09.10.2019

Zużycia września

Wrzesień 2019 to kosmetyczny misz-masz: zużyłam rzeczy ulubione, zalegające i rozczarowujące, a do tego cieszę się ogromnie, że coraz więcej w mojej pielęgnacji dobrych powtórek. Oczywiście nigdy nie przestanie mnie rajcować testowanie nowości – o ile przyjemniej się je kupuje! – ale to, że da się sięgnąć po ulubieńców, bo jeszcze ich nie wycofano z produkcji, to naprawdę dobra rzecz :).


Nie dość, że coraz więcej powrotów do sprawdzonych kosmetyków, to jeszcze w ostatnim roku zanotowałam zdecydowanie większy udział kosmetyków naturalnych w mojej pielęgnacji. Bo wiecie, z tą naturą mam jak z weganizmem: nigdy nie będę w tym siedzieć w 100%, bo nie lubię się ograniczać, ale odnalezienie świetnego kosmetyku naturalnego cieszy mnie tak samo jak zjedzenie pysznego ciasta wegańskiego – to już jest bardzo wysublimowana gra w samozadowolenie!

A co tam, psze państwa, w powrześniowym śmietniczku?


The Body Shop, White Musk L'Eau Shower Gel – cu-dow-ny. Kosztuje dość dużo jak na produkt do mycia ciała, ale ja kupiłam go w jakiejś szalonej promocji i było nam razem wybornie <3. To męska linia zapachowa, skomponowana przede wszystkim z piżma, ale też gruszki, jaśminu, lilii wodnej, paczuli. Woda toaletowa pachnie mocniej i wiadomo, więcej tam olfaktorycznych głębin, ale żel z tej serii sprawia ogromną radość. Zdecydowanie do powtórzenia.

The Body Shop, Cactus Blossom Hand Wash – jak zwykle przy nowych wariantach zapachowych TBS, byłam mocno zainteresowana linią Cactus Blossom, szczególnie ze zielona herbata z opuncją pachnie wspaniale. Tu zachwytu zabrakło, choć trzeba przyznać, że to nietypowy i nieprzypominający niczego innego aromat. Samo mydło spisało się bez zarzutu, choć taka 250-mililitrowa butla dość szybko wydała ostatnie pierdnięcie.

Powrót Do Natury Mydlarnia, Naturalne mydło z olejem migdałowym i arganowym Cytrusowa Świeżość – niezależnie od tego, co obiecuje producent (a obiecuje wiele), na temat tej kostki mogę powiedzieć tylko jedno: była koszmarna. Jej zapach to jedna z najobrzydliwszych rzeczy, jakie wąchałam, zapierający dech, rzygogenny cytrus – znam ten aromacik dobrze z jednego z odstraszaczy komarów i kleszczy dla dzieci, którego też nie dało się używać z powodu zapachu. Mydło zostawione w łazience na mydelniczce, było wyczuwalne w przedpokoju. Wylądowało w śmietniku po kwadransie męczarni, dlatego nie opowiem Wam o jego wspaniałych właściwościach. PS Przyjemność obcowania z tym straszydłem kosztuje 10 zł. 

Biały Jeleń, Codzienna Pielęgnacja, mydło w kostce – na pewno o niebo lepsze mydło od tego wyżej, ale i tak nie jestem z niego zadowolona, bo jest zdecydowanie za miękkie po namoczeniu i zostawia nieestetyczną paćkę w mydelniczce (a przy okazji bardzo szybko dokonuje mydlanego żywota). Zapach przeciętny, w wielu kręgach znany jako toaletowy. Przyznam, że po moich ostatnich doświadczeniach z kostkami, marzę o powrocie do płynnych formuł, co zapewne za chwilę się wydarzy.


Pilomax, Wax Daily, szampon do włosów cienkich bez objętości – poznałam już szampon do przetłuszczającego się skalpu /recenzja/ i byłam nim zachwycona, dlatego po ten sięgnęłam z dużymi oczekiwaniami. Wax Daily w tym wariancie nie trafi może na szczyt mojego szamponowego best of, ale byłam z niego naprawdę zadowolona i teraz, kiedy morduję się z gorszymi zawodnikami, jeszcze bardziej doceniam jego właściwości. Moje włosy są dokładnie takie: najcieńsze z możliwych i totalnie bez objętości. Szampon Pilomaxu sprawiał, że objętości faktycznie przybywało, a do tego dobrze współgrał z odżywką Macadamia Natural Oil, której używam z kolejnymi dwoma szamponami i teraz sprawuje się o wyraźnie gorzej. Chętnie wrócę.

Marc Jacobs, Kokosowa baza pod makijaż Under(cover) /recenzja/ – wszystko było w recenzji. W skrócie: poniżej oczekiwań i nie dla cery z przetłuszczającą się strefą T.

The Body Shop, Firming Ritual, French Grape Seed Scrub (mini) – całkiem nieźle skrobał ten skrobak, choć do porządnego peelingowania skóry trochę zabrakło. I nawet nie pamiętam już jego zapachu, taki był subtelny i... nijaki. Kosmetyki z serii Spa Of The World nie należą do tanich (110 zł za 350 ml i 27 zł za takiego 50-mililitrowego malucha), dlatego nie będę wracać do tego, co nie wywołało przyspieszonego bicia serca.  


Uriage, Eau Thermale – woda termalna Uriage towarzyszy mi od kilku lat, a ta ogromna butelka – na pewno od kilkunastu miesięcy. Niestety, nie udało mi się jej zużyć do samego końca, bo nagle... zabrakło gazu. Najpierw aerozol zamienił się w wodnego sika, a na końcu całkiem przestało lecieć, mimo że jeszcze trochę chlupotu zostało w butelce :). Ogólnie wolę format podróżny, ale ten na pewno jest zdecydowanie bardziej opłacalny. Używam Uriage w roli toniku, do zmaczania beauty blenderów, zwilżania glinkowych masek, żeby nie wysychały na skorupę i czasem dla ochłody latem też. Lubię, bo jest jedną z niewielu wód termalnych, których nie trzeba zmywać chwilę po użyciu.

Vianek, Nawilżający tonik-mgiełka do twarzy z ekstraktem z ziela owsa – używałam go przez ciepłe miesiące aż do teraz (przekroczyłam przepisowe PAO 3 M o ok. 4 tygodnie, bo po wyznaczonym czasie w butelce wciąż było sporo, a z tonikiem nic się nie działo) i dochodzę do wniosku, że przy mieszanej cerze ten produkt lepiej sprawdza się poza upałami (hm, w sumie żadne odkrycie, wszystko sprawdza się lepiej poza nimi...). Niemniej to bardzo przyjemny, bogaty tonik z dobrym składem, do którego z przyjemnością wrócę przy kolejnej okazji. Więcej w tym wpisie: klik.

D'Alchémy, Micellar Cleansing Water /recenzja/ – zbiorcza recenzja produktów tej marki pojawiła się w poprzednim wpisie. Klikajcie, a znajdziecie. 


Holika Holika, 99% Aloes Soothing Gel – już o tym pisałam, ale powtórzę: aloes z Holika Holika odczarował ideę aloesu jako kosmetyku. Poprzednia próba ze śmierdzącym żelem z Equilibry skutecznie mnie zniechęciła, a tu proszę, może być przyjemnie, pachnąco i... skutecznie! Żeby było skutecznie, należy aloesu nie pakować na skórę samodzielnie, tylko zakolegować go z jakimś przyjemnym olejem – wtedy zaczną dziać się cuda.

Clinique, Pep-Start, Double Bubble Purifying Mask (mini) – wiele wskazuje na to, że pielęgnacja z Clinique jest jedną z najgorszych, co smuci, bo jest z tych droższych i pozycjonuje się jako ta do rozmaitych zadań specjalnych. W kosmetykach Clinique alkohol leje się jak na góralskim weselu, podobnie jak silikony i parę innych budzących wątpliwości składników. Przyjemnie bąblująca na twarzy maska Clinique nie ma w składzie tych niefajnych rzeczy, więc miałam nadzieję, że może tym razem... ale jednak nie. Skóra nie była ani zdrowo rozświetlona, ani oczyszczona lepiej niż zwykle (mam wrażenie, że nawet gorzej, bo mający działanie filmotwórcze disiloksan na drugim miejscu w składzie dawał uczucie wysmarowanej czymś twarzy). Nie zauważyłam żadnych pozytywnych zmian, więc to niestety kolejny bez-sensu-kosmetyk tej marki.

Belif, The True Cream – Aqua Bomb (mini) – lekka, żelowa, bezolejowa formuła, która szybko się wchłania i ładny, choć intensywny zapach, ale z bomby wodnej nic nie wyszło. Zużyłam głównie jako bazę pod makijaż latem i było całkiem fajnie, ale kompletnie nie wierzę w pielęgnacyjne moce tego kosmetyku. Alcohol denat. i Dimethicone wysoko w INCI też nie pomagają.

D'Alchémy, Age-Delay Eye Concentrate – bardzo dobry koncentrat pod oczy, pod warunkiem że nie potraktujemy go jako zwykłego kremu (czyli samodzielnego kosmetyku). Więcej w recenzji: klik.

Benefit, It's Potent Eye Cream (mini) – wróciłam po latach, bo byłam ciekawa, czy zrobi na mnie równie dobre wrażenie co kiedyś. Zrobił bardzo przyzwoite, lubię jego bogatą konsystencję i to, jaki daje komfort. Jedyne, co doprowadziło mnie do szału, to mikrosłoiczek z mikrootworkiem. Powinni tego zabronić. Dobrze, że pełny wymiar otwiera się przed nami chętniej.


W ten sposób dotarliśmy szczęśliwie do śmieciowej mety. Wpadło Wam coś w oko? 

20 komentarzy:

  1. Niestety nic z Twojego denka nie znam :) Mam ochotę na tonik z Vianka i koncentrat pod oczy z D'Alchemy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tonik z Vianka na tę porę roku powinien być akurat :)

      Usuń
  2. Znam jedynie tonik Vianek i też moim zdaniem nie jest do końca odpowiednim wyborem na lato, za to np w zimie czy jesienią może być strzałem w 10 przez swoją bogatą konsystencje :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Racja, teraz sięgnęłabym po niego z przyjemnością, ale już inne czekają w kolejce :)

      Usuń
  3. Odpowiedzi
    1. Ja też, chociaż denerwuje mnie, że w moim przypadku jest nie do zużycia w przepisowe 3 miesiące. Nigdy nie wiem, czy wywalać (a szkoda), czy narażać skórę i używać dalej.

      Usuń
    2. może rozszerzyć jego zastosowanie podczas 3 miesięcy? na przykład do rozcieńczania maseczek czy zwilżania beauty blendera :)

      Usuń
  4. Miałam wodę Uriage i też trochę długo mi się ją zużywało ;-) Ale generalnie była w porządku! Lubię też żel aloesowy z Holika Holika.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aloes z Holika Holika przywrócił mi wiarę w aloesową moc :)

      Usuń
  5. A ja nie znosze tego aloesu, wolę do Skin79 :D tan kwait kaktusa to mi tak męsko pachnie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie testowałam Skin79, a co w nim może być lepszego??

      Usuń
  6. nie lubie tego aloesu dla mnie nie robił nic a kiedy bardzo potrzebowalam wyciszenia skóry to musialam specjalnie isc do sklepu po cos innego. Ten sobie był na skórze i tyle zero działania. Do tego raz mi upadł i odłamał się kawałek nakrętki więc wylewał się tonami. To było ogólnie bardzo irytujące. Ale już nie będę się nad nim rozwodzić. Te ostatni słoiczek to naprawde mini :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No bo aloes tylko w postaci mieszanki z olejami ma sens, solo u mnie też dupa – tylko zasychał na skórze i nic nie robił.

      Usuń
  7. Piękne denko:) ja też lubię kosmetyczne powroty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko mniej się człowiek jara przy zakupach – poza tym same plusy ;)

      Usuń
  8. U mnie też ten duży Uriage się zepsuł :/

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger