06.06.2019

Zużycia maja

Wraz z nadejściem prawdziwie letnich dni stałam się orędowniczką życia w wersji slow. Ma to wiele zalet, m.in. obniża poziom stresu, pozwala delektować się drobiazgami, ale ma też pewne wady. Jedną z nich jest... nieco opóźnione denko. Och, cóż to za blogowy dramat!


A serio: ostatnio byłam bardzo zajęta życiem i szczerze polecam to rozwiązanie! Dużo outdooru, poprawa jakości życia domowego/rodzinnego, więcej czasu na książki, samorozwój i tak dalej. Po statystykach bloga widzę, że Wy też trochę odkleiliście nosy od ekranów. Fajnie! 

A co tam, panie, w worku ze śmieciami słychać?


Sonett, Ekologiczne mydło w płynie Rozmaryn – to mydło już chyba znacie. Rozmarynowy cud, idealny do obmywania rąk w kuchni ze wszystkich śmierdzących pyszności, które szykujecie. To opakowanie zostało niestety przez długi czas niedomknięte i końcówka mydła mocno zgęstniała, a mnie się nie chciało wyduszać i rozrzedzać, więc niezużyty bezcenny centymetr pozostanie niedoużywany, ale niezmiennie polecam.

Nacomi, Fluffy Scrub & Wash, Sweet Coconut-Banana Foam – ostatnio używałam kilku kosmetyków Nacomi i ten okazał się najgorszy. Typowe imagination vs. reality, w którym imaginacją była lekka, ślicznie pachnąca pianka z ostrymi cukrowymi drobinkami, które pięknie zedrą martwy naskórek, a rzeczywistość okazała się nieco inna. Cukrowych drobinek było niewiele, absolutnie nic nie robiły poza delikatnym drapaniem skóry, konsystencja nieco przypominająca ptasie mleczko mi się podobała, za to zapach... zupełnie rozczarowujący. Banan z kokosem wypadł sztucznie, a przy bliższym spotkaniu było tylko gorzej. To nie jest zły kosmetyk myjący, ale jako scrub do niczego się nie nadaje i nie ma co liczyć na festiwal podprysznicowych uniesień. Po raz kolejny stało się jasne, że nie ma sensu szukać dziwacznych formuł w kosmetykach do mycia, bo tradycyjny żel pod prysznic ulubionej marki w ulubionej wersji zapachowej sprawdza się najlepiej.

Isana, Coffee & Vanilla, kremowy żel pod prysznic – deserowy przyjemniaczek, ale spodziewałam się zupełnie innego aromatu. Ten był bardzo słodki, mało kawowy i niespecjalnie waniliowy – kojarzył mi się trochę z jakimś kakaowym wafelkiem z poprzedniej epoki. Mimo wszystko za niecałe 5 pln miło było spędzić razem czas pod prysznicem, chociaż do mojego kawowego ulubieńca z Yves Rocher daleeeeeka droga.

Cetaphil, Cetaphil EM Do mycia, emulsja micelarna – sama nie mam zamiaru myć się czymś bezzapachowym, niepieniącym, o konsystencji emulsji, bo jeszcze mi miłe podprysznicowe życie, ale mój siedmiolatek miał zimą spore problemy ze skórą dłoni, więc postanowiłam przełączyć go na najłagodniejszy kosmetyk w kosmosie i... było warto. Wygodna forma pompki, wysoka wydajność, otulanie skóry bezpieczną kołderką – jestem na tak, pod warunkiem że nie każecie mi się tym myć ;). Do twarzy zdarzyło mi się kilka razy użyć, nie powiem, było skutecznie i delikatnie, ale wciąż: emulsja + brak zapachu = brak przyjemności (i pomyśleć, że powiedziała to ta, która ostatnio myje paszczę fantastycznie capiącym mydłem savon noir...).


Sylveco, Lipowy płyn micelarny – moje pierwsze spotkanie z tym kosmetykiem było jakieś bardziej szałowe, tym razem nie byłam już taka zachwycona, ale wciąż uważam, że to bardzo dobry płyn micelarny i wspaniale, że pochodzi od kochanej Mamusi Natury. Pewnie będę wracać od czasu do czasu, ale teraz wróciłam po latach do różowej Biodermy i nagle okazało się, że jednak między nimi jest przepaść. Sylveco w duecie z płatkiem dość tępo sunie po skórze, przez co czasem podrażnia, mimo nieagresywnego manewrowania płatkiem kosmetycznym po powiece. Bioderma ma dobry poślizg i lepiej/szybciej domywa – gdyby nie jej gorycz, która niezmiennie wkurza mnie przy demakijażu ust, ogłosiłabym ją micelem mojego życia.

Apis, Enzymatyczny peeling do twarzy z żurawiną – tani, delikatny, ale mimo tej delikatności efekty są zauważalne (po prostu daleko im do piorunujących). Niestety, dyskwalifikuje go w mojej pielęgnacji morze ciepłej parafiny (drugie miejsce w INCI!). Unikam parafiny i dobrze na tym wychodzę – od lat nie miałam skóry zapchanej twardymi, bolącymi grudkami. Peeling stosowany raz na kilka tygodni (tak wychodziło, długo mieszkał w łazience, bo przeplatałam go innymi produktami) nie zdołał mnie wprawdzie spektakularnie zapchać, ale ze dwa razy wyskoczyły mi pojedyncze wypryski po jego użyciu i całkiem możliwe, że to on (naprawdę rzadko na twarzy wyskakuje mi cokolwiek, dlatego pozwoliłam sobie wysnuć tę teorię spiskową). Nie wrócę.

Estée Lauder, Advanced Night Repair Synchronized Recovery Complex II – z jakiegoś powodu moja skóra uwielbia to serum, co wcale mnie nie cieszy, bo jest koszmarnie drogie i w dodatku śmierdzi. Obecnie coraz chętniej eksploruję świat pielęgnacji bliskiej naturze, więc na razie do Advanced Night Repair nie wrócę (portfelu, nie ma za co), ale efekt wyrównanego kolorytu, poprawionej gęstości i ogólnie lepszej kondycji mojej skóry zdecydowanie wart jest powtórzenia.

Dr.Jart+, Water Drop Hydrating Moisturizer (mini) – pisałam ostatnio recenzję, więc serdecznie odsyłam: klik. W skrócie: było nam razem przemiło, ALE. 


Rexona, Stress Control Anti-perspirant 48h – wiele miesięcy temu popsuły się wszystkie istniejące antyperspiranty i obecnie nic nie chroni mnie tak, jakbym sobie tego życzyła. Wymyśliłam, że musiał zostać wycofany z obiegu w UE jakiś kluczowy składnik, ale żadne tego typu niusy do mnie nie dotarły, więc być może jestem po prostu starą, śmierdzącą babą, której pomogłoby tylko częstsze używanie mydła :P. Sztyft Rexony sprawdziłam pro forma. Okazało się, że ani nie lubię (już) sztyftów, ani oczywiście tyłka nie urywa. Z drugiej strony teraz w obiegu mam spray z serii Garnier Mineral i jest jeszcze gorzej, więc ta Rexona nie taka ostatnia. W wyniku pogłębiającej się frustracji wyjęłam dziś z paczkomatu dwa słoiczki naturalnego dezodorantu (nie mylić z antyperspirantem) od Pony Hütchen (pisałam o nich tu: klik), który kiedyś wydawał mi się niewystarczający, ale to było w czasach jeszcze-działającej-Nivei, więc może jednak natura okaże się łaskawa i pozytywnie mnie zaskoczy! W razie czego będę szukać do skutku lub... częściej używać mydła.

Sol de Janeiro, Brazilian Bum Bum Cream (mini) – był kiedyś szał na te balsamy, miniatura przyszła z boxem Sephory, wykorzystałam i zaspokoiłam swoją ciekawość. Pełnowymiarowe opakowanie jest drogie, a zapach trudnej gardenii tahitańskiej (monoi) połączonej z kokosem może nieźle zmęczyć. Nie zachwyciło, działanie też raczej przeciętne, ale fajnie, że mogłam to na sobie sprawdzić.

Michael Kors, Island EdP – tak bardzo boli mnie serce, gdy patrzę na tę do połowy pełną butelkę, że już nie będę patrzeć i wyrzucę z zamkniętymi oczami. Historia jest prosta: to był mój ukochany zapach, który wycofano, więc skitrałam ostatnią butelkę na okoliczność apokalipsy, w czasie której chciałam pachnieć jak najpiękniej. Apokalipsy na razie niet, lata mijały, zużyłam połowę, a reszta zmieniła kolor i zaśmierdła. Jaki to byłby hasztag? #używajcieniekitrajcie?

pędzle Real Techniques wyrzucam z powodu trzonków, które z czasem zaczęły się dekomponować. Po pięciu latach użytkowania jestem gotowa się z nimi rozstać, mimo że samo włosie pozostało w niezmienionej formie. Mały do oczu można sobie darować, ale ten do różu jest absolutnie boski – świetnie radził sobie z (za) mocno napigmentowanymi różami i był w tej dziedzinie tylko trochę gorszy od pędzla Maxineczki M Brush 04 z pierwszej kolekcji.

Tyle w maju. Teraz idę sprawdzić, co tam w Waszych denkach. 

16 komentarzy:

  1. Sol de Janeiro, Brazilian Bum Bum Cream nie tylko męczy zapachem, ale też uczula co wrażliwsze skóry. Ja i moja mama poległyśmy w starciu z tym kremem. Okropnie nas po nim wysypało na nogach. Dobrze, że dałyśmy go na dobry początek tylko na tę część ciała, bo paliło żywym ogniem. Krem zużył tato, bo on ma pancerną skórę;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ojej, no to jeszcze gorzej z tym kremem :/
      Zdziwiło mnie zarówno to, że krem palił nogi, jak i to, że zużył go tato :D. Pozdrowienia dla Pana Taty! :)

      Usuń
  2. ja do swojego denka jeszcze nawet zdjęć nie zrobiłam, hue hue.

    co do antyperspirantów, to właśnie po te rexony sięgam najczęściej. w całej słabej drogerii te są najmniej słabe :DDDD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to jesteś jeszcze bardziej slow ode mnie :D :D :D

      Usuń
  3. na mnie już od dłuzszego czasu nie działają antyperspiranty, w zasadzie zrobiłam sobie teraz od nich przerwę i stwierdzam, że nie ma sensu ich więcej kupować:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się, naprawdę są dużo słabsze niż kiedyś, przecież to nie tak, że nagle kolektywnie cierpimy na nadpotliwość ;)

      Usuń
  4. Zawsze zapominam, a ten pędzel z Real Techniques mam od dawna na liście zakupowej. I musze w końcu go nabyć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten do różu jest ekstra, tylko uważaj, bo duuuuży :)

      Usuń
  5. Ja po wielu próbach testowania innych miceli nieustannie co jakiś czas wracam do różowej Biodermy. I muszę przyznać, że nikt jej jeszcze nie dorósł do pięt ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie dochodzę do podobnych wniosków... Ale jednocześnie będę testować dalej, bo marzy mi się coś równie skutecznego i łagodnego, ale a) w lepszej cenie, b) niegorzkiego.

      Usuń
  6. O przypomnialas mi wlasnie ze musze zakupic Cetapihil :D

    OdpowiedzUsuń
  7. a ja nadal nacomi nie mialam :) ten żółty bum bum mam gdzies musze go odkopac

    OdpowiedzUsuń
  8. Też uwielbiam ten pędzel do różu RT, ale używam go do bronzerów :D

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger