31.12.2018

Kalendarz adwentowy The Body Shop 2018: podsumowanie

Zanim leniwie i bez kaca powitam nowy, obiecujący 2019, chciałabym opowiedzieć Wam o tegorocznym kalendarzu adwentowym The Body Shop. W tym roku YouTube oszalał na punkcie unboxingów kalendarzy, a tymczasem ja z czułością otwierałam każdego dnia po jednym okienku z mojego jedynego thebodyshopowego i cieszyłam się, że mąż zrobił mi taką superświetną niespodziankę i że sobie jej nie popsułam oglądaniem YT :). W sklepach TBS (w internetowym też) trwają właśnie ładne wyprzedaże – może akurat coś Wam wpadnie w oko?

The Body Shop advent calendar 2018 fox




Marka The Body Shop wypuściła na rynek trzy wersje kalendarzy: 24-dniowy z sową (229 zł), 25-dniowy z jelonkiem (349 zł) i najbardziej wypasiony, 25-dniowy z lisem o imieniu Freddie (499 zł) – to mój, to mój! Podobno zysk ze sprzedaży ma zostać przekazany na projekt rewitalizacji lasów. Jakich? Gdzie? Nie wiem, ale brzmi fajnie, prawda? Design kalendarzy też bardzo się wyróżniał, tu możecie podejrzeć okładki: klik. Moje piękne lisie pudło powędruje za chwilę do piwnicy, a jesienią zacznę je wypełniać niespodziankami dla mojego syna, bo w tym roku bardzo mi zazdrościł kosmetycznych odkryć, podczas gdy sam pakował do paszczy mało efektowne (jak dobrze, że smaczne!) żelki Haribo ze swoich adwentowych okienek.

Pięć stów za kalendarz z kosmetykami brzmi jak szaleństwo, ale okazuje się, że ma więcej sensu niż zdecydowana większość kalendarzy konkurencji (oczywiście pod warunkiem że lubicie TBS, ja bardzo!). The Body Shop wrzucił do okienek 14 pełnowymiarowych kosmetyków, a reszta to sensownej wielkości wersje travel, które są dostępne w normalnej sprzedaży. W najdroższym kalendarzu nie było właściwie żadnego zapychacza typu myjka, rękawica do masażu czy pilnik. Jeleń i sowa takie zapychacze już skrywały. Producent obiecywał, że lis Freddie oferuje kosmetyki o wartości ponad 1000 zł i tak właśnie było.

Przy otwieraniu bawiłam się świetnie, z zawartości jestem bardzo zadowolona, w przyszłym roku na pewno będę wypatrywać na stronie TBS kolejnej edycji. Wersja lisowa zawierała sporo kosmetyków z droższych linii, których nigdy nie próbowałam. To będzie bardzo thebodyshopowy rok – ciekawe, czy odkryję jakąś perełkę!

Chodźcie obejrzeć z bliska, co znalazłam. Dzieje się :)


Największe okienko w kalendarzu zawierało balsam do suchej i wrażliwej skóry, Almond Milk & Honey (55,90 zł za 200 ml) – produkt pełnowymiarowy, zapach mleka migdałowego i miodu bardzo zimowo-mój, zastanawiam się tylko, czy lekki balsam zaspokoi potrzeby skóry w sezonie grzewczym. Nie znałam tej linii TBS, więc plus za przyjemność poznawania nowości.

Często kupuję miniaturowe masła do ciała TBS, bardzo je lubię na wyjazdy lub żeby poznać nową wersję zapachową, dlatego ucieszyły mnie dwa 50-mililitrowe słoiki: jeden z klasycznej linii Shea Body Butter (to masło z kategorii bardziej zwartych, zbitych, przeznaczone głównie dla skór suchych, ma piękny, delikatnie orzechowy aromat), a drugi ze świątecznym leśnym cukiereczkiem Berry Bon Bon z tegorocznej limitowanej edycji. Małe masła kosztują w TBS 25,90 zł. Owoce leśne możecie teraz kupić za pół ceny. 


Kolejne dwa pełnowymiarowe kosmetyki: żel pod prysznic (25,90 zł za 250 ml) i jogurt do ciała (60 zł za 200 ml) z linii Moringa. Jogurtów nigdy nie kupowałam, bo obstawiałam, że będą za lekkie na moje potrzeby, składy też nie zachwycały. Teraz będę miała okazję przekonać się, czy pielęgnacyjnie mają jakikolwiek sens, o ile wytrzymam intensywny zapach moringi (wali po nosie podobnie jak gardenia tahitańska). Masło do ciała z linii Moringa kiedyś mnie pokonało, więc jak wysiądę przy jogurcie, to żel pod prysznic pójdzie w ręce jakiegoś wielbiciela odurzających śmierdzieli. 


Takich małych buteleczek w okresie wakacyjnym przewija się u mnie sporo. Są idealne na długi weekend, a nawet na tygodniowy wyjazd. Zazwyczaj takie 60-mililitrowe minisy kosztują 12,90 zł za sztukę. Szampon i odżywkę z serii Fuji Green Tea będę pewnie testować już za chwilę (ach, te radosne prysznice na siłowni...), jest to dla mnie kolejna nowość, linii herbacianej jeszcze nie próbowałam. Żel pod prysznic Vanilla Marshmallow już zamieszkał w torbie na siłownię. Bardzo podoba mi się słodki, waniliowo-cukrowy zapach i jak zwykle szkoda, że to limitowana edycja. Polecam kremowe żele pod prysznic TBS, są bardzo wydajne. Seria Spa Of The World to dla mnie kolejny niezbadany thebodoshopowy ląd. Kosmetyki z tej kolekcji są nieco droższe od standardowych linii, za 250 ml tego żelu producent życzy sobie 39,90 zł. Adriatic Peony Body Wash pachnie delikatnie i pięknie – będzie moim pierwszym typem do pełnowymiarowego zakupu.


Z tych miniaturowych (50 ml) kolesi w ciemnych słoikach szczególnie się cieszę. To kolejne produkty z nieznanej mi linii Spa Of The World. Mamy tu dwa kremy do ciała: Japanese Camellia Velvet Moisture i Ethiopian Green Coffee Firming Body Cream. Ten pierwszy pachnie bardzo szykownie, perfumiarsko (czyżby zasługa oleju Camellia?), ma zbitą, a jednocześnie lekką konsystencję i kilka dobrych olejów w składzie. Wersja z zieloną kawą to zupełnie inny kosmetyk: lekki i pachnący świeżo skoszoną trawą (co kto lubi). Sama nie wybrałabym go właśnie ze względu na zapach, skład też nie zachwyca – oprócz kofeiny i ekstraktu z nasion kawowych nic ciekawego tam nie ma. Nie sądzę, żeby mnie zaskoczył ujędrniającymi mocami, ale kto wie, kto wie. Obydwa kremy kosztują ok. 100 zł za 350 ml.

Trzeci słoiczek to French Grape Seed Refining Body Scrub (26,90 zł za 50 ml) – peeling z cukru trzcinowego z proszkiem z pestek winogron. Cukier jest zmielony drobno, peeling ciągnie się jak karmel i pachnie w podobnym klimacie co kawowy krem, tyle że tu wyczuwam aromat świeżego słonecznika (takiego z pestkami, to szamania ;)). Zobaczymy, jak bukiet rozwinie się pod prysznicem. Konsystencja wygląda obiecująco i moim zdaniem szykuje się wielkie szorowanie.


I kiedy człowiekowi wydaje się, że przez lata poznał większość oferty The Body Shop, dzięki kalendarzowi z lisem Freddiem uświadamia sobie nagle, że guzik macał i guzik wie. Ta myśl mnie oczywiście ucieszyła. Myślę, że pociąg do nieznanych kosmetyków ma już u mnie status choroby przewlekłej.

W kolekcji Camomile znajduje się mój wieloletni ulubieniec: rumiankowe masło do demakijażu /recenzja/, dlatego Delikatny płyn do demakijażu oczu z serii rumiankowej (60 ml) bardzo mnie zaciekawił. Niestety, podrażnia, wywołuje pieczenie i dyskomfort (a miał być taki gentle...), a przy tym nie powala skutecznością (jest okej, ale znam dużo lepsze). Obecnie można go kupić w promocji za pół ceny (250 ml za 23 zł), ale nie polecam. Cieszę się, że znalazłam go w kalendarzu, bo już kilka razy rozważałam zakup.

Oils Of Life, Intensely Revitalising Facial Oil (produkt pełnowymiarowy, 30 ml za 139,90 zł) to z pewnością gwiazda tego kalendarza. Jest lekki, szybko się wchłania, producent poleca go do dziennej pielęgnacji. Zawiera olej z nasion czarnego kuminu, olej z kamelii i z dzikiej róży, a także parę innych gdzieś dalej w składzie. Pierwsze wrażenie bardzo na plus – jestem ciekawa, czy moja mieszana cera z tłustą strefą T będzie z niego zadowolona. Kosmetyk ma delikatny, pudrowo-geraniowy zapach, dla mojego nosa bardzo przyjemny. Wierzę w ciebie, olejku, nie spier zepsuj tego!

Niespecjalnie kocham różane aromaty i nie używam mgiełek do twarzy, dlatego Rose Dewy Glow Face Mist (ok. 30 zł za 60 ml) na początku nie wywołała u mnie entuzjazmu. Zaczęłam ją ostatnio stosować jako tonik i okazało się, że to bardzo przyjemny kosmetyk, a zapach wcale nie jest różany, tylko różano-malinowy. Producent twierdzi, że mgiełka jest „make-up friendly”, więc przy najbliższej okazji chętnie wypróbuję ją w roli fixera po rytualnej porannej tapecie.


A tu mamy 3x łał. Serię Drops Of Youth miałam od pewnego czasu na radarze, potem o niej zapomniałam i nagle bach: w kalendarzu czekały na mnie maska i krem. W teorii kosmetyki Drops Of Youth zajmują się pierwszymi oznakami starzenia, niedoskonałościami, rozszerzonymi porami i jeszcze nawilżają. Jak będzie w praktyce – to się okaże.

Youth Bouncy Sleeping Mask (produkt pełnowymiarowy / 99,90 zł za 90 ml) to ujędrniająca maska na noc, do której mam żal tylko o dimethicone wysoko w składzie. Nie lubię zatykać porów silikonami, szczególnie w nocnej pielęgnacji. Mam nadzieję, że nie wywali mi wulkanów.

Youth Cream (produkt pełnowymiarowy / 89,90 zł za 50 ml) producent opisuje tak: „lekki, piankowy krem do twarzy Drops of Youth sprawia, że skóra jest gładsza, sprężysta i wygląda na młodszą. Wzbogacony ekstraktami z komórkek macierzystych trzech roślin zapewnia odpowiedni poziom nawilżenia skóry i przeciwdziała pierwszym oznakom starzenia”. Nie otwierałam, nie próbowałam, więc jeszcze nie zweryfikowałam, ale czy komórki macierzyste z szarotki alepejskiej mogą mnie zawieść??? Szarotko... Alkohol denaturowany wysoko w składzie, ale może nie wszystko stracone!

Himalayan Charcoal Purifying Glow Mask (produkt pełnowymiarowy / 99,90 zł za 75 ml) już wypróbowałam i moja cera była podobnie czysta i gładka jak po doskonałej masce Sephory z cynkiem /recenzja/. Zobaczymy, co dalej. Recenzja pewnie zawita na bloga, tylko sobie jeszcze trochę obwąchamy zadki. 


W ostatnich latach nie używałam kremów do rąk, bo zwyczajnie nie były mi potrzebne. Niestety, ostatnio jakoś moim dłoniom gorzej, więc zapas od The Body Shop raczej się nie zmarnuje. Krem z serii British Rose (100 ml za 39,90 zł) to znowu teoretycznie nie moje klimaty, a w praktyce róża z TBS zachwyca zapachem i delikatnością. Krem jest leciutki, wodny, wchłania się ekspresowo, pozostawia prawie niewyczuwalną, a już na pewno nieirytującą warstwę ochronną i dla umiarkowanie suchych dłoni jest akurat.

Krem z mango kiedyś miałam i wspominam dobrze. Konsystencja bardziej treściwa od wersji różanej, zapach linii Mango cudny. Tuba o pojemności 30 ml (22,90 zł) będzie akurat do torebki. 


Kolorówki pojawiło się niewiele i nie wywołała przyspieszonego bicia serca. Matowa pomadka w płynie w odcieniu Tahiti Hibiscus 016 ma odcień buraczkowy, a to niekoniecznie moje klimaty, a już na pewno nie na co dzień; płynna pomadka z połyskiem w odcieniu Orange Lollipop 003 to letni, jasny koral, więc dam jej szansę dopiero, jak mi się cera nieco ozłoci. Ciekawostką jest tusz do rzęs Lash Hero Fibre Extension, który z jednej strony ma niesilikonową szczotkę, a z drugiej – mnóstwo białych farfocli, które podobno sprawią, że będę mieć firanki jak nigdy. Jakoś nie ufam, więc jeszcze nie próbowałam, ale na pewno przetestuję, bo jestem ciekawa, czy mikrowłókna naprawdę coś potrafią, czy tylko udają, że. Maskara obecnie dostępna za pół ceny, czyli niecałe 30 zł.

Płaski pędzelek do cieni pewnie się przyda, choć wolę takie mniej sztywne, a czarne kredki są u mnie w codziennym użyciu, więc ta też pewnie się nie zmarnuje (chociaż od dawna unikam tych w drewienkach, bo mnie wykręcane tak bardzo rozleniwiły, że ojejku).

Ogólnie cieszę się, że w kalendarzu było mało kolorówki, bo wolę sama ją wybierać. 


25 grudnia przywitałam uszy dzikiego zwierzęcia i saszetkę wypełnioną maseczką z serii British Rose. Uszy są hihi i haha, saszetka zapewne niebawem pójdzie w ruch.

Według mojej oceny kalendarz jest mega. A jak według Waszej?
Wszystkiego dobrego w 2019!

27 komentarzy:

  1. Cholera, ja to chyba jestem zbyt dużą kosmetyczną marudą, ale wykorzystałabym raczej mniejszość niż większość ;) Trudno mi dogodzić :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja postanowiłam nie być marudą, dopóki nie sprawdzę konkretnej sztuki i nie znajdę konkretnych powodów do marudzenia ;). Przynajmniej jeśli chodzi o lubiane marki :). Zresztą... wiesz, jak dobrze się klika moje zrzędzenie? :D :D :D

      Usuń
  2. Fajny fajny, tylko kurczę, pięć stówek...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bardzo dużo, to prawda. Myślę, że gdyby mąż mi nie zrobił tej zakupowej niespodzianki, sama śliniłabym się do tego kalendarza do nowego roku, a potem zapłakałabym, że jednak go nie wzięłam.

      Usuń
  3. gdybym dostala to bym sie cieszyla, ale samej bym sobie nie kupila :) prawdopodobnie czulabym sie przytloczona wieksza iloscia produktow z jednej marki:D Poki co mialam dwa masła i szału nie było specjalnego. Ale jak na prezent super sprawa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też pewnie sama bym nie wywaliła pięciu stów na kalendarzyk ;). Ja lubię TBS, więc to przytłoczenie mnie nie boli, wręcz przeciwnie – z przyjemnością potestuję nieznane kosmetyki z ich asortymentu. A ich masła to się kocha głównie za zapach, zaraz po tym, jak znajdzie się ten ukochany :D

      Usuń
  4. Piękna zawartośc :) Trochę duża kwota jak na raz, ale kto wie, może kiedyś dam się skusić :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiadomo. Odwieczny problem: wywalać kasę, czy jednak stop, jestem mądra i nie potrzebuję 25 nowych flaszeczek :D

      Usuń
  5. Mnie się marzy jedynie kalendarz adwentowy Charlotte Tilbury. Reszta może nie istnieć :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet go nie oglądałam i wciąż nie zamierzam, żeby sobie go nie wkręcić bezsensownie ;)

      Usuń
  6. No, muszę przyznać, że to bardzo fajny kalendarz :) Dawno nie miałam nic z tej marki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja regularnie się u nich zaopatruję, ale ciągle w te same produkty, dlatego cieszę michę z tych nowości :)

      Usuń
  7. Nooo jest imponujący ten kalendarz :) Zacny! Najlepszego w Nowym Roku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tobie też, Kasiu! I kto wie, może do zobaczenia ;)

      Usuń
  8. Kalendarz jest świetny, a ponieważ bardzo lubię kosmetyki TBS, zwłaszcza w formie miniaturek to pewnie byłabym z niego bardzo zadowolona ;-) Jednak ta cena jest dla mnie nadal jednak trochę oporowa. No ale za rok kto wie co wie wydarzy? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie to mój przypadek: lubię zarówno TBS, jak i ich miniatury, dlatego radość ogromna :)

      Usuń
  9. Bardzo fajna zawartość. Mam ten krem do rąk mango ;)

    OdpowiedzUsuń
  10. super, że znalazłaś w kalendarzu wiele nieznanych sobie mazideł :) przyjemnych testów!

    OdpowiedzUsuń
  11. Gdy pokazałaś całość za jednym zamachem, zaczynam na poważnie żałować, że nie kupiłam :P

    OdpowiedzUsuń
  12. Kalendarz ma świetną zawartość, ale niestety kwota dla mnie zaporowa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, duży jednorazowy wydatek, ale value for money bardzo na plus!

      Usuń
  13. Miałam już dość tych kalendarzy na YT, bo choć je lubię, to ileż można!
    Natomiast ten kalendarz z TBS jest naprawdę mega! Zawartość baaaardzo ciekawa i sama chętnie bym się na niego skusiła :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, TBS pozamiatał! Lepszy on jeden za tę górę złotówek (bo i tak się opłaca z taką zawartością) niż kilka tych kiepszczaków innych marek.

      Usuń
  14. ZA JE BI STY.
    Testuj wszystko i mi mów.
    Ja właśnie się pucuję żelem peppermint candy cane i jest boski, ale jak się skończy z Twojego polecenia sięgnę po jakiś kremowy!

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger