13.08.2019

Zużycia lipca

W tym roku mój blog powinien zmienić nazwę na Agata Denkuje. A wszystko dlatego, że czas leci jak szalony, życie pozainternetowe kwitnie, a ja kocham już nie jednego bloga, tylko dwa. Matki wielodzietne – jak Wy to robicie, że dzielicie po równo? A może jednak się nie da? 


Obiecałabym poprawę, ale nie wiem, jak będzie, więc skupię się na tym, co udało się wypracować, czyli na ponownym zebraniu worka śmieci i zrobieniu mu sesji zdjęciowej :). Świry rozumiejo! Całej reszcie dziękuję, że odwiedziła mojego dziwacznego bloga i ewentualnie zapraszam na drugiego, o sztuce i innych swawolach: klik :). 


The Body Shop wysypał się z wywrotki w grudniu, kiedy zaczęłam rozpakowywać kalendarz adwentowy. Miniatury z niego bardzo mnie ucieszyły, bo znalazłam wiele nieznanych wcześniej kosmetyków z serii Spa Of The World. Część trafiła do kosmetyczki w torbie na siłownię, część pojechała ze mną na urlop. Na siłowni zimą i wiosną używałam z dużą przyjemnością kremowego żelu pod prysznic Vanilla Marshmallow – jak zakładam, świątecznej limitki. Ostatnio robiłam porządki w torbie, znalazłam resztkę tego żelu i zużyłam do ostatniego butelki pierdnięcia. Było fajnie, słodko, otulająco. Jeśli przypiekana na ogniu waniliowa pianka znów pojawi się w ofercie TBS, możliwe, że wrócę. Swoją drogą te 60-mililitrowe maluchy są bardzo wydajne!

Seria Spa Of The World na razie wywołała mieszane uczucia. Żel pod prysznic Adriatic Peony Body Wash pachniał pięknie i intensywnie, na pewno chętnie do niego wrócę. Był równie wydajny jak Vanilla Marshmallow – wystarczył dwóm osobom na dwutygodniowym wyjeździe! Tak, myjemy się codziennie.

Podobnie pozytywne wrażenia miałam z użytkowania kremu do ciała Japanese Camellia Velvet Moisture Body Cream. Intensywny, perfumiarski zapach tym razem nie dla każdego, bo nieco w klimacie tiare, czyli gardenii tahitańskiej – specyficznie, ale według mojego nosa: pięknie. Skład przyzwoity, drogocenne olejki, brak tradycyjnych zapychaczy. Konsystencja z tych treściwszych, maślanych, a jednak krem dobrze leżał w ekstremalnym upale. Ładnie nawilżał i zostawiał ochronną, acz zupełnie niedenerwującą kołderkę. Bardzo przyjemny kosmetyk, szkoda że pełnowymiarowe opakowanie kosztuje powyżej 100 zł, bo to już się robi taka nieco wielkopańska pielęgnacja! (widzę, że teraz jest przeceniony na 69,90 zł – tak tylko mówię).

Nie spodobał mi się za to krem do ciała Firming Ritual Ethiopian Green Coffee. Lekka konsystencja, brzydki trawiasty zapach, nawilżał jakoś tam mniej więcej, a o ujędrnieniu nie powiem za wiele, bo wystarczył na kilka użyć. Zajrzałam na stronę TBS, a tam ludzkość się rozpływa nad „orientalnym, zniewalającym” zapachem. Czy w kalendarzu była jakaś zepsuta sztuka, czy trawa może się komuś kojarzyć z orientem i do tego zniewalać? Temat do sprawdzenia, bo mam wrażenie, że miałam w rękach zupełnie inny krem... 


Gąbki z konjacu są genialne, pisałam o nich tu: klik. Te z Sephory też super, ale nie polecam miniaturek – zdecydowanie za maciupkie, można przy nich stracić wszystkie punkty poczytalności, bo ślizgają się w rękach, a robota idzie wolniej, niż powinna. Cudowne do zmywania masek, pięknie się na nich pienią żele i pianki do mycia twarzy. Jeżeli macie przewrażliwioną, reaktywną skórę i wszystkie szczotki, gumowe wypustki i foreo-podobne wynalazki są za mocne, spróbujcie konjaców. Kto wie, kto wie. Mam teraz pełnowymiarową i... ufff, co za ulga.

Wróciłam do płynu micelarnego Biodermy Sensibio H2O i nie mam już wątpliwości, że to najskuteczniejszy micel w historii beauty-wszechświata. Szukałam tańszej alternatywy, najbliżej była niebieska Mixa, którą polecam, ale jednak Bioderma to jest to. Wersję mini można kupić w promocji za niecałe 10 zł, świetnie sprawdza się na wyjazdach.

Mój uprzejmie zainteresowany kosmetykami mąż zapragnął znowu poszorować swój piękny ryjek czyścikiem Lusha Angels On Bare Skin. No to zamówiłam. Męża uszczęśliwia anielski tłuścioch z kawałkami lawendy, a mnie nieupieczone ciasto na twarzy, dlatego w zamówieniu nie mogło zabraknąć Let The Good Times Roll. Recenzję ciasta zostawiłam tu: klik, a Angels On Bare Skin zrecenzował kiedyś... ON! Choćby z tego względu warto kliknąć: /klik/.


Exclusive SPA skarpety złuszczające zostały mi polecone przez Simply a woman i za pierwszym razem zadziałały świetnie. Za drugim i trzecim nie wydarzyło się... nic. U Kingi tak samo. Co oni tam namieszali??

Garnier Mineral Protection to moje kolejne nieśmiałe podejście do łatwych w obsłudze antyperspirantów, które działają. Ten jak zwykle średnio, więc wciąż na pierwszym miejscu pozostaje ultraniewygodny naturalny krem do ręcznego rozsmarowywania pod pachami marki Pony Hütchen.

Fitomed i Mój krem No. 11 do cery mieszanej i tłustej z rozszerzonymi porami to na pewno świetny pomysł, ale tak rzadko po niego sięgałam, że nie wyrobiłam sobie zdania. Minęły przepisowe 3 miesiące PAO, krem zmienił zapach i musiałam go wywalić. Myślę, że gdybym sumiennie go używała, wciąż byłby niemożliwy do wykończenia w przepisowym czasie, bo to aż 50 ml, a na całą twarz wystarczy niewielka porcja. Mogę powiedzieć tylko tyle, że ma specyficzny, wytrawny ziołowy zapach (ale łagodny) i bardzo przyjemną, lekką konsystencję. Zdaję sobie sprawę, że niewiele Wam to pomoże.

Nacomi, Aqua Hydra Skin, Nawilżający koktajl do twarzy 3w1 – bardzo znany i szeroko polecany kosmetyk polskiej naturalnej marki, który kupiłam żeby sprawdzić, czy i tym razem milion much nie może się mylić. Było... w porządku. Po pierwsze: pachnie trochę jak owocowa balonówa i dziwnie mi było z tym faktem. Zapach ładny, ale spodziewałam się czegoś zupełnie innego. Po drugie: koktajl jest tłusty, więc jako krem na dzień w moim przypadku odpada, stosowałam wyłącznie na noc. Nigdy nie używałam jako maski, co również zaleca producent, ale wieczorna, solidniejsza porcja była właściwie czymś w rodzaju całonocnej maski, jakich pełno oferuje koreańska pielęgnacja. Koktajl utrzymywał dobre nawilżenie, skóra była przyjemnie gładka w dotyku, ale na lato to już było zbyt wiele. Wydaje mi się też, że może zapychać – jakoś więcej pojedynczych bomb wyskakiwało, kiedy go używałam. Mam porównanie z lżejszą letnią pielęgnacją i faktycznie zimą było gorzej. Nie udało mi się zużyć całej ogromnej tuby, ale maskowicze pewnie dadzą radę :). 


Na koniec historyjka z urlopu: postanowiłam być mądra i przewidująca, więc zaprosiłam do wyjazdowej kosmetyczki nie jedną, a dwie kredki do brwi! Puder Anastasii dorzuciłam w ostatniej chwili i, jak się okazało, ocalił mój look od katastrofy. Owszem, wrzuciłam aż dwie kredki, ale nie sprawdziłam, ile ich zostało w opakowaniu. Po czterech dniach obie wyzionęły ducha dzień po dniu. Brawo, Agato.

Wosk do brwi Bell jest bardzo fajny – kolor dla blondynki odpowiedni, można sobie wyrysować ładną, niezbyt mocną brew, ale nie każdemu podejdzie miękka, woskowa formuła. Nie jest też moją ulubioną, ale zużyłam z przyjemnością. Minus: bardzo, BARDZO niewydajna. Mój nowy kredkowy ideał to Nabla w odcieniu Neptune. Precyzyjna, cieniutka końcówka, nie za twarda, nie za miękka, świetny chłodny średni brąz. Po drugiej stronie ma wygodną szczoteczkę, która – nie wiedzieć jak i kiedy – złamała się u podstawy i stała się kompletnie bezużyteczna. W użyciu kolejna sztuka. Polecam bardzo mocno.

Środkowy ogryzek to kredka Bo-Ho Green Revolution – do niedawna moja ulubienica, teraz jednak stawiam na trochę twardszą Nablę. Pisałam o niej tu: klik. Ma idealnie chłodny odcień dla blondynek. Stacjonarnie powinna być wciąż dostępna w niektórych Rossmannach. Na pewno godna polecenia, jeśli szukacie naturalnego make-upu, bo w niczym nie ustępuje naszpikowanym chemią koleżankom. 

Oto i denko.
Spóźnione, ale nie mogło go przecież zabraknąć! :)

9 komentarzy:

  1. jestem właśnie na spontanicznym i nieplanowanym urlopie w Polsce (spowodowanym wielce dołującym zastojem w biznesie) i byłam wczoraj w Rossmannie, bo nie miałam u rodziców szamponu i odżywki do włosów. zajrzałam na półkę dostopową,a tam już tych skarpetek Exclusive Cosmetics ani nawet dedykowanego im miejsca nie było...

    OdpowiedzUsuń
  2. Gąbki Konjac i płyn micelarny Biodermy uwielbiam, według mnie są najlepsze :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Ty to jesteś moją bohaterką. Ja nie mogę się zebrać do tych zużyć.

    OdpowiedzUsuń
  4. O dziwo nic nie znam z Twojego denka :D kusi mnie ta różowa wersja płynu micelarnego z Biodermy :) A ciekawią mnie mocno kosmetyki Lush i The Body Shop szkoda, że nie są łatwiej dostępne :)

    OdpowiedzUsuń
  5. Kiedyś lubiłam deo garniera, ale z czasem zaczeło mnie podrażnić, zapachy przestały mi odpowiadać no i ten krem.. ehhh no dramat :D Miałam też sławny koktajl nacomi i u mnie się nie sprawdził, przede wszystkim właśnie.. zapychał! No i ten mega słodki zapach bleeeh :P

    OdpowiedzUsuń
  6. U mnie też tylko i wyłącznie Sensibo z Biodermy ;-))) Cała reszta to jedynie "namiastka" :P

    OdpowiedzUsuń
  7. musze kupic jakies skarpetki zluszczajace bo nie uzywalam juz dawno

    OdpowiedzUsuń
  8. ekstra CI poszło z tymi zużyciami!

    OdpowiedzUsuń
  9. Ciekawią mnie te produkty TBS, tych akurat jeszcze nie miałam. Może też się skuszę na kalendarz adwentowy TBS w tym roku... ;D W zeszłym roku nie wiedziałam co brać. :D

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger