02.08.2019

Moja pielęgnacja twarzy, lato 2019

Czy trzeba zmieniać pielęgnację latem, a potem, w chłodniejszych miesiącach, nakładać na twarz zupełnie co innego? No pewnie, że nie! Ale można i u mnie taka wersja sprawdza się od dobrych kilku sezonów, czyli od czasu, gdy przestałam być w pielęgnowaniu skóry spontaniczno-chaotyczna.



Jakie są powody zmian latem? W moim przypadku chodzi głównie o to, żeby nie nosić zbyt wielu ciężkich warstw w trakcie upałów, a jednocześnie żeby skóra jakoś wyglądała. Jakoś-wyglądanie polega w skrócie na tym, że im lepiej ją oczyszczę i nawilżę, tym mniej się przetłuszcza, a więc i ja wyglądam estetyczniej, i mój makijaż też (jeśli się na niego zdecyduję – przy ponad 30 stopniach to nie takie oczywiste). I już, taka to moja letnia pielęgnacyjna filozofia, nic skomplikowanego. Na bardziej zaawansowane procedury szykuję się jesienią, dam Wam znać, co wydumałam :).

Zwykle latem nie udawało mi się skutecznie zwęzić porów i byłam przekonana, że taka już ich rozszerzona uroda. Niewielkie zwężenie widać było przy dobrym oczyszczaniu, ale to wciąż za mało, żebym mogła z przyjemnością i beztroską jeździć po twarzy pędzlem wytarzanym w rozświetlaczu. Aż tu nagle w tym roku baaaam, jest lepiej! Czy to kombinacja kosmetyków, których używam? A może któryś konkretny okazał się przeciwkraterową petardą? Niełatwo odpowiedzieć na to pytanie, mogę mieć jedynie podejrzenia...

Aha, i oczywiście to nie jest żadna recepta na piękną skórę, pielęgnacja idealna czy coś. To po prostu kosmetyki, których używam w tym roku latem, które dobrze się sprawdzają i postanowiłam się tym z Wami podzielić z nadzieją, że może część z Was znajdzie tu coś ciekawego dla siebie.

No dobrze, co my tu mamy?


Po pierwsze: oczyszczanie. To nic odkrywczego – porządne usuwanie resztek makijażu, sebum, brudu miejskiego obowiązuje u mnie przez cały rok i u Was też powinno! Za każdym razem, gdy zasnę nad książką, a potem ostatkiem sił dotoczę się do łazienki i zmyję naprędce makijaż wacikiem nasączonym płynem micelarnym, następnego dnia gorzko żałuję tego minimalizmu. Mogłoby się wydawać, że przecież dobry micel domyje, co trzeba, ale każdy, kto choć raz spróbował doczyszczać twarz czymś więcej niż płynem micelarnym, wie, że w tym przypadku więcej robi różnicę. Moje oczyszczanie jest raczej mało wydumane: ma być możliwie szybko, prosto i logicznie. I tylko od czasu do czasu z takimi luksusami jak piekąca ryło maska czy peeling-zbyt-mocno-enzymatyczny.

Zwykle wygląda to tak, że największe pucowanie odbywa się wieczorem, przy okazji prysznica, ponieważ serdecznie nie znoszę myć twarzy nad umywalką. Jeśli tak wypadnie, to myję i jęczę w myślach (chyba) nad swoim smutnym losem i wodą spływającą po łokciach. Chyba mam problemy z integracją sensoryczną.

W przypadku mocnej, pełnej tapety, przecieram najpierw twarz wacikami z niewątpliwie najskuteczniejszym płynem micelarnym na rynku, czyli starą, dobrą (nieeee, niedobrą, bo gorzką!) różową Biodermą Sensibio H2O. Wróciłam do niej po latach przerwy, kiedy najpierw wydawało mi się, że równie dobry jest różowy Garnier, więc po co przepłacać, a potem się okazało, że jednak nie i przerzuciłam się na niebieską Mixę. Ta ostatnia naprawdę działa i wciąż ją polecam, ale, no cóż, nie chce być inaczej: sięgnęłam po Biodermę, bo potrzebowałam zgrabnej miniatury na wyjazd i to jednak inna liga. Jeśli na twarzy przez cały dzień miałam tylko pielęgnację i tusz do rzęs, pomijam micel i przechodzę dalej.

Dalej = sprint pod prysznic, a tam już idzie gładko: makijaż oczu rozpuszczam piekielnie skutecznym rumiankowym masłem The Body Shop /recenzja/, a twarz traktuję czymś konkretnym. W ostatnich miesiącach była to zbyt wielka tuba bananowej pianko-pasty It's Skin, na którą nie mogę już patrzeć i mąż ją wydusza do końca. Z okazji przesytu chemicznym bananem, wiosną zaliczyłam kolejny powrót po latach i włączyłam do pielęgnacji dawno niewidziane savon noir – czarne mydło z równie czarnych oliwek, które pachnie i wygląda jak jedna z cięższych frakcji ropy naftowej (a jeśli mieliście nadzieję, że może to od Nacomi będzie ładniej pachniało czy coś... przykro mi, ale nie). Najważniejsze, że myje twarz tak, jak lubię: delikatnie i konkretnie zarazem. Do zapachu dawno się przyzwyczaiłam, do konsystencji krówki ciągutki też, a moja skóra cieszy się jak głupia i widzę, że z tej radości postanowiła skończyć z dziką nadprodukcją sebum, tak typową dla letnich miesięcy. Nie żebym w ogóle przestała się świecić, ale jest wyraźnie lepiej.

W ramach powrotów do tego, co uwielbiam, zaopatrzyłam się kilka tygodni temu w pastę myjącą Lush Let The Good Times Roll /recenzja/. Od razu mówię: zrobiłam to tylko dla zapachu, bo nie jest to kosmetyk idealnie dopasowany do mojej cery i potrzeb. Czyścik Lusha pachnie obłędnie – nieupieczonym ciastem. Kocham ten niebiański aromat, więc zrobiłam czary-mary i wplotłam go w niecodzienną pielęgnację, mimo że właściwie nie był mi potrzebny. Dlaczego nie paćkam się nim codziennie? Bo ma piaskową strukturę, która niezbyt dobrze służy mojej płytko unaczynionej cerze. Nie stosuję go solo jako jedynego czyścika, bo nie lubię kończyć oczyszczania z tłustym filmem na twarzy, a Let The Good Times Roll ma w składzie glicerynę i olej kukurydziany. Dlatego po użyciu i tak wykonuję drugi krok czymś, co ten tłuszcz z twarzy zdejmie – savon noir jest w tej roli doskonały. Ja wiem, że warto chronić warstwę lipidową naskórka i w ogóle, ale po czymś tłustawym czuję się po prostu niedomyta, a tak przecież nie przystoi! Czyścik Lusha traktuję więc jak peeling i używam co któryś dzień. I za każdym razem jest wspaniale <3.

No właśnie, jeśli o peelingi chodzi, to niedawno do mojej pielęgnacyjnej gromady dołączył słynny enzymatyk marki Tołpa, czyli Sebio Peeling 3 Enzymy. Naczytałam się o nim samych wspaniałości, więc w końcu musiałam sprawdzić, o co chodzi. Stosuję go 2 razy w tygodniu i... jest grubo. Zaskoczył mnie, nie powiem. Działa genialnie, oczyszcza perfekcyjnie, wykurza wszystko, co się da, ale nie nada się dla wrażliwców, bo dość konkretnie piecze w trakcie zabiegu. Dla mnie to tylko dyskomfort, skóra nie jest po nim zaogniona, ale u Was może skończyć się gorzej, więc ostrożnie z nim. Ten kosmetyk jest łudząco podobny do peelingu enzymatycznego Dermalogica /recenzja/, który uwielbiam. Tamten też świetnie działa i też potrafi... dopiec!

Zarówno enzymatyczną Tołpę, jak i doskonałą oczyszczającą maseczkę z cynkiem Sephory /recenzja/ stosuję w ciągu dnia. Ta ostatnia jest równie skuteczna co czarna GlamGlow, a cena jednak nieporównywalnie lepsza. Sephorę aplikuję 1–2 razy w miesiącu, nie tylko latem. Piecze jak Tołpa, a może nawet bardziej, ale za każdym razem nie mogę uwierzyć w stan mojej skóry po użyciu: gładka, idealnie czysta, po prostu piękna!


Po drugie: akcja nawilżanie, regeneracja i inne takie. Po pierwsze w po drugim: nie warto pomijać toniku w swoim pielęgnacyjnym rytuale. Wyrównanie pH po wielkim szorowanku to zawsze dobry pomysł i ja nigdy z tego dobra nie rezygnuję. Tym razem miejsce toniku okupuje Vianek i jego Nawilżający tonik-mgiełka do twarzy. Powinno być raczej „nawilżająca toniko-mgiełka”, bo „nawilżający tonik” jest ok, ale „nawilżający mgiełka” już niekoniecznie, ale co ja tam wiem o gramatyce, głupia eks-korektorynka. Viankowe cudo jest treściwe jak na mgiełkę, zupełnie inne od tępo sunących po twarzy hydrolatów czy (a pfuj!) alkoholowych toników. Vianek ma w składzie glicerynę i parę innych dobrodziejstw, które czuć na skórze i wklepywanie go, opryskiwanie się nim, czy co tam sobie lubicie robić, sprawia, że czujemy się bardziej jak po koreańskiej esencji, niż po tej wyrównującej pH wodzie, z którą nie całkiem wiadomo, o co chodzi. Mimo że producent przeznaczył ten kosmetyk do cery suchej, na mojej mieszanej sprawdza się bardzo dobrze. Nadmiar mgiełki wklepuję palcami i skóra jest bardzo dobrze przygotowana do dalszych kroków.

Od wielu tygodni w mojej wieczornej pielęgnacji królują oleiste mazie zaklęte w żelowej formule. Tymi duetami już zdążyłam się nazachwycać na Instagramie, ale nie sposób nie powtórzyć tego tutaj: żel aloesowy jest wspaniały, ale tylko wtedy, gdy prawidłowo go użyjemy. Moje pierwsze z nim spotkanie (w śmierdzącym, wielkobutelkowym wydaniu od włoskiej Equilibry) było nieudane, ponieważ próbowałam używać go pod krem lub w ogóle solo na twarz czy ciało. Efekt był taki, że wchłaniał się ekspresowo, pozostawiał skórę ściągniętą, a ja zupełnie nie mogłam zrozumieć, czym się ludzie tak zachwycają. Dopiero gdy za radą Anuli (klik) zaczęłam łączyć żel aloesowy bezpośrednio z olejami i taką gotową miksturę aplikować na twarz, zadziała się magia. A, no i pomogła wymiana śmierdzącej Equilibry na świeżo pachnący żel Holika Holika. Moja wiosenno-letnia mikstura to odrobina żelu aloesowego wymieszanego z dwiema kroplami skwalanu od The Ordinary i trzema kroplami oleju z pestek malin od NaturalME (kupiłam w Super-Pharm). Mój aloesowo-olejowy żelek rozprowadza się pięknie, wchłania prędko i gdyby nie to, że jest lato i nie mam ochoty dokładać kolejnych warstw pielęgnacji, spokojnie mogłabym dodać na wierzch coś jeszcze. Twarz nie jest tłusta, nie jest też ściągnięta – ogromny komfort. Spróbujcie wklepać te olejowe formuły solo w mieszaną lub tłustą skórę... Zapewniam, że długo będzie Wam towarzyszył smalczyk na twarzy.

Skwalan bardzo sobie cenię. Możemy go znaleźć w sebum, ale jako że pozbywamy się naszego sebopancerza wraz z oczyszczaniem cery z codziennego brudu, warto go uzupełniać, bo chroni skórę przed odwodnieniem. Jest też antyoksydantem i dobrym nośnikiem składników aktywnych. Dobry skwalanek, dobry! Głask, głask. Ten z butelki pochodzi od naszych przyjaciółek oliwek :). Olej z pestek malin kupiłam eksperymentalnie, bo po prostu wcześniej go nie używałam i byłam ciekawa, jak się u mnie sprawdzi. Lekko pomarańczowy, zimnotłoczony olej z pestek malin ma dużo witamin E i A, a więc tłucze dzielnie wolne rodniki i ma działanie regenerujące. Może też chronić przed promieniami UV, ale nocą średnio mi to potrzebne. Jest dobrym elementem mojej nocnej mikstury, ale jak się skończy, chętnie wymienię go jesienią na inny olej – tyle ich jeszcze do przetestowania!

Dzięki mojej mieszance skóra jest nawilżona, wygładzona i w naprawdę dobrej kondycji, a ja nie jestem zmęczona nadmiarem ciężkich kosmetyków, które topią się w upale razem ze mną. Jakiś czas temu dołożyłam do tego zestawu serum Liqpharm LIQ CC z 15% stężeniem witaminy C i... jest jeszcze lepiej! Wydaje mi się, że to właśnie to serum zrobiło największą robotę przy minimalizowaniu porów, ale jeszcze poobserwuję i dam Wam znać w oddzielnym wpisie. Na razie jestem jego działaniem zachwycona. Stosuję naprzemiennie z moim miksem, czasem też w ciągu dnia (w dni domowe, bezmakijażowe).


Po trzecie: ochrona przeciwsłoneczna, przeciwzmarszczkowa, przeciwwszystkowa.

Po nocy pełnej wrażeń nigdy nie szoruję twarzy na nowo. Możecie sobie o mnie pomyśleć wszystko, co najgorsze, ale tak właśnie jest, a ja sięgam tylko po płyn micelarny, który rozpuszcza resztkę nocnej pielęgnacji, a potem lecę z Viankiem i dzienną artylerią. Latem pielęgnację w wersji na dzień kroję do minimum, bo po prostu nie mogę inaczej w tych temperaturach, a przecież jeszcze trzeba dowalić skórze SPF 50, który zawsze robi najgorzej mojemu makijażowi, ale co zrobić, gdy słonko praży i o rety, jakie długie zdanie wyszło, więc kropka. Co któryś dzień skóra rano jeszcze nie ma tak najgorzej, bo przed makijażem dostaje strzałem od peelingu enzymatycznego lub maski Sephory i wtedy jest już naprawdę czysto i nie ma się do czego przyczepić.

Przy okazji dziennej pielęgnacji wspomnę o tym, co pod oczy, ale oczywiście wszystko podoczne ląduje na twarzy również wieczorem. Przez zimę i wiosnę wklepywałam słynny Antipodes Kiwi Seed Oil Eye Cream, o którym było głośno kilka lat temu, ale przecież lepiej późno niż wcale, nie? Jak na legendę w dziedzinie podocznego nawilżania wydał mi się trochę za lekki, ale co ja tam wiem o legendarnych kremach pod oczy? Kilka tygodni temu dołożyłam D'Alchémy Age-Delay Eye Concentrate i teeeraz dopiero jest dobrze. Najpierw wklepuję koncentrat, a potem dokładam Antipodes. Skóra pod oczami dawno nie wyglądała lepiej. Każdy z tych kosmetyków stosowany oddzielnie wchłania się prędko i będzie doskonały pod makijaż. Antipodes z powodzeniem używałam jako krem na dzień, ale wtedy wieczorem brakowało poweru. Koncentrat D'Alchémy najpierw testowałam solo, bo dobrze rokował: ma idealnie maślaną, gęstą konsystencję, niezwykle bogaty skład, więc spodziewałam się, że może być aż za ciężki i dobry tylko na noc. Okazało się, że wchłania się nawet szybciej od lekkiego Antipodes, czego do teraz nie mogę zrozumieć. Samodzielnie jest okej, ale wolę go w duecie z czymś bardziej wodnistym, bo dopiero wtedy odczuwam prawdziwy komfort w tych okolicach. Niekoniecznie warto go łączyć akurat z egzotycznym Antipodes, podejrzewam, że sprawdzi się z każdym innym lekkim, łatwiej dostępnym kremem pod oczy. 

Jeśli chodzi o pielęgnację twarzy, nie nakładam nic poza D'Alchémy All-Over Blemish Solution. To krem regulujący do cery tłustej i mieszanej, który występuje w przyrodzie w postaci lekkiej emulsji. Daje efekt lekko matowej, wygładzonej skóry i jest bardzo dobrą bazą pod makijaż. Opowiem Wam o nim więcej w osobnym wpisie o D'Alchémy. Na krem leję lekki, bezbarwny, niestety alkoholowy Anthelios Shaka Fluid, czyli filtr SPF 50 od La Roche-Posay. W tym sezonie używałam trzech  filtrów SPF 50 do twarzy (oprócz Antheliosa jeszcze matującego paskudy SVR z serii Sun Secure i Uriage Bariésun w wersji ultralekkiej)  i ten sprawdził się najlepiej. Szybko się wchłania, nie bieli i... działa. Niestety, podobnie jak pozostałe, przyspiesza świecenie, więc do ideału trochę brakuje.

Ufff, to tyle. Tak oto powstała książka o mojej obecnej pielęgnacji twarzy. Strach pomyśleć, ile tomów napiszę na temat wersji jesienno-zimowej! Mam nadzieję, że znaleźliście tu jakieś godne uwagi kosmetyki lub rozwiązania. Moja skóra latem chyba nigdy nie miała się lepiej!

36 komentarzy:

  1. Bardzo fajna i ciekawa pielęgnacja :) Micel Biodermy i serum Liq CC uwielbiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. dzięki :) jest fajna, a do tego w większości naturalna!

      Usuń
  2. Mam aktualnie ten tonik i bardzo go lubię, chociaż mam wrażenie, że byłby u mnie lepszy zimą np., bo jak piszesz jest dość treściwy :) Ogólnie bardzo lubię toniki Vianka, wcześniej używałam Ziaji (nie zagłębiajmy się w to xd) i Evree i różnica jest ogromna jak dla mnie! Peeling Tołpa muszę wypróbować, nawet ostatnio szukałam go w Rossmannie, bo był w niskiej cenie, ale oczywiście nie było :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, też tego Vianka zimą widzę i możliwe, że wtedy znowu go kupię, będzie taką kojącą kołderką :). A słyszałaś, że Evree znika z rynku?

      Usuń
    2. Oo! Ja nie słyszałam! A dlaczego? Masz jakieś wieści?

      Usuń
    3. A to chyba u simply czytałam, że wycofuje się firma produkująca Evree, Mincera i Bunę. W necie przeczytałam, że w kwietniu faktycznie Basel Olten Pharm był w upadłości, ale jakiś fundusz chciał ich wykupić. Może jeszcze nie wszystko stracone? Trudno powiedzieć, wtopili na giełdzie na głośnej aferze z GetBackiem.

      Usuń
  3. intryguje mnie enzymatyk tołpy (zwłaszcza, że chwalisz!), ale ich maseczki
    mocno drażnią moje naczynka i podejrzewam, że z peelingiem mogłoby być podobnie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, no nie wiem, on jest naprawdę mocny... Może lepiej nie ryzykować :(

      Usuń
  4. Lubię ten peeling enzymatyczny z Tołpy, na tonik z Vianka mam ogromną chęć :) Przemyślana pielęgnacja twarzy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie wierzyłam w Vianka, kiedy pojawiał się na rynku, a teraz widzę coraz więcej dobrych produktów w katalogu marki!

      Dzięki za dobre słowo :)

      Usuń
  5. Ochrona przeciwwszystkowa <3 kocham Cię <3

    OdpowiedzUsuń
  6. Fajna pielęgnacja, o dziwo znam większość produktów.

    OdpowiedzUsuń
  7. Podobna pielęgnacja i u mnie jeśli chodzi oczywiście o etapy. Masło rumiankowej z the body shop miałam i bardzo lubiłam. Przypomniałaś mi o nim bo właśnie zastanawiałam się jak zabrać olejek do demakijażu na wakacje żeby nie pobrudzić niczego wokół. Może zaopatrzę się ponownie w to masełko? Oby była jakaś promka 🙈 cieknąca woda po łokciach to znana mi rzecz :-D tym bardziej, że w nowym mieszkaniu zachciało nam się ładnej i zgrabnej umywalki, która jest tak mała i płytka że nie mogę za wiele zrobić :-P. miałam czyscik z Lusha i miło wspominam zwłaszcza ten "ciastowy" zapach. Szkoda, że nie mam żadnego dostępu do Lusha bo tak chciałabym kule do kąpieli (wreszcie po prawie 30 latach,n 27, mam wannę!) i jakąś maseczkę. Patent z żelem aloesowym muszę wypróbować - coś tak czułam, bo widziałam że szybko wysycha, skóra sucha i intuicyjnie nakładam olejek lub coś treściwego. Ale muszę spróbować właśnie z mieszanką! Ach i też mam krem pod oczy z D'Alchemy - taki fajny puszek i skóra przyjemna! Ale to drugie cudo mnie zaciekawiło, muszę sobie wygooglować.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, zapach Let The Good Times Roll to poezja!!! Uzależniający, niestety, wzmaga też moją chcicę na słodycze ;). Zazdroszczę wanny, ja miałam w domu rodzinnym i w wynajmowanym mieszkaniu, a od prawie 10 lat tylko prysznic...

      Mieszanka aloesowo-olejowa to mistrz, ona wciąż szybko się wchłania i nie zostaje tłusta warstwa na skórze, jak po samym olejku, a jednocześnie nie ma ściągnięcia i wysuszenia, jak po samym aloesie. A razem potrafią zdziałać cuda, więc to naprawdę genialne rozwiązanie.

      Usuń
  8. Swietna pielegnacja, ja rowniez zmieniam sezonowo swoja rutyne ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie to nawet więcej w tych zmianach intuicji, a mniej szczegółowego planowania – staram się na bieżąco reagować na potrzeby skóry, która dość jasno wypowiada się na temat stosowanej przeze mnie pielęgnacji :)

      Usuń
  9. Uwielbiam tę mgiełkę z Vianka, również pozostałości produktu wsmarowywuję w skórę. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zwykle poszukiwałam lżejszych toników, ale ten jakoś wyjątkowo dobrze wypada na mojej mieszanej cerze.

      Usuń
  10. Mam maseczkę z Sephory, niestety zasycha w opakowaniu 😒 ale ogólnie spoko.

    Dalchemy mnie nie przekonuje, z uwagi na pochodne kokosa, które mnie zapychają :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, zasycha, naprawdę? Nigdy nie miałam tego problemu, a nie zużywam jej zbyt prędko.

      Usuń
  11. spora gromadka, niektóre znam. Ciekawi mnie antipodies ale trochę ucichło o tej firmie więc w sumie zapomniałam :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie ja też zapomniałam, ale potem zapisalam się do Lookfantastic.pl i tam mi wyskoczyła superpromo na ten krem, to kupiłam po latach! :) Jest bardzo przyjemny, ale myślę, że współcześnie spokojnie da się go zastąpić czymś łatwiej dostępnym.

      Usuń
  12. Zacna pielęgnacja i ciekawy artykuł. Ja używam ilościowo chyba jednej trzeciej tego, co ty. Jedyne, co toleruje moja skóra, to minimalizm, minimalizm i jeszcze raz minimalizm. Wszystkiego jak najmniej. Nawet oczyszczania, bo zaraz się przetłuszcza. Zresztą może jeszcze nie trafiłam na idealne "oczyszczacze'. O żelu aloesowym Holika Holika słyszałam, ale jak widać, też trzeba wiedzieć, jak tych dobroci aloesowych używać. Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Moje pierwsze podejście do aloesu było bardzo nieudane, bo właśnie jakoś nikt nie podzielił się sekretną wiedzą o mieszaniu. I tak czytałam te peany, czytałam, a u mnie wypadał beznadziejnie ;).

      Usuń
  13. Super pielęgnacja ale płyn micelarny zawiera detergenty więc po użyciu należy koniecznie zmyć go wodą i nie pozostawiać na skórze. Pisała o tym ostatnio Alina rose i inne beauty guru

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ciekawe, dzięki za cenną uwagę! Na większości płynów micelarnych widnieje informacja, że nie trzeba ich niczym zmywać, ale np. na micelu D'Alchemy faktycznie jest info na ten temat, co nawet mnie zastanowiło.

      Usuń
  14. oho! nie znam tych produktów, chociaż peeling z tołpy mam więc chyba czas w końcu użyć!

    OdpowiedzUsuń
  15. U mnie podobne podejście do pielęgnacji. ;) Doceniam te same maski, doceniam też olejki. :) Dzięki za info o odpowiednim stosowaniu żelu aloesowego. Też się zawsze zastanawiałam w czym ten fenomen jak on ściąga skórę i nie regeneruje (mojej spieczonej skóry nie ukoił).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No to piona za podobieństwa! Tak, aloes jest spryciarzem, który ukrywa swoje dobre działanie i ukazuje moc tylko zorientowanym wybrańcom :D

      Usuń
  16. Ja w sumie myję tylko twarz płynem micelarnym i używam kremu nawilżającego z Hada Labo. Nic więcej nie potrzebuję :) Moja skóra jest mi wdzięczna że tak mało używam :)

    OdpowiedzUsuń
  17. O ja akurat mam w domu cała serie oczyszczająco pielęgnującą z hady i potwierdzam te kosmetyki są ekstra. Idealne na lato choć w zime też mam zamiar ich używać.

    OdpowiedzUsuń
  18. Maseczkę Sephory mam na liście, jak już się uporam z zapasami :) [to mój jedyny punkt krytyczny :P]

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger