11.04.2020

Zużycia marca

Miałam nadzieję, że dobrze się zorganizuję i zrobię tyyyyyyle rzeczy w czasie kwarantanny! Niestety, okazało się, że przy edukacji domowej i wygadanym prawie-ośmiolatku sprawy wyglądają nieco inaczej, dlatego serdecznie pozdrawiam wszystkich, którzy nadrabiają filmy, książki i przechodzą właśnie intensywny kurs chińskiego. Wcale nie skręca mnie z zazdrości, WCALE!



Święta nie-święta dały przynajmniej odrobinę wytchnienia, dlatego pobiegłam po torbę ze śmieciami, których nadal nie umiem po prostu wyrzucić. Zrobiłam owym śmieciom zdjęcia i pędzę do Was z wypiekami na twarzy, żeby opowiedzieć, co dzielnie zużyłam i poczekać, aż poklepiecie mnie za to po pleckach. Nikt nie mówił, że jestem całkiem normalna, prawda?

W marcowym worku znalazłam:


Garnier Fructis, Densify, Szampon wzmacniający dla gęstszych włosów – kupiłam drugą butlę, bo poprzednia sprawdziła się fenomenalnie, ale tym razem już nie było tak super, choć wciąż uważam, że to bardzo dobry szampon do zwiększania objętości. Myślę, że przypadkiem przeproteinowałam włosy – puszą się, są suche, matowe i brzydkie, dlatego szampon dodający objętości, który jednocześnie ma tendencję do podsuszania, to nie najlepsze rozwiązanie na teraz. Chętnie wrócę do niego, jak nawilżę i uspokoję to smętne siano, które mam teraz na głowie. Tęsknię za tobą, fryzjerze!

Garnier Fructis, Odżywcza maska Banana Hair Food do włosów bardzo suchych – najpierw wydała mi się świetna, potem przeciętna, a na końcu to już nawet piękny aromat mojego ukochanego banana mnie denerwował. Nie obciąża, ale na skórę głowy nie dawałam, bo mam problem z przetłuszczającym się skalpem. Chciałabym, żeby umiała więcej, bo skład ma super i zapach dla bananoświrów również super. A co umie? U mnie delikatnie wygładza, trochę nawilża i ułatwia rozczesywanie. Nic spektakularnego, a szkoda, bo cały Wizaż pieje z zachwytu. 


Yope, Miód i bergamotka, Naturalne mydło kuchenne – moje ulubione, pachnie herbatą z cytryną, dobrze niweluje kuchenne zapachy i jest wydajne. Jedyny minus taki, że trudniej się spłukuje z rąk od innych mydeł, a źle spłukane lepi się między palcami.

The Body Shop, Ginger Shower Gel – dałam się zrobić! Wyobrażałam sobie, że to będzie aromat colowy, bo kiedyś już takie coś przerabiałam z TBS-em. Ale nie, to wytrawny, wcale nie taki przyjemny pod prysznicem imbir. Okazało się, że tamta cola to była świąteczna edycja sprzed kilku lat i nazywała się nie Ginger, tylko... Gingerbread.

The Body Shop, White Musk Shower Gel – a tu zupełnie inna historia. Piękny, męski zapach, po który sięgam z największą przyjemnością! Żele z tej serii (czyli perfumowane) są wyraźnie droższe od standardowych wersji i bardzo mi się to nie podoba, bo jednocześnie mają rzadką konsystencję, a więc z ich wydajnością jest o wiele słabiej. Podsumowując: duża, kompletnie nieopłacalna przyjemność.


Bielenda, Hydra Care, Nawilżający płyn micelarny Kokos & aloes – wcześniej wykopałam z szuflady półlitrowe opakowanie w wersji zielonej, z serii Botanic Spa Rituals, i nie byłam zadowolona, bo tamten micel nie wszystko domywał. Po tę butlę (zakupioną w promocji z tamtą) sięgnęłam więc mocno zniechęcona, a tu niespodzianka: działa o niebo lepiej od zielonego kolegi. Skuteczny, delikatny, gładko sunie po skórze, a więc nie drażnimy jej przy domywaniu resztek opornego makeupu. Chętnie bym wróciła, ale coś mi mówi, że po drodze Bielenda wypuściła już kilka innych wersji i tej albo już nie ma, albo zaraz nie będzie :).

Mádara, Purifying Foam – w skrócie: nie polecam. Pianka do mycia twarzy, która nie jest ani specjalnie skuteczna, ani nie ma świetnego składu, mimo że to naturalny produkt (dużo alkoholu!), ani nie pachnie zachęcająco, ani nie jest wielce łagodna. Nie czyni żadnego wyraźnego zła, ale w tej cenie (ok. 70 zł) spodziewałam się czegoś dużo lepszego, więc na pewno nie wrócę – na rynku naprawdę jest w czym wybierać.

Oskia, Renaissance Cleansing Gel (travel size) – a tu na szczęście odwrotna historia: produkt drogi, ale działający rewelacyjnie! Żel pachnie różą (sama nigdy nie sięgam po różane warianty zapachowe, ale ten tutaj jest piękny i sprawia przyjemność), a najbardziej zaskakująca jest jego konsystencja: żelowo-olejowa, ani tłusta, ani pieniąca. Trudno to opisać, ale mogę powiedzieć, że formuła jest wyjątkowa. W kontakcie z wodą zamienia się w łatwo zmywalną emulsję, a skóra umyta tym kosmetykiem jest w niesamowitym stanie. Czysta, gładka, świeża i pachnąca, bez podrażnień. Luksusowy, trudno dostępny w Polsce kosmetyk w (niestety) luksusowej cenie (pełnowymiarowe opakowanie to ponad 150 zł), ale coś mi mówi, że jeszcze się spotkamy i że na to spotkanie wcale nie będę musiała bardzo długo czekać.


CD, Dezodorant, Lilia wodna – dezodorant, nie antyperspirant, na alkoholowej bazie, więc dla wytrwałych! Z jakiegoś powodu lubię te kulki, choć wersja liliowa najmniej mi się podoba zapachowo. Gorzałkę czuć z daleka, grzeje paszki konkret, ale w zwykłe dni bez potu lejącego się po tyłku, zaskakująco dobrze radzi sobie z neutralizacją przykrych zapachów, co w przypadku naturalnych dezodorantów jest niemałym osiągnięciem.

Life, Nail Polish Remover – zmywacze w gąbce lubię, a ten marki własnej Super-Pharm był skuteczny (acetonowy) i służył przez długi czas bez dodatkowych atrakcji typu łuszczenie gąbki. Chętnie wrócę.

Sephora, Color Hit, You're So Precious – piękny kolor miał ten lakier, ale jakość była taka se: wolno wysychał, łatwo się odgniatał mimo użytego wysuszacza. Nie był też precyzyjny, bo ta seria ma dość szerokie aplikatory. Na koniec zgęstniał, więc resztkę wywalam, ale zawsze lubiłam go mieć na paznokciach

Bourjois, Eye Catching Extreme Volume Mascara /recenzja/ – próbowałam go polubić, ale brak ogranicznika przy wylocie sprawiał, że nie dało się używać. Kilka razy zrobiłam sobie dramatyczny look, ale był dramatyczny nie w takim sensie, jak planują to producenci, więc do miłego niezobaczenia, Bourjois.

Tarte, Lights Camera Lashes Mascara (mini) /recenzja/ – niezmiennie mój tuszowy ulubieniec. Nie robi wow, ale ładnie wyczesuje, pogrubia, jest intensywnie czarny, a swoim działaniem nawiązuje do czasów, w których tusze miały proste, nylonowe szczotki i po prostu robiły to, co do nich należało :).

Tous, Love Moments EdT (próbka) – lekka, owocowa woda, w której ja czuję głównie malinę. Ładne to, ale chyba jestem już za stara, bo wolę mocniejsze, bardziej kwiatowe i eleganckie kompozycje.

Tyle zużyć marca. Trzymajcie się dzielnie i zdrowo i do zobaczenia w lepszych czasach!

33 komentarze:

  1. Znam jedynie płyn micelarny - aktualnie nawet go używam :) Ogólnie uwielbiam ich płyny, ale ten z serii naturalnej moim zdaniem jest najmniej udany - też mam zdanie jak Ty, nie do końca mnie zadowalał. No i tak Bielenda ma w zwyczaju 'usuwać' stare serie, gdy wprowadza nowe, więc ten ciężko już kupić. Nie mniej jednak polecam chociażby ten nawilżający z serii Expert Czystej Skóry - zużyłam wiele butelek, czy Fresh Juice (ja miałam pomarańczowy) :)
    Z Garniera chcę wypróbować wszystkie wersje masek, tej bananowej jeszcze nie miałam. Aczkolwiek różnie im wychodzą te rodzaje masek. Papaja np. mocno obciążała mi włosy, ale goji było ekstra! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fresh Juice aż się prosi o wzięcie ze sklepowej półki – te opakowania są niesamowicie soczyste i zachęcające! To już dwa głosy na goji, następnym razem będzie moja :).

      Usuń
  2. Tęskniłam za Twoimi denkami - dzięki (a pierwszy akapit taki prawdziwy....)!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kokosowy micel Bielendy miałam i lubiłam, a miniatura żelu OSKIA czeka w zapasie :D

    OdpowiedzUsuń
  4. No te kulki CD mają naprawdę alkoholową nutę, choć jestem w szoku, że ich zapach trzyma się tak długo ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Już się przyzwyczaiłam do tego alkoholu i prawie nie zauważam ;).

      Usuń
  5. Bardzo przyjemne denko. Miałam okazję używać tej bananowej maski z Garniera i miło ją wspominam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Znam szampon do włosów i maskę bananową z Garniera i w sumie tylko tyle :)

    OdpowiedzUsuń
  7. Znam Garniera bananowego, a zakupiłam niedawno... Garniera Densify, i to z Twojego polecenia. :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, ciekawa jestem, jak się u Ciebie sprawdza :).

      Usuń
  8. Zupełnie nie miałam nic z Twojego denka.

    OdpowiedzUsuń
  9. Właśnie w tym miesiącu odkryłam Yope do naszej kuchni i jestem pod wrażeniem zapachu. Będę kupowała częściej, a mój płyn typu "Fairy" idzie w odstawkę heh :)

    OdpowiedzUsuń
  10. Garnier odżywka bananowa pięknie pachnie (mój Facet ją lubi), natomiast mam wrażenie, że u mnie by się nie sprawdziła, bo jest dla włosów bardzo suchych, a moje takie nie są, są za to cienkie i przyklapnięte, więc zapewne odżywka owa nadałaby im tylko jeszcze więcej smętności, oleju i zwisu XD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też mam cienkie przyklapy, ale do tego suche. Skóra szybko się przetłuszcza, a strączki wiszą smętnie :(. Ona nie obciąża, o ile nie nałożysz naraz pół opakowania.

      Usuń
  11. Uwielbiam produkty marki Garnier, zwłaszcza te do włosów. Maseczka bananowa jest genialna! Polecam również tą w czerwonym opakowaniu - goji hair food. Może nie pachnie tak obłędnie, ale działa! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Składy tej serii bardzo zachęcają, więc kto wie, może będę eksplorować temat? :)

      Usuń
  12. Klepu, klepu po pleckach - bardzo zacne denko :)
    Ja z tej serii Garniera mam maskę, ale w wersji z papają. Pachnie tak cukierkowo-landrynkowo, całkiem przyjemna, ale czy polecam? Chyba niekoniecznie, jeśli się już coś z tej serii przetestowało.
    Zużywaj dalej w tych czasach zarazy, z chęcią poczytam kolejne posty :) Zdrówka!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 <3 <3

      Dziękuję i wzajemnie! Przetrwajmy to jakoś!

      Usuń
  13. hah, ja należę do tej grupy piejącej z zachwytu nad bananem, bo u mnie akurat świetnie ujarzmia i nawilża włosy. A przeleciałam już...no tak z osiem, dziewięć pudełek jak nie lepiej :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I włosom się nie znudziło? Moje szybko się nudzą i to, co dobre, przestaje tak świetnie działać ;).

      Usuń
  14. Miałam jedną piankę z Madary, ale nie dam sobie ręki uciąć, że to była ta sama - tak czy siak ja się z nią polubiłam.
    Aktualnie używam z Pure By Clochee, która jest mega delikatna i fajnie pachnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oooo, a ja ją właśnie niedawno kupiłam :). Tym chętniej otworzę!

      Usuń
  15. Też planowałam bardzo aktywną kwarantannę, a wyszło jak wyszło ;)
    Z Twoich "zużyć" znam jedynie tusz Bourjois, rzeczywiście ciężka z nim bywała współpraca zwłaszcza pod koniec używania ale generalnie bardzo mi odpowiadał.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale też nie miał ogranicznika i nabierało się tyle tuszu na szczotkę z wielkiej dziury?

      Usuń
  16. ja też w kwarantannie mam o wiele mniej czasu dla siebie... no ale to przy dziecku normalne ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Ja też WCALE nie skręcam się z zazdrości :D
    Szkoda, że bananowa nie dała rady, ja ją ubóstwiam :(

    OdpowiedzUsuń
  18. Bardzo lubiłam ten płyn z Bielendy. Miałam również mgiełkę z tej serii, która sprawdziła się tak samo dobrze jak płyn :)

    OdpowiedzUsuń
  19. Kilka produktów znam, szampon Garnier Fructis używam od jakiegoś czasu.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger