07.12.2019

Zużycia listopada

Październikowe denko urzekało skromnością, aż sama się dziwiłam. Ale, jak wiemy, w przyrodzie nic nie ginie. Tu też nie zginęło, tylko w listopadzie ledwo pomieściło się do śmieciowego worka.

Projekt denko listopad 2019

Moja ekotorba, w której kolekcjonuję kosmetyczne śmieci, była w ostatnich tygodniach jak kwas nienasycony (więcej, k**wa, wszystkiego!). A ja nie przestaję dumać nad samą sobą – jak to możliwe, że od tylu lat, z niesłabnącym zapałem, kolekcjonuję puste opakowania, a potem w skupieniu i z nieukrywaną satysfakcją opisuję, co tam było w środku i jak razem spędzaliśmy czas. Cześć, z tej strony babcia Agata – wszyscy już dawno poszli na YouTube otwierać sto sześćdziesiąty ósmy kalendarz adwentowy, a ja dalej z pilotem na kablu oglądam Dziennik Telewizyjny. Pewnie jestem już tak stara, że część moich czytelników nie ma bladego pojęcia, do czego odnosi się ta figura retoryczna, dlatego przejdę może do kosmetycznych śmieci i w ramach lokalnego blogowego folkloru opowiem, co radowało, co wkurzało, a co nie zrobiło żadnego wrażenia. 


Balea, Soft-Öl Dusche /recenzja/ – ble ble ble. Basia miała rację: zapach jest ZŁY. W opakowaniu nawet nie tak bardzo, bo to taki olejkowy, lekko duszny zimowiec, ale po wymieszaniu z wodą... nawet brudne pędzle tego nie wytrzymały. Prosiłam mojego męża z wybitnie słabym węchem, żeby pomógł mi to zużyć, ale stało i stało – nawet on nie miał ochoty sięgać. Jedna trzecia poleciała do kosza. Nie tym razem, Baleo.

Lush, Honey I Washed The Kids Shower Gel – wcześniej miałam mydło w kostce o tym zapachu /recenzja/ i zaskoczył mnie jego unikatowy, niepodobny do niczego zapach. Minęło pięć lat i znowu nabrałam ochoty na ten dziwaczny miód z karmelem, kwiatem i nie wiadomo, czym jeszcze. A że w kategorii myjaków podprysznicowych wszystko, co w płynie, zawsze wygra u mnie z tym, co w kostce, wybór był oczywisty. Żel jest gęsty, wydajny, dobrze się pieni, sprawia przyjemność, ale używany codziennie zaczyna męczyć agresywnością zapachu. Po tej flaszce znowu czas na dłuższą przerwę, ale doceniam oryginalność.

Perfecta Mama, Probiotyczny żel do higieny intymnej – będę go używać, dopóki ktoś nie wpadnie na pomysł, by pozbyć się go z rynku. Ufam mu od lat i mimo zmian w składzie, wciąż pozostaje bezkonkurencyjny (jest też bardzo wydajny).

L'Oréal, Colorista Spray #Hot Pinkhair – w zeszłe wakacje postanowiłam poromansować z różowością na moim naturalnym, nigdy niefarbowanym blondzie i poszłam grubo: w zmywalny po jednym myciu spray. Cóż za niebywała odwaga! Kolor ładny, intensywny, walący po gałach, ale ogólnie było beznadziejnie, bo tak wspaniałe sprawy jak czytanie w pozycji leżącej czy rozpuszczanie włosów w białym t-shircie, okazały się niemożliwe, ponieważ spray nie trzymał się włosów tak dobrze, jakbyśmy sobie tego życzyli. No dobrze, czyli można się go łatwo pozbyć? – zapytacie. Wszakże to mogłoby zostać uznane w pewnych kręgach za zaletę. Niestety, lewa połowa mojej głowy pozostała lekko różowa przez kolejne dwa mycia (podpowiem – ta, na której częściej śpię, a więc włosy zapewne są w nieco gorszej kondycji). Chciałam znowu spróbować z Coloristą, ale przypomniałam sobie te wszystkie przeboje i moja ręka bezwiednie powędrowała w stronę śmietnika.

John Masters Organics, Scalp, spray pobudzający porost włosów – może i by coś pobudził, gdybym nie używała go raz na kilka tygodni. Naprawdę żałuję, że moja systematyczność okazała się taka beznadziejna.

Biolove, Oily Hair Shampoo Watermelon /recenzja/ – nie będę się powtarzać, bo pełna recenzja ostatnio trafiła na bloga. W skrócie: jest naturalnie, jest arbuzowo, jest miękko, ale nie wrócę. Więcej w recenzji. 


The Body Shop, Banana, Nourishing Body Butter /recenzja/ – jeśli kiedyś znudzi mi się bananowa nuta, z pewnością dam Wam znać, ale to jeszcze nie teraz. Nie, kiedy wciąż mam w szufladzie jeden słoik bananowego masła do ciała i bananowy żel pod prysznic już do mnie jedzie. Najmniej chemiczne i najbardziej satysfakcjonujące banany w historii kosmetycznej bananologii. Uwielbiam. Aha, masło nawilża tak jak pozostałe TBS-owe mazidła, czyli poprzez zostawienie na skórze delikatnie wyczuwalnej kołderki, która jest dla mnie komfortowa, bo wraz z nią na dłużej zostaje ze mną zapach. Zakochałam się w masłach The Body Shop w 2005 roku i od tego czasu regularnie do nich wracam. Banan naprawdę daje radę.

D'Alchémy, Essential Body Balm (mini) – nie mam bardzo wyraźnego powodu, żeby zakochać się w tym balsamie do ciała, bo nawilża tak jak nie lubię (czyli szybko wchłania się do zera), ale naturalny skład i równie naturalny cytrusowy (pomarańczowy?) zapach tak dobrze mi wchodzą, że autentycznie mam ochotę pędzić do sklepu po pełnowymiarowe opakowanie.

Sylveco, Odżywcza pomadka peelingująca rumiankowa – to naprawdę porządny peeling do ust, w dodatku łatwy w obsłudze, więc dlaczego, ach, dlaczego, w ogóle po niego nie sięgam? Przepisowe 3 miesiące od otwarcia mijają ekspresowo, używam kilka razy i już, koniec zabawy. Zjełczała. I to nawet nie jej wina, bo uprzedzała, że to zrobi, ale ja ją po raz kolejny olałam. Zupełnie siebie nie rozumiem.

Antipodes, Kiwi Seed Oil Eye Cream – po wielu latach wiszenia na wishliście w końcu nadszedł jego czas i na szczęście okazało się, że nowozelandzki Antipodes to krem pod oczy z serii porządnych. Bezzapachowy, zaskakująco lekka konsystencja, a jednak czuć nawilżenie. Genialnie zadziałał w duecie z koncentratem pod oczy z D'Alchémy /recenzja/. Nie będzie to mój wielki przebój i nie mam ochoty specjalnie zabiegać o kolejne spotkanie, ale było dobrze (no, może poza tym, że moją osobistą preferencją są bardziej treściwe, maślane konsystencje).

Belif, Moisturizing Eye Bomb (mini) – tu z kolei było niedobrze, bo jeszcze mniej od lekkich kremów pod oczy lubię żele-kremy. Mimo swej niewątpliwej miniaturowości, Belif zdążył w trakcie kilkutygodniowego użytkowania odparować, zgęstnieć i zrobić się nieznośnie klejący. Pozytywnie zaskoczyła mnie za to jego bezbłędna współpraca z korektorem, co przy żelowych formułach wcale nie jest oczywiste. Aha, ma szokująco intensywny cytrusowy zapach. Pod oczami naprawdę kiepski pomysł. Nawilżał tylko poprawnie, więc na pewno nie wrócę. 


Bioderma, Sensibio H2O, płyn micelarny do skóry wrażliwej – wróciłam do niego po latach, najpierw nieśmiało, w miniaturach wyjazdowych, a potem już jazda bez trzymanki – kupiłam dwie półlitrowe butle w promocji. Co mogę powiedzieć? Nic się nie zmieniło przez lata: jest gorzki w smaku i fantastycznie skuteczny.

REN, Ready Steady Glow, Daily AHA Tonic – ciekawe doświadczenie: porcja mało inwazyjnych kwasów w codziennej pielęgnacji. W sumie to nie używałam codziennie, bo faktycznie glow był – aż za duży, ale po całej butelce skóra widocznie się wygładziła. Nie mogłabym wymienić delikatnego,  kojącego toniku na coś takiego, ale działania nie można mu odmówić. A, i pomógł przyzwyczaić moją skórę do 10% kwasów z The Ordinary, które tej jesieni wchodzą na paszczę gładziutko, bez podrażnień, i czynią cuda.

Nacomi, Savon Noir – mało sympatyczny w użytkowaniu dziad, ale za to jaki dobry i niepojęcie wydajny! Czarne mydło pięknie oczyszcza skórę – konkretnie, ale bez ściągnięcia. Strefa T mniej się przetłuszczała, nie było podrażnień. Szkoda, że używanie savon noir przypomina smarowanie twarzy asfaltem w żelu. Gdyby nie to, byłaby miłość razy milion.

Pai, Rice Plant & Rosemary BioAffinity Skin Tonic (mini) – za mała pojemność, żebym mogła coś konkretnego powiedzieć. Zapach cierpko rozmarynowy, niezbyt przyjemny dla mojego nosa w kosmetyku, chociaż uwielbiam rozmaryn i często dodaję gałązkę do herbaty. Chyba wolę mniej jedzeniowo pachnące toniki :).

Pai, Camellia & Rose Gentle Hydrating Cleanser (mini) – subtelny zapach, delikatne działanie, a wrażenie po myciu jak po użyciu mleczka do demakijażu. Dla skór dojrzałych czy suchych to może być prawdziwe ukojenie, ja przyzwyczaiłam się już tak bardzo do mocniejszego oczyszczania, że nawet nie wiem, czy to jest wystarczająco skuteczne. Mimo wszystko mogłabym rozważyć powrót, bo po wstępnym makijażu płynem micelarnym miało to sporo sensu i było bardzo komfortowe.

Evian, woda termalna – woda termalna. Ani lepsza, ani gorsza od innych. Używam głównie do zwilżania masek glinkowych, w te wakacje służyła mi na wyjeździe w ekstremalne upały również jako zraszacz twarzy i ciała.

Sephora, Blue Clay Mask – bardzo fajna maska z niebieskiej glinki na 4 użycia, która – w przeciwieństwie do sypkich, upierdliwych koleżanek – nie zastyga na twarzy, więc nie trzeba pilnować jej z butelką wody termalnej w dłoni. Oczyszcza mniej skutecznie niż moja cynkowa ulubienica z Sephory, ale chętnie po nią sięgałam, bo była łatwa w użyciu. 


Estée Lauder, Double Wear Light, odcień 0.5 – ostatnia tubka w historii tubek Double Wear Light czeka na mnie w szufladzie. Boję się po nią sięgnąć, bo wiem, że to się już nie powtórzy (wycofano, zmieniono, słów brak), a z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że to najlepszy podkład, jakiego kiedykolwiek używałam. Nie ma pełnego krycia, nie ma dużego wyboru kolorów, za to wyróżnia się lekkością na skórze i upartym trzymaniem matu przez długie (nawet gorące, letnie!) godziny. Niewiarygodny koleś.

Sally Hansen, odżywka do paznokci Nail Rehab X – nie mam problemu z łamiącymi się, słabymi paznokciami, ale za to mam problem z trwałością lakieru niehybrydowego, którego na co dzień używam. Zwykle wyciera się na końcach po dwóch dniach i rzadko kiedy ten wynik jest lepszy. Nail Rehab X maksymalnie przedłużał i tak kiepską trwałość mojego mani, co widzę szczególnie wyraźnie teraz, kiedy z polecenia królewny Luizki używam odżywki witaminowej Killy's i z trwałością jest wyraźnie gorzej. Kolejny produkt z serii: będę kochać aż do jego rynkowej śmierci.

Yves Saint Laurent, Faux Cils The Curler – ten tusz nie jest wart tej kasy, którą za niego zapłaciłam, bo na świeżo skleja okrutnie, a przez cały okres użytkowania śmierdział czymś nieznośnym (i to niby była kompozycja zapachowa!). Im był starszy, tym mu było lepiej: dawał pięknie czarne pogrubienie, a jednak nie poleciłabym go nikomu, bo ciężko się z nim pracuje, a ściągnęłam go z wyższej półki. Miniatura znaleziona w Sephora Box tradycyjnie była lepsza.

Clinique, Pretty Easy Eyeliner – mój absolutny ulubieniec! Tego, najpewniej wbrew PAO, używałam ponad rok i w zasadzie wciąż nadaje się do użytku, po prostu już maluje słabiej, a ja sobie przypomniałam, że na pewno czas się rozstać. Można z jego pomocą wymalować bardzo cienką, precyzyjną kreskę, która nie rozmazuje się w ciągu dnia i daje się wpasować nawet w opadającą powiekę. Nie jestem mistrzynią kresek, ale z tym linerem pogrubianie linii rzęs jest naprawdę pretty easy ;).

Sephora, Outrageous Curl, Dramatic Volume And Curve Mascara /recenzja/ – kilka lat temu kochałam ten tusz mimo jego ewidentnych wad. Za każdym razem, kiedy miałam go na rzęsach, ktoś mnie pytał, co to, bo wygląda niesamowicie. Okazało się jednak, że już go nie kocham, bo mimo że jest czarny wściekle, pogrubia równie wściekle i robi wrażenie, nie jestem w stanie znieść przesadnego sklejania rzęs i wybitnej niewodoodporności. 


Na koniec cztery szminkowe wyrzutki, w tym dwa w doskonałej formule. Bardzo żałuję, że Sephora wycofała serię pomadek, z których pochodzi mój No. 12 i że Kiko wycofało się z Polski w całości. Wyrzucam kolory letnie, bardziej różowe, po które rzadko sięgałam, ale mam z tych serii również nude odpowiedniki i maluję się nimi, mimo że dawno powinny zaliczyć kosz (nie zmieniły właściwości, ale wiem, że do końca roku znikną z mojej szuflady, nad czym ubolewam wielce). To bardzo trwałe i bardzo komfortowe matowe sztyfty, genialne po prostu.

Seria Golden Rose Soft & Matte Creamy LipColor rozczarowała. Nie miałam ochoty po nią sięgać, bo sztucznie wygląda na ustach, ma matową formułę, a jednocześnie jest nietrwała. Pomadka Wet n Wild miała piękny jesienny odcień i dobrze się nosiła, ale tanie, beznadziejne opakowanie było nie do zniesienia i w ogóle po nią nie sięgałam. Pod koniec nie dało się jej już skutecznie zamknąć – rozpadała się na kawałki.

W ten sposób dobrnęliśmy szczęśliwie do końca. Miłego weekendu!

25 komentarzy:

  1. Widzę tu mojego ulubieńca wśród miceli - od lat wciąż niezmiennie Bioderma! I choć aktualnie też zdradzam go z innymi, sprawdzając różnice, to i tak wiem że wrócę ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No nie chce być inaczej! Jest piekielnie skuteczny :)

      Usuń
  2. Cześć jestem babcia Justyna, nie oglądam yt i nie mam kalendarza adwentowego -.- Bioderme lubiłam a na to Biolove arbuzowe mam chęć ale nie wiem teraz :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Na Twoich grubszych włosach Biolove może mieć sens. Pozdro, babciu!

      Usuń
  3. Jeśli krem pod oczy Antipodes nie jest "maślany" i treściwy, to wylatuje z mojej wishlisty ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. no, naprawdę spore denko! nie wiedziałam, że kiko wycofało się z Polski...

    kiedy moja Viki miała zabawę halloweenową w szkole i chciała przebrać się za jednorożca, błagała mnie o kilka kolorowych sprejow do włosów, bo chciała na głowie tęczę. ale się teraz cieszę, że z lenistwa poszłam na ebay i kupiłam jej tęczową perukę :D :D :D

    PS. a to dziennik telewizyjny jeszcze nadają? :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziennik telewizyjny oglądam codziennie – Ty nie? :D :D :D

      Usuń
  5. Hahaha.. Że też ja ciągle trafiam u Ciebie na denko :D Chyba podświadomie tu zaglądam wtedy, kiedy je publikujesz :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, Aga, to akurat łatwe, bo ostatnio piszę po 2-3 teksty w miesiącu, więc jest duża szansa na trafienie denka ;).

      Usuń
  6. Słyszałam, że podkład Double Wear Light jest rewelacyjny.
    Szkoda, że nie sprawdzę już tego na własnej twarzy;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, wymienili na zupełnie inny, fujary. Aż się boję sprawdzać...

      Usuń
  7. Ach, ta nieszczęsna kolorówka nie chce się zużywać :DDD Podziwiam ilość wyrzutków :) Zawsze czekam na ten post u Ciebie :)
    Jak napisałaś o tym Double Wear to az u mnie sprawdziłam, czy go nie ma w tej wersji, którą lubisz, ale niestety nie... Opakowanie jest już inne, więc mniemam, że to jest już ten nowy, zmieniony skład.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ostatnio nawet coś tam pozużywałam kolorowego :). Od kiedy nie mam przewalonych kosmetykami szuflad, jakoś łatwiej idzie zużywanie, choć oczywiście wyskrobywanie kolorówki do dna nie jest moim priorytetem, po prostu sobie jej używam :).

      Dzięki, że sprawdziłaś DW :*

      Usuń
  8. balsam dalchemy jest wart uwagi ja nie moge nosa od niego oderwac :) a jesli chodzi o maski typu glinka to bardzo lubie z perfecta takie tez saszetkowe z nakrętką można sobie spokojnie siedziec nic się nie sypie z twarzy i nie trzeba jej pryskać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i pewnie kupię ten balsam za jakiś czas, bo naprawdę z przyjemnością po niego sięgałam. Perfecty nie próbowałam.

      Usuń
  9. Bardzo fajne denko, znam niestety ten bol z Double Wear, szkoda ze nie ma juz tego podkladu ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, że kilka innych też daje radę, ale to był mój pewniak na każdą okazję...

      Usuń
  10. Za to denko kłaniam Ci się nisko, w skórcie - RESPEKT! A masłem bananowy TBS mocno mnie kusisz i chyba będzie moje, trzeba tylko zużyć kilka słoiczków, ale to ostatnio dobrze mi idzie :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Tusz Yves Saint Laurent również miał u mnie swój czas, ale raczej już do niego nie wrócę. Zapach bananowy TBS uwielbiam, teraz mam odżywkę i przyjemnie nawilża włosy :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Duet do włosów z TBS jest megafajny, szczególnie jeśli nie masz tak przetłuszczającej się skóry głowy jak ja.

      Usuń
  12. W tym roku za sprawą kalendarza od The Body Shop poznam ich produkty i już nie mogę się doczekać pierwszych użyć :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam nadzieję, że poznasz kilku nowych ulubieńców :).

      Usuń
  13. Sprawdzę kilka z nich, bo wpadły mi w oko

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger