15.07.2019

Zużycia czerwca

Witajcie po urlopie! Wracam z nową energią, starymi śmieciami i mało wyjściowymi fotami, które naprędce zrobiłam przed wyjazdem, bo mi się wydawało, że na wakacjach spokojnie zdążę opisać zużycia czerwca. No cóż, nie było kiedy... ale to tylko dobrze świadczy o wakacjach :). 

Projekt denko czerwiec 2019

Wraz z końcem czerwca pożegnałam kilka irytujących kosmetyków i paru ulubieńców, a przy okazji z przyjemnością zauważyłam, że po latach bycia królikiem doświadczalnym w końcu zaczęłam otaczać się tym, co mi służy! Przynajmniej w większości przypadków, bo ciekawość jednak czasem wygrywa, a wtedy zdarza się, że przegrywam ja. W czerwcowej ekotorbie z kosmetycznymi śmieciami znalazłam tych oto zużytych:


Dermacol, Aroma Ritual, Summer Shower Gel Apricot & Melon – przyjemny żel o bardzo fajnym, rześkim zapachu melonowo-morelowym, któremu do bycia letnim ideałem brakuje tylko pompki (nie lubię tub). Ten egzemplarz kupiłam w słowackim DM-ie kiedyś_tam, ale z tego co wiem, Dermacol wreszcie wszedł do Polski z oficjalną dystrybucją i podobno można kupić produkty tej marki w drogeriach Natura. Prawda to? Jeśli widzieliście u nich stacjonarnie żele Dermacolu, koniecznie dajcie znać, dawno nie byłam.

The Body Shop, żel pod prysznic Satsuma – kocham, wielbię, miłuję. I tak już od lat. Satsuma, czyli jedna z odmian mandarynki, w żelu TBS pachnie oszałamiająco, intensywnie, a idealny cytrusowy zapach utrzymuje się w łazienkowym mikroklimacie tak długo, że aż trudno w to uwierzyć. Skład standardowy, żadne eko, dlatego najlepiej kupować w promocjach, które na szczęście w TBS regularnie się pojawiają. Wychodzi ok. 12 zł za 250 ml.

Perfecta Pharmacy, Femina Med, Uniwersalny preparat do higieny intymnej – już pisałam o tym na Instagramie: nie podoba mi się, że na butelce producent wrzucił info o upławach, że tak powiem, prosto w ryj. Mógł dać z tyłu lub zamienić te upławy chociaż na jakieś bardziej neutralne infekcje... Nie, nie mam problemu ze słowem „upławy”: upławy, upławy, upławy, upławy, upławy. Widzicie? Mogę tak bez końca. Tylko po co? Lubię się otaczać ładnymi przedmiotami i ładnymi słowami. Poza tym żel, a nie, przepraszam, PREPARAT, nie wyleczy infekcji, której objawem są upławy – tym bardziej mogli sobie darować ;). Poza opakowaniem nie mam uwag: wersja Femina Med jest bardzo dobra i godna zaufania. I całkiem przyjemnie (na szczęście delikatnie) pachnie. 


Garnier, Fructis, Szampon wzmacniający dla gęstszych włosów – różowy Fructis dobrze robi moim włosom, to znaczy dodaje objętości i sprawia, że są mięsiste i gładkie w dotyku. Jest to osiągnięcie nie byle jakie, bo naturalnie mam włosy najmarniejsze z możliwych: jasny, cieniutki blond, z mocno przetłuszczającym się skalpem. Nie polecam za to odżywki z tej serii. Wysusza i nie robi nic sensownego.

Barwa Naturalna, Piwny szampon z kompleksem witamin – a ten z kolei robi moim włosom niedobrze – po myciu są matowe, cienkie jak zwykle i byle jak się układają. Podobny efekt uzyskuję po użyciu Bambino o prehistorycznym składzie. Ciekawostka jest taka, że producent przeznaczył ten szampon dla włosów matowych, cienkich i suchych, ale na opakowaniu nie obiecał, że w jakiś sposób poprawi ich kondycję, dlatego nie mogę mieć pretensji: dalej są suche, cienkie i matowe :). Wodnista konsystencja mocno obniża wydajność. Zapach ładny: ziołowy, z subtelną piwną nutą. Pieni się dobrze, bo zaraz po wodzie ma w składzie SLeS. Wracać na pewno nie będę.

Anwen, Nawilżający bez, Odżywka do włosów o różnej porowatości – a tu mamy śliczną, estetyczną szatę graficzną i beznadziejną literówkę w nazwie produktu. O tym też wspominałam na Instagramie, odezwała się nawet sama Anwen i tłumaczyła, że nowe partie są poprawione, a tę wypuściła w świat, bo szkoda było wywalać to wszystko z powodu błędu. Ma to sens, szczególnie w dobie zwiększającej się ekoświadomości (również mojej), chociaż wciąż jako byłej korektorce trochę nie mieści mi się w głowie, jak można przegapić coś takiego :). Odżywka okazała się niestety poniżej oczekiwań. Faktycznie nawilżała, ale w żaden sposób nie upiększała moich włosów, a wręcz powodowała szybszy oklap i strąkowanie. Zmieniałam czas trzymania, omijałam skórę głowy, kombinowałam z ilością produktu, ale i tak było tak se.  No i zapach... hmm. Według mojego nosa anwenowy bez pachniał identycznie jak pasta do podłogi (ach, te aromaty z dzieciństwa!). Nawilżający bez ewidentnie nie jest dla mnie, ale próbki pozostałych odżywek (pierwszych trzech do konkretnych porowatości) wypadły dużo lepiej, więc możliwe, że jeszcze się z Anwen spotkam. 


Lulu & Boo Organics, Lavender & Lemon Toning Mist – tonik przeznaczony do skóry problematycznej i tłustej, 95% organicznych składników, w tym świetny oczar wirginijski i aloes. Powinno zadziałać, bardzo chciałam, żeby zadziałało, bo nawet szklana butelka z estetyczną etykietą zachęcała do sięgania_po. Niestety, mimo wielu prób i wypsikania większości, poddałam się i odetchnęłam z ulgą, kiedy resztka wpadła do torby ze zużyciami. Po pierwsze: tonik cuchnie. Wiem, wiem, lawenda to problematyczny składnik, rzadko kiedy ładnie pachnie, ale ta lawenda w połączeniu z oczarem i resztą sprawiły, że twarz śmierdziała, jakby ktoś ją oblał resztką zupy, która postała w słońcu o kilka godzin za długo. Tomek zatykał nos, mąż pytał po wejściu do łazienki, co tak wali... Poza tym okazało się, że aplikacja na całą twarz w formie mgiełki sprawia, że powieki szczypią i wysychają. Wszystko nie tak, włącznie z ceną: ponad 100 zł za 100 ml! Absolutnie nie mam ochoty na więcej Lulu & Boo w moim życiu. 

Bath & Body Works, Winter White Woods, antybakteryjny żel do rąk – niezmiennie uwielbiam i polecam żele BBW, ostatnio można było kupić 10 sztuk za 60 zł i to się już bardzo opłaca, ale akurat zimowa wersja była z połyskującymi drobinkami i wiem już, że nie chcę iść tą iskrzącą drogą.

Rituals, The Ritual Of Sakura, krem do ciała (miniatura) – miałam kiedyś większą tubę i dzięki temu minisowi przypomniałam sobie, jak pięknie pachnie biała seria Ritualsa. Właściwości pielęgnujące raczej przeciętne, ale przyjemność użytkowania ogromna! 


A poza tym dalej zużywa się kolorówka. Sama. Ja nic wielkiego nie robię, tylko czasem posmaruję oko czy usta. W tym miesiącu sięgnęłam po długiej przerwie po mój przyciężki nude'owy pewniak, czyli Max Factor Lipinity nr 160 Iced (recenzja) i okazało się, że śmierdzi (czas najwyższy), więc zaniechałam dalszej aplikacji i postanowiłam oddać moją Lipfinity w objęcia śmietnika. W przyrodzie te płynne, ultratrwałe maty występują w duecie z wazeliną w sztyfcie (która dodaje komfortu i połysku, a nie rozpuszcza – magia!), więc i wazelina zaliczyła czarter na wysypisko. Do oddzielnej torby z opakowaniami czekającymi na Back2MAC trafiły w tym miesiącu: szeroko znana w środowisku ludzi zajaranych makijażem Plumful (recenzja) i dziwna hybryda tintu z błyszczykiem, Versicolour Stain w odcieniu Tattoo My Heart (recenzja). Plumful to klasyczna, nietrwała szminka o półtransparentnym wykończeniu lustre, a jej odcień to bardzo twarzowa śliwka. Sięgałam po nią przy każdej porze roku, ale przez wieczne za-dużo-wszystkiego udało mi się zużyć tylko pół sztyftu (rocznik 2015, najwyższy czas na rozstanie, mimo że nie zjełczała). Tattoo My Heart to z kolei ciepły beżo-koral, po który sięgnęłam w sumie kilkanaście razy, a potem już nigdy nie wracałam, bo po prostu miałam o wiele fajniejsze upiększacze ust w kolekcji. Po szczegóły zapraszam do podlinkowanej recenzji – Versicolour Stain to mimo wszystko bardzo ciekawa formuła.

Papa powiedziałam w tym miesiącu miniaturze korektora NARS w odcieniu Vanilla. Mam też pełen wymiar i czasem po niego sięgam, ale jakoś zawsze wydaje mi się, że będzie za ciężko i za chłodno pod okiem. A nie jest. Faktycznie Vanilla to chłodny beż z wyraźnie różowymi podtonami, ale w dolinie łez z jakiegoś powodu dobrze to wygląda, no chyba że mam na sobie ultrażółty podkład. Korektor NARS-a ma dobrą pigmentację i trzeba stosować go z umiarem. Wtedy nie wysuszy, wszystko zakryje i przy odrobinie dobrego pudru nie podkreśli zmarszczek. Do dużego formatu wrócę jesienią, bo teraz mimo wszystko za ciężki kaliber jak na moje letnie potrzeby.

Czarna, wykręcana kredka Exaggerate od Rimmel  w odcieniu 262 Blackest Black to mój szybki, tani pewniak. Wodoodporna, wściekle czarna, ale nie zastyga zbyt prędko, jest miękka i można nią zarówno wypaćkać linię wodną (tu będzie się trochę rozmazywać na drugą linię – mimo obiecywanej wodoodporności), jak i linię rzęs – będzie też czas na roztarcie, jeśli zajdzie potrzeba. Nie jest to najlepsza kredka, jakiej używałam, ale od czasu do czasu do niej wracam. W segmencie tanioszki zdecydowanie polecam.

Więcej kosmetycznych grzechów nie pamiętam. Miłego tygodnia, smyki!

21 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawe denko. Uwielbiam żele BBW, ale bez drobinek. Literówka faktycznie mogła się nie pojawić, jednak pech to pech. Za Perfectą nigdy nie przepadałam, dlatego nawet nie zwracam na nią uwagi. Nie znoszę dziwnych zapachów, w imię czego miałabym się karać, nawet tonikiem za stówę. Też nie po drodze do bycia mi królikiem doświadczalnym, chyba że mam na coś ogromną ochotę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, te drobinki są tam zupełnie niepotrzebne. Perfecta jako marka też mnie jakoś nigdy nie przekonywała, ale akurat te żele są ze mną od lat i mogę o nich powiedzieć same dobre rzeczy.

      Usuń
  2. Miałam kilka szamponów barwy, witaminowy także, ale włosy nie były po nich w dobrej kondycji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam wrażenie, że nic się nie zmieniło w ich składach od wczesnych lat 90. ;)

      Usuń
  3. Przybijam piątkę, bo ja też mam przetłuszczający się skalp. Ta bzowa odżywka ma prześliczne opakowanie, szkoda, że się nie sprawdziła. Kiepsko, jak kosmetyk źle pachnie... Fructisy miałam różne, ale różowego chyba nie. A tym żelem mandarynkowym mnie niesamowicie zainteresowałaś. Co do Barwy, ja właśnie wypróbowałam Barwę Ziołową do włosów przetłuszczających się i też do niej nie wrócę... Pozdrawiam ciepło!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Straszna mordęga z tym nadmiarem sebum. Jak słucham, że ludzie myją głowę raz w tygodniu, to mi się w głowie nie mieści :).

      Usuń
  4. uwielbiam korektor Narsa! jeden z najlepszych :)

    cieszę się, że wakacje się Wam tak udały :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, było wiele minusów tego wyjazdu niestety, ale ogólne nastroje rewelacyjne, a to najważniejsze! I pamiętam, że u Ciebie NARS super działa :)

      Usuń
  5. Zastanawiałam się nad kupnem tej odżywki Anwen, ale skoro robi przyklap to odpuszczę. Nie mam zbyt wielu włosów, więc raczej mi zależy na puszystosci i objętości :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ona nawet nie jest ciężka, po prostu w żaden sposób nie pomaga włosom w byciu ładnymi ;)

      Usuń
  6. Lubię kosmetyki z Garniera :)

    OdpowiedzUsuń
  7. A jaka jest najlepsza kredka, której używałaś?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tych tanich nic lepszego nie przychodzi mi do głowy, a jeśli chodzi o taką superintensywną i wodoodporną, to największe wrażenie zrobiła na mnie wykręcana kredka Smashbox Always Sharp.

      Usuń
  8. Mialam kiedysbarwy szampony one bardzo mocno oczyszczały, także po olejowaniu jak znalazł ;) Jednak wolę dziś fructis z zielonym jabłkiem na opakowaniu ten szampon jest niezawodny. Co do zapachu lawendy to go uwielbiam, często odpalam olejek lawendowy dodaje go do wosków kiedy już przestają pachnąc. Mąż zawsze mówi co tak śmierdzi:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też bardzo lubię Fructisy, ciągle do nich wracam!
      A co do lawendy, to... dziwna jesteś :P ;)

      Usuń
  9. Żel Satsuma regularnie latem używam i też uwielbiam. :D Krem Sakura też fajny. Za szamponem Fructisa muszę się rozejrzeć, bo mam takie same włosy :/ ale nic im nie pomaga.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na urlop zabrałam miniaturę Radicala i wiesz, jak mi się spodobały włosy po nim? Zastanawiam się, czy to szampon tak dawał radę, czy może on w połączeniu z francuską wodą – może ma inną miękkość czy coś? Nie wiem, ale nie spodziewałam się takiej mięsistości!

      Usuń
  10. Te upławy mnie rozbawiły :D
    Jeżeli chodzi o literówki, jak mnie wkurza ich wszechobecność! Naprawdę nie rozumiem jak to się dzieje, że ktoś przed masowym wydrukiem nie sprawdza tego, co napisał :P Nawet teraz, na koncercie Rammstein (60 tysięcy ludzi!), wszędzie przy gastronomicznych budkach wisiały kartki "ze względów bezpieczeństwa wszystkie napoje przelewamy NA kubków" ♥
    Miałam do czynienia z czterema odżywkami Anwen, żadnej nie lubię ;( I bardzo mi z tego powodu smutno

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, zwariowałabym od tego napisu nakubkowego!!!

      Usuń
  11. Znam szampon z Garniera, odżywkę Nawilżający Bez i nic więcej :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger