02.12.2018

Zużycia listopada

Przerwa od blogosfery dobrze mi robi. Nie piszę, prawie nie czytam i przez to nie kusi mnie, żeby kupować nowe kosmetyki. Chętnie za to zużywam te, które już mam i z niedowierzaniem uzupełniam pielęgnacyjne braki. Przyjemność z zakupu kremu „na już” może docenić tylko ten, kto mocno kiedyś zbłądził... :) 

Zużycia listopada 2018


I tak, instagramerzy i youtuberzy od wczoraj szczują świątecznym klimatem, ale tutaj wciąż jesiennie – bo to przecież śmieci z wybitnie jesiennego listopada! A co tam w worze uzbierało się tym razem? 


Podopharm, Krem do stóp z lipidami – świetny krem, który sprawdza się u mnie równie dobrze jak serum do stóp tej marki (recenzja). Wchłania się bardzo szybko, a jednak „coś” robi. Używany regularnie – co prawie mi się nie zdarza, gdyż mych stóp nie miłuję ni trochę – przynosi wspaniałe rezultaty: skóra jest zmiękczona i odpowiednio nawilżona. Pachnie chemicznie winogronowo, a więc dość nietypowo jak na produkt do giczy przeznaczony.

Giorgio Armani, Si, nawilżające perfumowane mleczko do ciała – lekkie, mocno zakrapiane Si, nawilżające prawie niezauważalnie. Znalazłam je kiedyś w zestawie prezentowym wraz z perfumami, a zużyłam na siłowni, bo występowało w przyrodzie w małej, fajnej tubie i załatwiało zarówno temat pielęgnacji, jak i zapachu. Mimo tej wygody wolę lepiej nawilżające kosmetyki.

Fresh & Natural, Olejek do ciała z wiśnią i cytryną – o, ten na przykład świetnie pielęgnował. To megatłuścioch z naturalnym składem, o zapachu syropu wiśniowego (taka sama nuta jest w wiśniowym Biolove), który robi robotę, pod warunkiem że zostanie wmasowany w wilgotną, wygotowaną pod prysznicem skórę. Olejowa kołderka towarzyszy nam jeszcze przez pewien czas, ale przez kilka lat używania tego typu naturalnych kosmetyków zdążyłam się przyzwyczaić. Dozownik działał akuratnie, tylko wydajność mogłaby być nieco lepsza.


Yope, Kadzidłowiec i rozmaryn, Naturalny żel pod prysznic – było nam razem bardzo nieprzyjemnie, ponieważ zapach cierpkiego chwasta ani trochę mi nie odpowiadał. Pod prysznicem sięgałam po niego z wyjątkową niechęcią i w końcu został zużyty jako mydło do rąk. Z oczywistych względów nie będę powtarzać tego eksperymentu, a Wam niezmiennie polecam mydła kuchenne Yope.

Rituals, Jellylicious, The Ritual Of Holi, Wobbling Shower Jelly – myślałam, że uda mi się wykorzystać to okropieństwo po treningach na siłowni, ale nic z tego. Tak mnie wkurzało (i jeszcze dodawało sporo ciężaru do siłkowej torby!), że postanowiłam zakończyć tę znajomość radykalnie, wypierniczając prawie całą tę gównianą galaretkę do śmietnika. Gówniana galaretka zasłużyła na swój tytuł dlatego, że jedynym sposobem jej używania jest wyjęcie całego śliskiego klocka z opakowania i nacieranie się nim jak mydłem. Tyle że mydło nie zwykło uciekać i lepiej się pieni. Właściwie to ona nie pieni się prawie wcale, za to prawie nie da się utrzymać w dłoni. Zapach też raczej nieszczególny. Rituals ma swoje momenty, ale to nie był jeden z nich. Kosmetyk dla masochistów.

Saponificio Artigianale Fiorentino, Gelsomino e Mandarino, mydło w kostce – mięciutkie, ozdobnie wykrojone i pięknie pachnące mandarynką z jaśminem, zużywa się trochę zbyt prędko, ma tendencję do tworzenia w mydelniczce nieestetycznej mydlanej papki, ale i tak z chęcią po nie sięgałam, bo lubię ładne przedmioty, które radują mnie tą swoją kosmetyczną oprawą.

The Body Shop, Satsuma Shower Gel – to miłość, w dodatku wieloletnia. Kocham niektóre zapachy TBS i to jeden z nich. Wyśmienity, cytrusowy, ale dość słodki i niebanalny. Żel ma idealną konsystencję, mocno się pieni, a jego aromat jeszcze długo po kąpieli jest obecny w rozgrzanej łazience. Pisałam o nim więcej tu: klik. Używajcie i miłujcie go razem ze mną.


Benton, Aloe BHA Skin Toner – przyznaję, zawaliłam sprawę z tym tonikiem (tonerem?). Ma kwasy BHA w składzie i mógł (przynajmniej teoretycznie) uczynić mą skórę piękną, ale używałam go bardzo chaotycznie, bez jakiejkolwiek regularności, więc niczego nie zauważyłam. Toner jest nieco gęstszy od zwykłego toniku – coś między wodą a żelem, w niczym to nie przeszkadza, nie podrażnił też mojej skóry. Chętnie go jeszcze kiedyś zaproszę na bardziej sensowne testy.

Skin79, Grain Mild Peeling Gel – bezalkoholowy peeling typu gommage, czyli taki, który nie ma drobinek, za to przy rozcieraniu roluje nasz złuszczony naskórek – i to już pod palcami czuć. Bardzo fajnie działał na moją skórę, był łagodny, a jednocześnie konkretny. Normalnie kosztuje 60 zł za 100 ml, ale widziałam, że na stronie dystrybutora można go teraz kupić za 35 złotych. W ogóle dużo promocji w sklepie online Skin79. Tak mówię przy okazji, jakby Wam jeszcze nie było dość zakupów po Black Friday.

Mizon, Enjoy Vital-Up Time, Soothing Mask – nie zauważyłam żadnego sensownego działania na moją skórę, za to zauważyłam, że coraz mniejszą mam ochotę na te wszystkie płachtowe wynalazki. Nieekologiczne, nieekonomiczne, a w sumie i tak najlepiej działają tradycyjne maseczki z tubki i algowe maski Fantomasa.


WoodWick, Wood Smoke – zwykle nie pokazuję Wam zużytych świec, w imię zasady „no bez przesady”, ale wspominam o tej, żeby: a) pochwalić jej naturalny zapach jarającego się kominka w połączeniu z męskimi nutami, b) przestrzec przed WoodWickami, bo naprawdę potrafią irytować swoją funkcją romantycznych trzasków. Tak robią: imitują przy paleniu dźwięk drewna trzaskającego radośnie w kominku. Najpierw byłam zachwycona, a potem miałam tego efektu po dziurki w nosie, bo jest głośny i absorbujący. Uprzejmie przestrzegam.

Biobaza, Green Spirit, naturalny dezodorant o zapachu rozmarynu i werbeny – piękna, intensywna kompozycja zapachowa, bardzo orzeźwiająca! I moim zdaniem uniseksowa. Producent zachwala skład bez aluminium, alkoholu i sztucznych aromatów. Wszystko fajnie, ale po zerknięciu do INCI widać, że owszem, nie ma aluminium chlorohydrate, za to działanie dezodorantu opiera się na ałunie glinowo-potasowym, który jest... solą aluminium. Poczytajcie o ałunie, nie jest aż tak cudowny, za jaki się go zwykło uważać, choć oczywiście nie ma sensu go też demonizować. Dezodorant Biobazy ogromnie mi się spodobał, chociaż w upały nie chronił tak bardzo, jakbym sobie tego życzyła. Nie hamuje produkcji potu (to akurat zdrowe), ale pomaga na bieżąco tłuc bakterie, które sprawiają, że te nasze pachy śmierdzą miast pachnieć, jak sama nazwa by tu wskazywała... ;). Kartonowy stand Biobazy napotkałam w Rossmannie i tam właśnie możecie szukać stacjonarnie tych naturalnych kosmetyków.

Delia, Sponge Nail Remover, bezacetonowy – działa dobrze, ale ta głupia gąbka łuszczy się prawie od razu, co mocno mnie denerwuje. Po jasne-że-wycofanym gąbkowym zmywaczu Sephory pozostała w moim serduszku pustka i na razie żaden gąbkowiec nie był w wypełnić tej luki. Do Delii robię już chyba trzecie podejście (łatwa dostępność mnie zachęca) i po raz kolejny jestem niezadowolona z jakości gąbki. 


Kolejnych trzech reprezentantów kolorówki zasiliło mój worek ze śmieciami. Wypiekany cień Kobo o nazwie Violet i numerze porządkowym 313 lubiłam, bo – rozprowadzony palcem – dawał delikatny, ładny efekt na powiece. Niestety, bez dobrej bazy szybko znikał z moich tłustych powiek. Data ważności upłynęła mu ze dwa lata temu, wczoraj zderzył się z podłogą, dlatego poszłam za mało subtelną sugestią grawitacji i grzecznie się z nim rozstałam.

Po kredkę do oczu Kiko Glamorous nr 403 nie sięgałam prawie wcale, bo okazało się, że metaliczne bordo do niczego nie jest mi potrzebne, a do tego zdarzało się, że oczy mnie po niej szczypały (i to w czasach świeżości/świetności). Dodatkowy minus: wymagała temperowania. Wiem, że nie będę wracać, więc żegnam bez żalu.

Po kredkę NYX z serii Jumbo (odcień 615 Slate) też nie sięgałam często, bo stalowa szarość, idealna do smokey, tylko obciąża moje opadające powieki. Skuwka szybko popękała. Miłości brak. Cześć i czołem, kluski z rosołem.

24 komentarze:

  1. Mimo wszystko strzelające WoodWicki wciąż mnie kuszą :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo nie można odmówić im uroku! Przynajmniej... do pewnego momentu ;P

      Usuń
  2. Ahhh w Yope trzeba trafić na dobry zapach, bo inaczej jest naprawdę niemiło. Ten zimowy jest boski, ale specyficzny. Myślę, że dziurawiec też ma potencjał, musisz go zwąchać!

    Widziałam Rituals ostatnio w Sephorze i mi szczęka opadła. Zakochałam się w ich perfumach :( przywiozłam sobie dwie mini buteleczki z Londynu, boję się używać, bo takie piękne ;) i żałuję, że nie kupiłam sobie nowej limitki TBS peppermint candy cane, bo pachniała cudnie! Czy to jest w Polsce?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jest. Ale peppermint? Nie wystarczy Ci w paście do zębów? :D
      Perfumy Rituals potrafią miło zaskoczyć, szkoda, że te, które miałam, okazały się nietrwałe. Ale zapach miały niebanalny, czasem za nimi tęsknię.

      Usuń
  3. Miałam olejek Fresh & Natural i dobrze go wspominam :)

    OdpowiedzUsuń
  4. wspaniałę zużycia, mimo wszystko jestem bardzo ciekawa świecy strzelającej jak w kominku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Od czasu do czasu daje dużo relaksu. Ale jak zaczniesz tak codziennie z tym strzelaniem... ;)

      Usuń
  5. muszę wrócić do kosmetyków podopharm, do lipidowego kremu do stóp i do kremu do rąk <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, to są mocne produkty. Mam teraz porównanie, bo zabrałam się za inne, teoretycznie bogatsze konsystencje i... jest gorzej. Analiza porównawcza zawsze działa.

      Usuń
  6. Ja też, kiedy zrobiłam sobie mały odwyk od blogosfery, przestałam nadmiernie kupować kosmetyki;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najlepiej to w ogóle zacząć pisać o czymś innym, u Ciebie np. widziałam ostatnio tematy książkowe – popieram ;D

      Usuń
  7. Miałam jedno mydło do rąk Yope i zapach mi się podobał, szczerze powiem, że patrzyłam na inne produkty, ale nie mogłam się zdecydować właśnie ze względu na zapachy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zapachami Yope często nie jestem zachwycona, dlatego bardzo wybiórczo traktuję ich ofertę.

      Usuń
  8. Faktycznie te zmywacze delia lubia się kruszyc jesli chodzi o gabke. Ale chyba lepszy był zmywacz w gabce z loreala, to samo opakowanie a zdecydowanie gabeczka byla lepsza jakosciowo. Podopharm mam na liscie ciagle zakupowej ale póki co zywam gehwohl.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. L'Oreala nie próbowałam. Ale czy przypadkiem już nie wycofali? :D

      Usuń
  9. O niestety dla mnie żel pod prysznic Kadzidłowiec z Yope to śmierdziuch podobnie jak ten w wersji kokosowej (a kokos bardzo lubię!)

    OdpowiedzUsuń
  10. Z tym błądzeniem i zużywaniem zalegających dubli to się zgadzam! A przestawienie się na "właściwe" tory jest zawsze dobrą decyzją :) Gratuluję zużyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz to mnie czasem łapią myśli paniczne, że mi czegoś nagle zabraknie ;). Ale spoko, kalendarz adwentowy TBS zaraz uspokoi znękaną duszę ;)

      Usuń
  11. A ja nic nie miałam :) Ale podobnie jak Katalina, myślę że to dobre tory :) Sama jestem już na zdecydowanie lepszej trasie niż kiedyś ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i super, trzymajmy się naszych mądrych wyborów :)

      Usuń
  12. Z Yope bardzo lubię balsam do ciała i rąk "Zimowe okruszki". Przepięknie pachnie i dobrze nawilża :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie te okruszki zachęcają nazwą. Mam nadzieję, że są pięknie ciasteczkowe!

      Usuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger