18.02.2020

4 x NIE: Bobbi Brown | Bielenda | Dushka | iossi

Nie lubię pisać, jak bardzo nie sprawdziły się u mnie kosmetyki, szczególnie jeśli wydałam na nie (zbyt) dużo i pokładałam w nich (zbyt) wielkie nadzieje. Ale tak to już jest, że co skóra, to opinia i nawet polecane przez wiele osób produkty mogą się okazać (zbyt) drogą wtopą. 


Tym razem opierniczę jeden żel pod prysznic, jedną (podobno profesjonalną) maseczkę do twarzy i dwa produkty pod oczy. Dwa ostatnie bolą najbardziej – na szczęście znalazłam już dla nich godne zastępstwo. 

Po pierwsze: Dushka Sweet Desserts – pochodzący z Ukrainy żel pod prysznic o naturalnym składzie i zapachu (podobno) czekoladowego ciasta. Mężowi zamarzył się pysznie jedzeniowy produkt pod prysznic, bo dawno takiego u nas nie było, wyszukałam więc – jak na zaangażowaną blogerkę beauty przystało – najdziwniejsze cudo, jakie tylko znalazłam. Za trzy dychy, żeby nie było, że żałuję złotówek na mężowskie przyjemności. Nieznana mi Dushka, odeskie dziecko zrodzone z miłości do natury, ręcznie warstwowo nalewane, miało być spełnieniem marzeń. Niestety, jak to czasem bywa, gdy człowiek za bardzo się stara, wyszło z tego coś tak śmierdzącego, że aż wstyd pisać. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, że czekoladowo-śmietankowe nuty można tak zepsuć. 
Znacie to uczucie, gdy po otwarciu kosmetyku wszystko niby się zgadza, pachnie zacnie, ale im większe zaangażowanie Waszego nosa, tym więcej fałszywych nut w tej, przepięknej przecież, kompozycji? No to teraz wyobraźcie sobie sytuację odwrotną, w której po otwarciu uderza Was ostra, waląca po nozdrzach czeko-rąbanka i dopiero po intensywnym wąchaniu udaje Wam się znaleźć w tym zapachu  c o ś  j a k b y  ładnego. Gratuluję, właśnie wsadziliście nos w butelkę z Dushką Chocolate Cake. To ona w całej swej zapachowej beznadziei. Co ciekawe, dwie warstwy dają odmienne doznania. Biała delikatnie zalatuje czymś kuchennym, może zepsutym deserem sojowym Alpro? Czekoladowa z bliska przypomina nawet trochę gorzką czekoladę, ale gdy człowiek się już poleje, wie, że ewidentnie zbłądził. Na nieszczęście, gryzący zapach nie-czekolady w łazience utrzymuje się podejrzanie długo, a mogło być tak pięknie! Gdybym tylko była pozbawiona węchu, napisałabym, że to interesujący kosmetyk do mycia. Ma aksamitną konsystencję, delikatnie się pieni i otula skórę przyjemną, gładką kołderką (oczywiście tylko w trakcie mycia). 

Po moich straconych trzech dychach płaczę do dziś, acz mój mąż o wybitnie stępionym węchu twierdzi, że zużyje. 


O Bielendzie z serii Professional napiszę krócej, bo powyższe zdjęcia wyrażają większość tego, co mam tej masce do zarzucenia. Brightening & Cleansing Bubble Face Mask with Clays, czyli Rozświetlająco-oczyszczająca musująca maska do twarzy z glinkami, znalazła się u mnie w domu, ponieważ uwielbiam te samopieniące się cuda. Po raz pierwszy tego typu produkt odkryłam kilka lat temu – była to maseczka nieistniejącej już marki Sue Devitt i wtedy nie wiedziałam jeszcze, że inni też tak potrafią. W każdym razie miłość do przemiany w piankowego ludzika pozostała do dziś, dlatego z ekscytacją sięgnęłam po rozjaśniającą maskę Bielendy. No właśnie: chwila na rozkminę. Kupiłam maseczkę po przeczytaniu jej angielskiej nazwy i byłam pewna, że oczyści i jeszcze przysłuży się rozjaśnianiu przebarwień. Polska nazwa nabrała sensu dopiero po pierwszym użyciu, gdy przy zmywaniu okazało się, że w sumie to mogę zaraz pędzić na niekiepskie disco – i to bez makijażu! Czy Wy widzicie to, co ja? To morze brokatowych drobin w produkcie pielęgnacyjnym? Ten brightening po polsku? To, jednak, rozświetlenie? Zachodzę w głowę, jaka złota (niczym brokat zatopiony w produkcie Bielendy) myśl przyświeca technologom, którzy postanawiają dosypać mieniącego się pyłku do (podobno) profesjonalnego produktu do pielęgnacji twarzy. Czemu kosmetyk zaprojektowany jako oczyszczający, ma wypełniać pory jakimiś tandetnymi drobinami? Najgorsze, że nawet porządnie nie oczyszcza. Po zmyciu na twarzy zostają pojedyncze niechciane brokaciki, więc nawet sztuczne rozświetlenie nie ma tu sensu. Nic tu nie ma sensu, a już najbardziej wydawanie 45 złotych na brightening w wykonaniu Bielendy.


Czas na nieudane przygody z polecanymi produktami pod oczy. Tym razem kwoty są wyższe, oczekiwania wyższe i tylko ta jedna pocieszająca myśl: chciałam, sprawdziłam, już wiem, że nie dla mnie one.

Po pierwsze: naturalna marka {iossi} i mocno zachwalany Witaminowy koktajl pod oczy A+E+C. Koktajl z retinolem (podobno w stężeniu 0,4%, ale na stronie producenta nie znalazłam potwierdzenia) i dwiema dodatkowymi witaminami, przewidziany do nocnej pielęgnacji, więc zupełnie nie przeszkadzała mi olejowa formuła. Problem w tym, że ten olejek u mnie nie działa. Nie wspiera nawilżania, nie ujędrnia, nie wchłania się (nawet w duecie z żelem aloesowym słabo to idzie). Chętnie też przenosi się do oczu, mimo że aplikuję go w sensownej odległości – wtedy czytanie nagle staje się trudniejsze, świat jakby mglisty i jeszcze swędzenie oczu w gratisie. Coraz bardziej doceniam nie-olejki w naturalnej pielęgnacji. Od tego tłuszczu robi się naprawdę gęsta atmosfera. Plusem nowego opakowania jest kulkowy, zimny aplikator, chociaż i do niego mam uwagi: lubi przeciekać. Za 10 ml serum {iossi} trzeba zapłacić 98 zł, producent daje nam 4 miesiące na zużycie. Można go stosować również na całą twarz i szyję, ale do tego mam lepszych zawodników, więc nawet nie próbowałam. U mnie przepisowe cztery minęły, więc bez żalu wywalam niezużytą część.

Największe rozczarowanie to krem pod oczy Bobbi Brown Extra Eye Repair – Święty Graal Maxineczki. Byłam pewna, że kiedy już wydam te trzy stówy na wspomniany krem, będę płakać, że mój nowy ulubieniec jest taki drogi. Na dobry początek wspólnej przygody udało mi się nawet namierzyć go w dobrej promocji i zapłaciłam ok. 200 zł, ale potem było tylko gorzej. Bezzapachowy, o idealnej, maślanej konsystencji, wysuszył mi skórę pod oczami tak koszmarnie, że nagle zestarzałam się o co najmniej 10 lat. Doskonale nadaje się pod makijaż, jest bardzo wydajny, ale pielęgnacyjnie... porażka. Na drugim miejscu w składzie wazelina, która – gdyby skóra była już świetnie nawilżona – mogłaby pomóc utrzymać to nawilżenie. Niestety, aplikowanie tego kremu bez serum czy innego mocnego nawilżacza pod spodem, skończyło się zmarszczkami, jakich jeszcze nigdy u siebie nie widziałam i pierwszy raz w historii mogłam o sobie powiedzieć, że mam bardzo suchą skórę pod oczami. Wciąż naprawiam szkody i zazdroszczę wszystkim, u których Extra Eye Repair się sprawdza, u mnie zupełne nieporozumienie. Przy okazji: kilka lat temu używałam innego kremu Bobbi Brown – Hydrating Eye Cream. Miał lżejszą konsystencję, dużo lepszy skład i faktycznie nawilżał bajecznie. Prehistoryczna recenzja tu: klik. Ten mogę Wam polecić – uśpił moją czujność i nie przyszło mi do głowy, że bogatsza wersja Bobbi okaże się tak bardzo nieudana.


Dzisiejszy odcinek sponsorował wyraz PODOBNO. Żegnajcie, pielęgnacyjne wtopy, i do miłego niezobaczenia!

40 komentarzy:

  1. O kurde nie wiedziałam nawet tego cuda od Bielenda, a tym bardziej nie sądziłam, że kosmetyk z serii profesjonalnej może wyglądać tak.. tandetnie? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest tak bezsensowne rozwiązanie, że naprawdę z wrażenia brakuje literek, by to opisać :D

      Usuń
    2. Ja tak samo :P W sumie cieszę się, że nie widziałam tej maseczki z Bielendy bo bym ją pewnie kupiła a ona ma tyle brokatu, że na pewno starczyłoby go nie tylko na Sylwestra :D

      Usuń
  2. Chwała Ci, Kobieto za tą opinię o kremie pod oczy z Bobbi, bo miałam go na liście do kupienia. Jeśli on nie nawilża, to ja podziękuję, bo więcej zmarchów pod oczami niż mam mi nie trzeba. Szkoda, ogromna szkoda, szczegolnie za tyle szmalu...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale są tacy, u których działa świetnie... wygląda na to, że loteria, tylko los trochę drogi :/.

      Usuń
  3. U mnie to samo z tym Iossi, dla mnie dramat za tą cenę. Nie wiem skąd te bestsellery i nagrody :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też sobie o nagrodach trochę poczytałam, a to tak naprawdę wygląda jak jakiś losowy zestaw olejów, które ktoś wymieszał w zaciszu domowym.

      Usuń
  4. Ojej, faktycznie porażka :/ Youtuberkom nie ufam, no może są wyjątki, ale to nie są te najbardziej znane :D Też mnie kusił krem i koktajl pod oczy, teraz będę omijać z daleka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Koktajl ma sporo dobrych opinii, więc może u Ciebie by było lepiej...

      Usuń
  5. Nie znam żadnego z tych produktów, ale może to i dobrze. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Wśród Twoich bubli znalazły się produkty, które ciekawiły mnie od dłuższego czasu. Kremem pod oczy też zainteresowała mnie Maxi, ale nigdy nie skusiłam się na zakup, bo przejechałam się już na drogim kremie Shiseido, który również nie pielęgnował (parafina i wazelina w składzie). Iossi wygląda fajnie, ale bałam się, że to będzie tylko warstwa oleju. Maska Bielendy też mnie się podoba, tylko no właśnie, po co ten brokat :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Shiseido ma fajną konsystencję, znam ten krem, też się lata temu napaliłam i efekt był podobny jak tu przy Bobbi.

      Usuń
  7. Kup sobie pod oczy Sanę ❤️ Nameraka honpo Wrinkle Eye Cream. Obie z mamą uwielbiamy 😍

    OdpowiedzUsuń
  8. U mnie hity MAxi sie nie sprawdzaja. W sumie przestałam ją oglądać kompletnie. Krem BB z tego co pamietam na tamta chwile byl ok choc moze po prostu uzywanie zbieglo sie z nieprzespanymi nocami po porodzie i wydawalo mi sie ze jest dobry, Za te cene faktycznie powinien byc efekt zachwycajacy, dobitny. Po nim oczywiscie mialam jeszcze inne produkty i wcale gorsze nie byly a przy okazji tansze. Wiec raczej nie wroce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja ostatnio zajrzałam do niej po dłuższej przerwie i... jakoś tak już nie czuję do niej mięty ;).

      Usuń
  9. Dawno temu nauczyłam się, że sprawdzają się u mnie produkty do makijażu polecane przez Maxineczkę, ale pielęgnacja absolutnie nie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zwykle nie zwracam uwagi na jej polecenia pielęgnacyjne, bo mamy zupełnie różne skóry, ale pod oczy... tyle razy opowiadała, inny krem Bobbi u mnie się sprawdził – nie podejrzewałam, że ten może mnie tak zawieść :(

      Usuń
  10. Jeśli kiedyś wydasz książkę, pierwsza ją kupię 😁

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo Ci dziękuję za ten cudowny komplement :). Nie wykluczam takiej opcji, ale jedno jest pewne: nie będzie to książka o kosmetykach ;).

      Usuń
  11. Ja koktajl iossi uwielbiam (daje mojej skórze pod oczami gęstość) , ale najlepiej u mnie działa nałożony bezpośrednio na tonik lub jakiś lekki krem.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właśnie u Ciebie go przyuważyłam, dlatego postanowiłam się zapoznać. U mnie najlepiej w klasycznym połączeniu z aloesem, ale i tak nie widzę nic pozytywnego, niestety :(.

      Usuń
  12. Myślałam że koktajl Iossi jest lepszy, ba nawet planowałam go wypróbować... :(

    OdpowiedzUsuń
  13. Nie znam tych kosmetyków, ale lepiej niech tak zostanie :D

    OdpowiedzUsuń
  14. Oj, dzięki ci za ten wpis, bo koktajl iossi miałam w planach.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tyle dobrych opiniii... może u Ciebie by było lepiej?

      Usuń
  15. Opis zapachu kosmetyku Dushki sprawił, że zarechotałam do monitora. ;-) A kusiły mnie nieco te kosmetyki... Iossi też - dobrze przeczytać coś innego niż słowa zachwytu i nabrać pewnego dystansu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mi pod prysznicem wcale nie było do śmiechu! :D

      Usuń
  16. Nigdy nie widziałam tych produktów

    OdpowiedzUsuń
  17. Na szczęście żadnego z tych kosmetyków nie miałam i raczej na nic się nie skuszę:) Jakoś mi się nie widzi krem pod oczy za prawie 300 zł ^_^

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też by mi się nie widział, ale po tylu latach kuszenia przez Maxi w końcu dałam się namówić...

      Usuń
  18. używałam kosmetyków Bielenda i zawsze byłam zadowolona, innych marek nie używałam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie Bielenda tak pół na pół – zachwyty i wtopy na zmianę :).

      Usuń
  19. Nie miałam jeszcze bielendy

    OdpowiedzUsuń
  20. IOSSI ma trochę drogie produkty, ale na razie dobrze się z nimi dogaduję :) Koktajl pod oczy może kiedyś spróbuję, bo teraz mam inny, od innej marki, ale o takiej samej formul i opakowaniu... No i wielbię :)

    OdpowiedzUsuń
  21. Nielada zaskoczenie, zwłaszcza, że są to znane marki!

    OdpowiedzUsuń
  22. Bobbi Brown to i moje wielkie rozczarowanie. U mnie NA SZCZĘŚCIE nie wywołał wysuszenia, ale też nie robił nic z tego co miał robić... Ja teraz używam krem z Ole Henriksen i jest bardzo fajny, uwielbiam też krem z Clochee więc póki co mam kilka sprawdzonych kremów do których będę wracać.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger