że tę najpiękniejszą ze wszystkich części jesieni przechorowałam w domu z synem. Uświadomiło mi to, że czekolada podlewana kawą z mlekiem nie służy odporności i że najwyższy czas się za siebie zabrać. Myślałam, że regularne wycieczki na siłownię dadzą radę, ale jednak nie – na wirusy przedszkolne nie ma mocnych. Jedzcie warzywa, pielęgnujcie ciało i ducha, bądźcie piękni na wszelkie możliwe sposoby, a jeśli nie macie na to siły... dajcie sobie spokój. Na razie.

A co tam ciekawego w śmietniku?


Isana, Lovely Winter, żel pod prysznic o zapachu wanilii i kwiatów tabaki – z tego co wiem, to była limitowana edycja, niestety zeszłoroczna, więc już się nie wytarzam w żelu o zapachu ciasta biszkoptowego. Może to i dobrze, po co dodatkowo napędzać miłość do cukru? Ale było miło, nie powiem. To znaczy powiem, bo już powiedziałam, a – jak wiemy – powiedzianego nie da się odpowiedzieć.

Kneipp, Na dobranoc, Aromatyczny płyn pielęgnujący do kąpieli – największym szczęściarzem w moim domu jest mój 6-letni syn Tomasz, który jako jedyny zażywa kąpieli. Nasza łazienka nie oferuje wanny, ale życie w dolnej granicy siatki centylowej służy taplaniu się w pokaźnych rozmiarów misce. Tomasz, mimo niemiskowego wieku,  ciągle korzysta i coś mi mówi, że to jeszcze potrwa. Często tapla się w Kneippie, bo ta marka osiąga niesamowite sukcesy w dziedzinie kąpielowej aromaterapii. Wiem już z Instagrama, że są na świecie ludzie, którym miks lawendy, wiesiołka i wanilii kompletnie się nie podoba (w sumie się nie dziwię, nie brzmi to dobrze). My jednak kochamy, szanujemy i używamy – płyn nie tylko pięknie pachnie, ale też daje kolejne dwie uciechy: barwi wodę na atrakcyjny niebieski i generuje aksamitną pianę. Kupiłam sobie butelkę tego cuda na gdyński wyjazd i w tym tygodniu mam okazję zażywać kneippowych rozkoszy. Zazdro, Tomaszu.

Norel Dr Wilsz, Body Care, Żel Myjący z Peelingiem – niestety, nie potrafię zbudować w sobie szacunku do kosmetyków kąpielowych, które nie pachną, jak trzeba. Aromat Norela można opisać jako mydlane ledwo_co lub ewentualnie ledwo_nic. To żaden wielki grzech w świecie kosmetyków, szczególnie jeśli dobrze wykonują swoją pracę (ten myje i peelinguje bardzo przyzwoicie), ale w moim świecie sprawa i tak jest przegrana, a ja żel myjący zużyłam do szorowania umywalki z osadów. W tej roli Norel wypadł wyśmienicie, ale przecież nie będę go specjalnie do tego celu...


Sephora, Lotus Face Mask – tę płachtową maskę i kilka innych produktów pielęgnacyjnych dostałam od Sephory z okazji urodzin (posiadaczki karty Sephora Black, o ile same się o to upomną, co roku otrzymują od perfumerii jakiś okolicznościowy upominek – warto tego pilnować!). Nawilżyła nie najgorzej, ale pozostawiła lepki, dosyć ciężki film, co nieszczególnie mi się spodobało. Ostatnio wolę tradycyjne maski z tubek, słoików i airlessów. Rzadko która płachta jest warta swojej ceny.

Glamglow, YouthMud Mask – maleńki słoiczek słynnej błotnej maski udało mi się kiedyś kupić w promocji w Douglasie za 39 złotych. Jego regularna cena jest absurdalna: 89 zł za 15 ml, a zważając na fakt, że działanie jest identyczne jak Sephorowej błotnej (bez dodatku błota, za to klasycznie glinkowej), moim zdaniem nie warto przepłacać. Obie maski są dla mojej wrażliwej, płytko unaczynionej skóry trudne do zniesienia – wywołują pieczenie i lekko podrażniają na początku rytuału oczyszczenia – ale warto przetrwać, bo po zabiegu skóra jest cudownie czysta, gładka i gotowa na pochłonięcie dobroczynnych składników z kolejnych etapów pielęgnacji. Mimo wszystko nie sięgam zbyt często po piekące oczyszczacze, bo nie lubię, jak mi twarz płonie, ale jeśli Wasza cera nie jest bardzo wrażliwa, za to macie problem ze skutecznym pozbyciem się wągrów czy zwężeniem porów, serdecznie polecam obie maski. Tę sephorową serdeczniej – właśnie z uwagi na cenę.

Dermalogica, Precleanse Balm /recenzja/ – niedawno rozpływałam się na blogu nad geniuszem olejowych formuł oczyszczających, zaklętych w przyjemnych, balsamowych kosmetykach, które nie spływają między palcami. Dermalogica jest super do pierwszego etapu demakijażu, a dodatkowa zaleta to dodatek emulgatora, który sprawia, że łatwo pozbyć się tłustej warstwy ze skóry. Zużyłam z ogromną przyjemnością.

REN, Micro Polish Cleanser (miniatura) – próbka do zakupów na Cult Beauty wykluczyła tę oczyszczającą pastę do twarzy z listy potencjalnych oczyszczaczy idealnych dla mnie. REN zawiera całkiem ostre drobinki, a ja unikam mechanicznych peelingów, ponieważ mojej naczynkowej jaśnie hrabiance zupełnie takie drapaki nie służą.


Tu tylko szybkie podsumowanie: antyperspirant Dove Go Fresh w wersji werbenowo-granatowej nadal lubię, ale tak samo jak w przypadku mojego niegdysiejszego ideału – kulki Nivea, mam wrażenie, że ochrona przed nieprzyjemnym zapachem potu wyraźnie spadła. Podobnie spadł mój entuzjazm wobec Regenerującego płynu do higieny intymnej Tołpa, którego od kilku miesięcy używam na zmianę z niezawodną od lat Perfectą Mamą. Żel Perfecty już mi zbrzydł (etykieta, bezzapachowa formuła), ale nie chce być inaczej: jest naprawdę dużo lepszym kosmetykiem. Tołpa fajnie pachnie, ma przyjemną dla oka oprawę graficzną, ale płynna formuła znika w ekspresowym tempie, podobnie jak uczucie świeżości i moje zaufanie do działania przeciwbakteryjnego czy przeciwgrzybiczego. Wciąż chętnie będę zabierać Tołpę w wersji mini na wyjazdy, ale Perfecta Mama na razie pozostaje bezkonkurencyjna.

Jeśli chodzi o cukrowy scrub Yves Rocher, byłam przekonana, że zbyt długo przetrzymałam go w szufladzie i zwyczajnie się zepsuł (miał jeszcze pół roku ważności, ale nigdy nie wiadomo...). Zapytałam Was na Instagramie, czy znacie i mieliście podobnie, no i niestety pojawiły się głosy, że „on tak ma”. A jak ma? Ano tak, że jest obrzydliwie tłustą pastą z niewielkim potencjałem ściernym. Pachnie obłędnie (trzeba się rozejrzeć za innymi kosmetykami z linii mandarynkowo-cytrynowo-cedrowej!), ale to koniec jego zalet. Reszta jest drogą przez mękę, której nie zamierzałam przechodzić, dlatego do kosza poleciało ledwie ruszone opakowanie.


Za to cieszę się jak durna, że moje lakierowe zbiory uszczuplają się w satysfakcjonującym tempie. Nie lubię malować paznokci, nie lubię też mieć zbyt dużego lakierowego wyboru, dlatego zużywam i wywalam, zużywam i wywalam... i nigdy więcej nie powtórzę zakupowych błędów młodości ;).

Tym razem okazało się, że wszystko, co dobre, wreszcie się kończy, a ja pierwszy raz od dawna musiałam udać się w stronę półek z kosmetykami do paznokci. Skończyły się moje dwa ulubione szarako-burasy: Essie Chinchilly i Mavala w odcieniu Mauve Cendre /na paznokciach pokazywałam go tu: klik/, czyli lakiery, które nie są ani piękne, ani zjawiskowe, za to pasują do wszystkiego i odpryskują w sposób mało zauważalny. A jeśli coś się kończy, to najlepiej kolektywnie: w październiku zużyłam zarówno odżywkę Indigo (która przez ostatni rok robiła u mnie za całkiem udaną bazę), jak i wysuszający top coat Sally Hansen Insta-Dri. Insta-Dri cenię za to, że nieprędko gęstnieje i faktycznie przyspiesza wysuszanie, a do tego pięknie nabłyszcza. Niestety, czasem źle się paruje z kolorową emalią i powstają mikrobąbelki.

Zmywacz Delii był acetonowym zwyklakiem za kilka złotych. Nie cierpię tych brzydkich opakowań, ale pewnie jeszcze nieraz wrócę, bo jest łatwo dostępny w markecie pod moim blokiem. 


Na koniec kilku przedstawicieli kolorówki:

Muszę pożegnać mój absolutnie ukochany, pięknie słoneczny i od dawna niedostępny róż Astor w odcieniu Golden Sand, albowiem resztka zderzyła się z podłogą. Nie wiedzieć kiedy zużyłam bardzo dobry korektor Lirene Be Perfect w koszmarnie beznadziejnym opakowaniu, nad którym pastwiłam się w recenzji (klik). Największą wadą tego produktu (poza rzygającą tubką), jest brak kolorystycznego wyboru – na rynku dostępny jest tylko jeden odcień i do dziś nie mogę pojąć, jak to możliwe.

Do kosza poleciała pokaźnych rozmiarów miniatura komfortowej w noszeniu, niezbyt mocno napigmentowanej i absolutnie niewartej swojej ceny pomadki Givenchy Le Rouge-à-Porter w odcieniu 104  Beige Floral. Do siaty ze zużytymi MAC-ami wrzuciłam niezużytą Full Speed – ultrakremową, naładowaną pigmentem pomadkę MAC, w której źle się czułam, a jej wiek wyraźnie sugerował, że albo natychmiast zamieszka w mojej torebce, albo czas się pożegnać. Wybrałam to drugie, nie żałuję, a Was żegnam przeserdecznie i życzę spokojnego listopada.


39 komentarzy:

  1. dobrze. kupię w końcu tę perfectę mamę, bo choć tołpę uwielbiam, też mnie drażni to, jak prędko znika.

    OdpowiedzUsuń
  2. Uwielbiam dezodoranty dove, chociaż ten zapach akurat niekoniecznie, jakoś nie do końca przypadł mi do gustu ;) Insta dri był długo moim ulubieńcem, ale potem jak wypróbowałam seche vite został on zdominowany. Jeśli jeszcze nie miałaś wypróbuj go - dłużej jest świeży, no i nie powstają te mikro bąbelki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A widzisz, a mi akurat ten podszedł najbardziej, za to gruszki jakoś nie mogę.
      Seche Vite nie używałam kilka lat, muszę wrócić i porównać!

      Usuń
  3. Ale jak to :-D tą tolpa uratowałaś mi... skore :-) czy jestem jedyną osobą która uwaza ten kosmetyk za mega wydajny? :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tołpa jest okej, ale naprawdę ta Perfecta jeszcze lepiej daje radę! Tylko namieszali trochę w składzie, co mnie niepokoi. Może umiesz się powstrzymać i wydusić jedną pompkę z Tołpy – ja zawsze naciskam ze 2-3 razy, bo mi się wydaje, że tak będzie lepiej ;)

      Usuń
  4. Pięknie pachnie ten żel Isana :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, tylko cóż z tego, skoro limitowany. Chlip chlap chlup :(

      Usuń
  5. Ja uwielbiam zapach tego płynu do kąpieli Kneippa :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Dobrze wspominam płyn Kneipp :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Mam ochotę na ten płyn Kneipp wydaje mi się, że świetnie wpasowałby się w mój gust zapachowy:) Na kosmetyki z dermalogica mam ochotę od dłuższego czasu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten zapach jest bardzo nietypowy i przez to intrygujący :)

      Usuń
  8. Jak tylko przeczytałam, że Kneipp ma niebieski kolor od razu pomyślałam - błękit brylantowy! W wielu krajach jest zakazany ze względu na kancerogenność i wywoływanie alergii, nasilanie astmy, więc radzę unikać wszystkiego co niebieskie :P Kryje się pod nazwą CI 42090. Pamiętam, że mówili o tym sporo w programie Wiem co jem i wiem co kupuję ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, weź nie strasz, dziecko w tym kąpię! Mają to w składzie faktycznie.

      Usuń
    2. Zapamiętaj: niebieski to zuoooo! :))

      Usuń
  9. hue hue, pomóz mi pozużywać moje lakiery :P

    OdpowiedzUsuń
  10. Nie miałam nic z tego zestawienia. A co do lakierów u mnie jest taka huśtawka - raz chcę zużywać, potem chcę mieć lakiery... Częściej to drugie jednakże... :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi wystarczy kilka, ale jakoś do tych kilku nie mogę dobrnąć ;)

      Usuń
  11. A tak ładnie ten YR wygląda, zdrajca ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. ładny ten kolor essie. Ja ostatnio kupilam na targach takie kroliczki - mini bomby do kapieli dla dzieci Full mellow - to jest hit, codziennie kroliczek do kapieli a ze kolorow jest duzo to jest w czym wybierac z opakowania. Dziecieki od razu leca sie kapąc ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pamiętaj, że mamy do dyspozycji MISKĘ. Króliczek to może być za dużo ;)

      Usuń
    2. my nadal uzywamy wanienki z IKEA takze tez szału nie ma a króliczki nam sie skonczyly kurcze i nabyłam te pastylki ISANA dla dzieci i to juz nie jest ten efekt:(

      Usuń
  13. A myślałam,że tylko ja przechorowałam prawie cały październik (zaczęło się 3) najpierw zapalenie oskrzeli,a teraz końcówka z półpaścem który mam nadzieje,zmierza ku końcowi. Nie miałam niczego z wyżej opisanych,ale sytuacja z peelingiem jest mi znajoma bo stało się takowa z balsamem/masłem wersja pomarańcza z konopią z 4szpaki , dosłownie skurczył się w opakowaniu,praktycznie stracił zapach i tłusty jak sami wiecie co. Szkoda mi wydanej kasy. Mega się zawiodłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojjj, to współczuję, że u Ciebie podobnie w temacie chorobowym. I jeszcze półpasiec, matko, to boli przecież :/

      Usuń
  14. Uwielbiam te żele z Isany. Szkoda tylko, że nie są wydajne, no ale nie można wymagać zbyt wiele za tak niską cenę :-)
    P.S u mnie październik też nie należał do najlepszych miesięcy, jeśli chodzi o zdrowie ;p

    OdpowiedzUsuń
  15. Odpowiedzi
    1. Dzięki, ale przecież nie ma czego – się używa, się zużywa ;)

      Usuń
  16. Nie wywalaj różu! Pokrusz jak najdrobniej i sprasuj jeszcze raz z jakimś alkoholem :)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja sobie wmawiam, że na moją odporność dobrze działa czosnek, który dodaję niemal do wszystkiego (oczywiście, jeśli liczyć go również pod postacią sosów:)). A z denka nie znam bliżej niczego, zdecydowanie za dużo jest tych kosmetyków na rynku :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U nas znowu przeziębienie, na razie mnie nie wzięło, a też walę czosnek wszędzie. Może to faktycznie magiczny składnik! :)

      Usuń
  18. Wpadaj do mnie na kąpiel. Nawet nie musisz brać Kneippa - u mnie ci go pod dostatkiem - mam wszystkie 3 zapachy tych płynów. A jjak nie Kneippem, to ugodzczę Cię jakąś saszetką Dresdner Essenz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiem wiem, że u Ciebie Kneipp zawsze obecny! Nie wiem, czy to w ogóle nie Ty mnie nim zaraziłaś :D

      Usuń
  19. Kolejne zestawienie zużyć, z których nic nie znam. ;-)

    Opis zapachu płynu do kąpieli brzmi fajnie, ale choć kiedyś, jak Tomasz, żyłam w dolnych granicach wzrostu przewidywanego dla mego wieku, wyrosłam już z misek...

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger