07.03.2019

Zużycia lutego

Książki i seriale – przyjemnie o nich pisać, ale dziś przybywam z tym, co wciąż lubicie najbardziej: workiem odpadów <3. Poprzeżywajmy wspólnie ich wspaniałość lub nieodżałowaną beznadzieję! 


Luty był miesiącem pielęgnacyjnego chaosu, ale w ogóle mi to nie przeszkadzało. Kilka tygodni temu zamieszkał z nami Goran – wielki, wspaniały kocur – i całą uwagę poświęciłam jemu. Cud, że w domu pojawiały się obiady, a ja pamiętałam o zmyciu makijażu przed snem. Goran = miłość razy milion i zero skupienia ;).

W ubiegłym miesiącu walczyłam z ekstremalnym przesuszeniem dłoni, podobny problem na jednej rączce miał też mój syn. Wciąż nie jest idealnie, ale chyba najgorsze za nami. Ta sytuacja sprawiła, że zaczęłam uważniej przyglądać się kosmetykom myjącym w naszym domu i mocno ograniczyłam zużycie żelu antybakteryjnego BBW. Antyseptyczny smuteczek, ale pękająca skóra na kostkach mnie przekonała.

W tym miesiącu żywota dokonały:


Balea, kremowy żel pod prysznic Granat i Kwiat brzoskwini – pewnie teściowa pomyślała sobie, że jej nie lubię, skoro ja, wielka blogerka urodowa (haha, hyhy, hehe), daję jej takiego syntetycznego śmierdziela w ramach drobnego prezentu ze Słowacji spośród wszystkich istniejących prezentów, możliwych do kupienia w DM-ie. Mamo nr 2, wybacz, naprawdę myślałam, że to będzie piękne, a w ramach samobiczowania zużyłam drugą butelkę tej ohydy do ostatniej kropelki. Następnym razem postawię na baleowych klasyków.

Kneipp, esencja do kąpieli Głęboki odpoczynek – kompozycja paczuli i drzewa sandałowego pewnie nie każdemu się spodoba, ale według mojego nosa esencja Kneippa pachnie fenomenalnie. To kosmetyk, który ciągle przypomina mi, jak strasznie beznadziejne jest nieposiadanie wanny. Gdybym ją posiadała, moczyłabym się w tej esencji co najmniej pięć minut. Kto wie, może nawet 10! W jedenastej zwykle już mam dość. Tomek korzystał w misce udającej wannę. Podobno niebieski barwnik może mieć działanie rakotwórcze, więc nie polecam zalęknionym. Barwnika jest dużo, woda robi się wyraźnie niebieska, intensywnie pachnie, za to pieni się tylko przez chwilę w trakcie napełniania zbiornika.

Schwarzkopf, Schauma Kids, Szampon i odżywka – przeczytałam na blogu włosowej ekspertki Marty Klowan, że ten szampon może dobrze zrobić moim włosom, ale zrobił im średnio, a już na pewno nie tak jak chciałam. Cienkie, mocno przetłuszczające się blond kudły były ładnie oczyszczone i gładkie w dotyku, ale jednocześnie zabrakło objętości i trochę się puszyły. To nie jest zły kosmetyk, ale nie takiego efektu szukam. Ale włosy mojego 6-latka wyglądały ładnie i pachniały słodko :).


Dettol, Łagodny dla Skóry, Aloes i witamina E – jaką trzeba być tępą pipką, żeby wlać do pojemnika w łazience kolejny płyn antybakteryjny, podczas gdy dłonie własne i potomka pieką z wysuszenia. No ale przecież napisali, że jest łagodny dla skóry, a nawet Łagodny dla Skóry – swoją drogą to fantastyczny przykład niekłamstwa: Łagodny dla Skóry to nie stwierdzenie faktu, tylko nazwa własna. Sprytnie, producencie! No ale... co to ja miałam na jego temat? A, że dobrze myje, ładnie, niekonkretnie pachnie i wysusza. Miejmy nadzieję, że „bezlitosny dla bakterii” to nie dalszy ciąg nazwy własnej, bo byłoby naprawdę przykro, gdyby te suche kończyny były po nic.

Isana, Sensitive, Delikatne mydło do skóry wrażliwej – na pewno lepsze mydło od tego wyżej. Właśnie go używamy całą rodziną i nikomu skóra nie złazi, choć do dobrej kondycji dłoni jeszcze nam daleko. Zapach mało ambitny, ale niedenerwujący, pieni się jak trzeba, kremowe.

Yope, Zimowe naturalne mydło w płynie – i że niby Zimowe mogło pachnieć i działać fajniej od innych, których nie lubię? Nie wiem, jak to sobie obmyśliłam, ale teoria nie zadziałała, a ja wciąż uważam, że Yope to marka przereklamowana. Zimowe to trochę zwietrzałego goździka i nic poza tym. Przynajmniej miło się patrzyło na butelkę.

Żel antybakteryjny do rąk Bath & Body Works wciąż pozostaje bezkonkurencyjny, ale jak już wspominałam, używamy z Tomaszem tylko w razie najwyższej konieczności. Wersja Sweet Pea jest jedną z moich ulubionych.


Yves Rocher, Riche Creme, Ultra Rich Cleansing Cream – to był gratis do dawnych zakupów, swoje przeleżał w szufladzie, na początku nie czułam się przekonana, a z czasem naprawdę polubiłam ten kosmetyk jako pierwszy krok w wieczornym oczyszczaniu twarzy. Konsystencja jest ciekawa: to kremowy olejek, czyli ani gęsty, ani nie ucieka między palcami. Do demakijażu oczu wciąż wolę masło rumiankowe The Body Shop /recenzja/, Ultra Rich Cleansing Cream wyraźnie gorzej radzi sobie z dokładnym usuwaniem tuszu, ale za to z przyjemnością sięgałam po niego przy demakijażu twarzy, przy okazji robiłam przyjemny masaż na przekór wiekowi i grawitacji. Ma prawie niewyczuwalny zapach, a w składzie wartościowe oleje i wyciągi, żadnego syfu. Będę miło wspominać.

Bielenda, Lumiere Base, baza rozświetlająca pod makijaż – miałam pisać o tej bazie i jej różowej koleżance osobny post, ale zdaje się, że w międzyczasie producent zaprzestał produkcji lub coś ulepszył (włącznie z etykietą i nazwą), bo od miesięcy nie ma jej w sklepie online Bielendy. W Rossmannach widuję do dziś. To baza żelowa, a nie silikonowa, dlatego chętnie po nią sięgałam. Miała przyjemny zapach i zachowywała się na skórze jak serum. Białe kuleczki przy aplikacji zostawiały czasami brzydkie brokatowe smugi, które na szczęście dawało się rozetrzeć, baza wysychała do zera, nie zauważyłam nawilżenia ani wysuszenia, nie przedłużała trwałości podkładu, ale za to ładnie dodawała blasku w duecie z minerałami. I zarówno sypane minerały, jak i tradycyjne fluidy dobrze się na niej rozprowadzały. Żaden to cud współczesnego przemysłu kosmetycznego, ale była naprawdę w porządku. 

Dermalogica, Nightly Lip Treatment – pielęgnacja okolic ust to już zbyt wiele jak na moje życiowe lenistwo. I bez tego kroku mam pełno roboty z pielęgnacją twarzy, dlatego nie doceniłam, używałam nieregularnie i nic nie mogę powiedzieć na temat tego kosmetyku.

Płachtowa maska Balei była totalnym przeciętniakiem i zamknęła epokę mojego zainteresowania tym rodzajem masek. Wracam do tubek, algowych proszków i innych tradycyjnych wynalazków, bo nawet mnie – zupełnie nieświrniętej w temacie ekologii i zero waste – bolała ta nadprodukcja śmieci w imię nienadzwyczajnych efektów. 


Helena Rubinstein, Lash Queen Sexy Blacks – zauroczyło mnie opakowanie (te ozdobne kwiatki są z materiału!), ale sam tusz też mi się spodobał. Nie postawiłabym go na moim tuszowym podium i z pewnością nie będę zabiegać o ponowne spotkanie, ale zrobił naprawdę dobre wrażenie na moich rzęsach. Był odpowiednio czarny, a po podeschnięciu ładnie osiadał na włoskach, dodając im objętości. Pachniał różano, identycznie jak klasyczna wersja Volume Million Lashes L'Oréal, ale nie ma się co dziwić, bo francuski koncern lata temu kupił markę HR. 

Miss Sporty, Studio Lash 3D Volumythic – lubię, ale tylko w dni, kiedy nie używam cieni. Nie pogrubia, nie robi wow, po prostu porządnie rozczesuje i wyciąga do nieba. To zbyt delikatny efekt, jeśli ma występować w towarzystwie pomalowanych powiek, ale za to wygięta w łuk, silikonowa szczoteczka bardzo bardzo dobrze sprawdza się do dolnych rzęs. 

Maybelline, The Colossal Big Shot – przeciętniak. Przez chwilę myślałam, że będzie nam razem dobrze, ale jednak nie: sklejał rzęsy, a w zamian nie oferował nawet porządnego pogrubienia. Z każdym tygodniem było gorzej, dlatego nie planuję powrotu.

Udało mi się zużyć do ostatniego maźnięcia miniaturę pomadki Burberry w odcieniu Nude Beige, która była tylko poprawna. Kremowa, nietrwała, zupełnie nie odbiegała jakością od drogeryjnych przeciętniaków, a jedyne, co ją wyróżniało, to ekskluzywne opakowanie. Pożegnałam też prawie zużytą, osławioną Airy Fairy od Rimmela. Jak jej podliczyłam lata, to jednak postanowiłam nie denkować, chociaż wciąż ładnie pachniała i wszystko było z nią okej. 


Rimmel Lasting Finish 25h Nude to podkład, za którym będę bardzo tęsknić (tak tak, wycofany, zmieniony, skiepszczony). Mam jeszcze jedną tubkę w szufladzie i nie mogę uwierzyć, że producent zrezygnował z tej wyjątkowo udanej, matującej formuły.

Tarte, Amazonian Clay Airbrush Foundation, odcień Light Neutral – ten sypki podkład kilka lat temu był obiektem moich westchnień, nakręciła mnie na niego niepisząca już Iwetto, a tym, co mnie w nim zachwyciło, była elastyczna siatka, przez którą pędzel dobierał się do pudrowej formuły. Do dziś uważam, że to niezwykle wygodne, genialne rozwiązanie dla sypkich produktów i dziwię się, że nigdzie indziej tego pomysłu nie powtórzono. Sam podkład okazał się ciut ciemniejszy niż chciałam, dość szybko się po nim świecę, więc tu miłości zabrakło. Miał przyzwoite krycie, ale nie będę już polować na jaśniejszy kolor – nieporównywalnie lepiej sprawdza się u mnie łatwo dostępny, dużo tańszy Lily Lolo.

Maybelline, Instant Age Rewind (w Polsce Anti Age Eraser) w odcieniu Light – a tu akurat jestem bardzo na tak. Odcień Light jest neutralnym beżem, nie ciemnieje, nie wysusza skóry pod oczami, kryje całkiem nieźle, szczegóły w recenzji: klik. Jedyny minus to fakt, że zbyt chętnie włazi w moje coraz bardziej okazałe zmarszczki, ale dobry puder sobie z tym radzi.

MAC, Blot Powder, odcień Medium /recenzja/ – nie wiem, które to już opakowanie Blota, chyba czwarte? Łatwo wysnuć słuszny wniosek, że bardzo lubię ten puder. Nie jest idealny, ale w kategorii prasowańców lepszego nie znalazłam. Nałożony w nadmiarze będzie widoczny na twarzy, więc daleko mu do subtelnej mgiełki Laury Mercier, ale naprawdę nieźle trzyma mat (w kategorii prasowanych), daje lekkie krycie i świetnie nadaje się do poprawek w ciągu dnia. Spokojnie możecie brać odcień Medium do jasnych karnacji.


Tak oto dobrnęliśmy do końca tej niezwykle pasjonującej lektury. W najbliższym czasie zamierzam pokazać Wam (zapewne w odcinkach) górę kolorówki, która po ostrym cięciu opuściła moją kolekcję. Smutny to widok, ta góra, a jednocześnie bardzo pouczający. Cieszę się, że już mi się tak nie chce. Fajnie wrócić do świata normalnych!

29 komentarzy:

  1. Napisz o Goranku - plissss i dużo zdjęć Puchacza słodkiego - ładnie prosiM <3
    Airy Fairy - to chyba pierwsza moja szminka kupiona na początku blogowania. Pamiętam że kupiłam od razu dwie (wtf??!) i jedną nawet zużyłam CAŁĄ! Drugą wywaliłam prawie nietkniętą.. można sobie jedynie wyobrazić co w niej jest, że po sześciu latach pachnie tak samo ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kurdeeee, masz rację, nie pomyślałam o tym!!! Jaka tam tona syfu w tym Rimmelu :/
      A zakup dwóch hehehe, pięknie :D

      Tak, chyba faktycznie zrobię wpis o Goranie. Recenzja kota po dwóch miesiącach użytkowania :D :D :D

      Usuń
  2. Też zużyłam w lutym ten podkład Rimmela :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo lubiłam tusz Helenki z koronką, opakowanie mam do dziś :D Ładne denko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opakowanie? Ale że jako pamiątkę po pięknym tuszu? :D

      Usuń
  4. Niczeo chyba nie miałam ;P Ja na szczęście nie mam zbyt duych zapasów kolorówki

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też już zaraz będę mieć skromne ;)
      Musiałam po prostu przejść długą drogę, by dojść do tego momentu, w którym jesteś :D

      Usuń
  5. Tyle kosmetyków, a ja nic nie znam! I też boleję nad brakiem wanny... ;/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam to samo wrażenie, jak chodzę po blogach – sami nieznajomi!

      Usuń
  6. A mi się podobał zapach tego żelu z Balea choć nie przebija liczi i maliny więc oddałam bratu :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Coooo żel ohyda!? Tuż to jeden z moich ulubionych wersji :D Podkład był moją wielką miłością, do dziś za nim tęsknię :P A maseczka z balea była okej, na pewno lepsza od tych kremowych od nich.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, tego z granatem? I kwiatem brzoskwini uwielbiasz? Jesteś pewna? :D :D :D
      Przynajmniej podkład możemy opłakiwać razem ;)

      Usuń
  8. mam w swoim zbiorku miniaturę pomadki Burberry i naprawdę zdziwiła mnnie ta jakość... po Burberry spodziewałam się duuużo więcej :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja tak samo. Dużo lepsze wrażenie zrobiła na mnie miniatura Marca Jacobsa.

      Usuń
  9. Nie cierpię tego tuszu Miss Sporty, Studio Lash 3D Volumythic, jest okropny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, ciekawe, czym aż tak zalazł Ci za skórę!

      Usuń
  10. wlasnieuzywam tej miniaturki (lub podobnej) Burberry ale chwieje sie ze strach ;) ponoć tarte ma być w sephorze ..

    OdpowiedzUsuń
  11. Zużycia, pozbywanie się starych albo nieużywanych kosmetyków - i od razu jakoś człowiekowi luźniej..
    Lubię oglądać tego typu postu - czasami zdarza się, że odwiodą mnie od zaplanowanych zakupów, a czasami kolejne wskakują na listę do zakupienia :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja już raczej omijam tego typu wpisy, żeby nie narobić sobie kolejnych pozycji na wishliście ;)

      Usuń
  12. I teraz zabiłaś mi ćwieka, bo nie jestem pewna czy ten (nie)przyjemniaczek z Balea nie czeka czasem na swoją kolej w moich zapasach obejmujących 20 żelów pod prysznic :D

    OdpowiedzUsuń
  13. Jeśli chodzi o zużycia to zawsze jesteś moją bohaterka :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No co Ty, Aga, ja się po prostu czasem umyje, czasem umaluję, a czasem ponacieram i samo wychodzi :D :D :D

      Usuń
  14. Zainteresowałaś mnie kilkoma produktami (ostatnie zdjęcie). ;) Bazy Bielendy lubię, fajnie rozświetlają. :)

    OdpowiedzUsuń
  15. Opakowanie pudru z elastyczną siateczką niedawno poznał w pudrach AA Wings, rzeczywiście rozwiązanie jest bardzo wugodne ;-)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger