03.05.2020

Make-up w czasie zarazy, czyli mój makijażowy Dzień Świstaka

Kwarantanna, izolacja, koronawirus... ciekawe, ile czasu będziemy powtarzać te słowa jak mantrę. Tegoroczna mantra jest po stokroć do bani, ale za to przypadkiem stało się coś ciekawego z moją makijażową codziennością. 


Przez długie blogowe lata testowaniu kosmetyków nie było końca, a ja gdzieś podświadomie marzyłam o tym, żeby zamiast krzyczących do mnie grupowo z ikeowego, 6-szufladowego MALM-a dziadów, w moim życiu istniała tylko niewielka kosmetyczka ze sprawdzonymi makeupowymi pomocnikami – tak jak kiedyś, tak jak u ludzi urodowo zrównoważonych ;).

I co? I nadszedł on, postrach świata: COVID-19, a wraz z nim zupełnie nowa, całkiem pokićkana rzeczywistość. W ramach wspomnianej pokićkanej moje życie, pewnie jak życie wielu z Was, zamieniło się w bezkształtną masę, z której od czasu do czasu wyłania się jakieś konkretne, dające się zapamiętać wydarzenie. W tej bezkształtnej masie również mój makijaż pozostaje prawie niezmienny – kilka tygodni temu przełożyłam do kosmetyczki podróżnej kilka najpotrzebniejszych produktów i od czasu, gdy mąż zaanektował sypialnię na potrzeby zdalnej pracy (a wraz z aneksją pozbawił mnie dostępu do 6-szufladowego MALM-a), maluję się w łazience, korzystając wyłącznie z tego, co mam we wspomnianej kosmetyczce. Nie był to wybór szczególnie przemyślany, ale w większości sięgnęłam po produkty, którym ufam i które w kilka minut zamieniają moją bladą, pełną przebarwień twarz i białe rzęsy w coś przypominającego wypoczętą, zadbaną wersję mnie.

Wow, to tak funkcjonują kobiety na całym świecie, które nigdy nie wpadły w szał blogowania lub czytania o kosmetykach? 


Estée Lauder, Double Wear w wersji Light to podkład, za którym będę bardzo tęsknić. Niedawno otworzyłam ostatnie zachomikowane opakowanie w najjaśniejszym, lekko żółtawym odcieniu 0.5 i po raz kolejny zachwyt: jak trzyma mat, jak ładnie wygląda na skórze, jaki nieobciążający! Podstawowa wersja Double Wear do tynkowania mordeczek od lat w sprzedaży, a ten podkładowy cud wycofali? Jakże to.

Erborian BB Eye Touche Parfaite to produkt, którego na pewno nie poleciłyby Wam youtuberki urodowe, bo jest stosunkowo lekki, ma tylko jeden odcień i nie przykryje wielkich cieni pod oczami. Ja uwielbiam ten korektor właśnie za lekką, nawilżającą i delikatnie rozświetlającą formułę, a i pigmentu wcale nie ma tak mało – standard, jak przy koreańskich kremach BB do twarzy, czyli bardzo przyzwoicie. Do codziennego makijażu jak znalazł: nie obciąża, nie włazi w zmarszczki, a jednak bez problemu wyrównuje koloryt i upiększa strefę pod oczami. Jak na BB przystało, zawiera kilka składników aktywnych, które dodatkowo pielęgnują. Żałuję, że nie ma chociaż dwóch dodatkowych odcieni do wyboru, bo neutralny beż przy bardzo żółtych podkładach może wyglądać szaro i będzie się odcinał, ale przy lekkich żółtych tonach, jakich używam na co dzień lub przy całkiem neutralnym beżowym podkładzie broni się bez problemu. Na pewno dobrze będzie wyglądał również przy różowych tonacjach. Tubka nie do zużycia w przepisowe 3 miesiące, myślę że i w rok nie dałabym rady. U mnie otwarty już od dobrych 6 miesięcy, ale wciąż pachnie i wygląda tak samo, dlatego dziwię się tak krótkiemu PAO i postanowiłam wyjątkowo zignorować zalecenia.

MAC, Blot Powder Pressed w odcieniu Medium to puder matujący o nieco mylącej nazwie. Medium jest jaśniutki i na mojej ani trochę muśniętej słońcem skórze wygląda dobrze. To moje trzecie lub czwarte opakowanie, co chyba najlepiej świadczy o jego jakości (niestety, o wydajności również – znika zdecydowanie za szybko!). To nie jest idealny puder matujący, ale na pewno najlepszy mi znany wśród matujących produktów prasowanych. W duecie z podkładem Estée Lauder trzyma skórę w nienagannym stanie aż do demakijażu. Z innymi podkładami bywa różnie, ale ogólnie wyraźnie potrafi wydłużyć się-nieświecenie. Współcześnie powstają pudry drobniej zmielone i mniej widoczne na skórze, ale ja aplikuję Blot Powder lekką ręką, dzięki czemu wciąż z bliska nie wyglądam jak obsypana mąką. Przy szybkim make-upie nigdy nie mam ochoty bawić się z sypkimi pudrami, dlatego Blot wygrał w konkursie o miejsce w mojej szybkiej kosmetyczce.


Charlotte Tilbury, Filmstar Bronze & Glow – za kilka dni przeczytacie na blogu pełną recenzję tego duetu, dlatego teraz nie będę się nad nim rozwodzić. Tu tylko wspomnę, że na Filmstara czekałam kilka lat, oczekiwania były ogromne, a sam produkt okazał się wystarczająco dobry, żeby używać go w codziennym nudnym makijażu z serii „nie myślę, samo się robi”. Bardzo lubię te pudry, ale nie są idealne. Myślałam, że największą gwiazdą tego zestawu będzie bronzer, a niespodzianka :).

Jedynym cieniem do powiek, który naprędce aplikuję palcem bez żadnej bazy (i po kilku godzinach nawet nieźle to wygląda!), jest Wet'nWild z serii Color Icon w odcieniu E252B Nutty/Noisette. Doczytałam, że cień zmienił formulację dwa lata temu i teraz jest odrobinę jaśniejszy i bardziej miedziany, a mojej sztuce bliżej do chłodnego, metalicznego taupe. Tak czy inaczej, to świetny cień za kilka złotych, który pod różnym kątem staje się chłodniejszy lub cieplejszy, jaśniejszy lub ciemniejszy, dzięki czemu wystarczy popaćkać powiekę byle jak (co niniejszym czynię), a wygląda, jakbym użyła co najmniej dwóch różnych cieni. Coś się dzieje, coś błyszczy. To oczywiście szybki, mało wyrafinowany look, ale jak na ekspresową aplikację palcem, wypada całkiem porządnie.

Dwie kredki do brwi znalazły się w mojej kosmetyczce przypadkiem, a potem odkryłam, że ich  jaśnie podwójność mocno wydłuża okres nietemperowania. Kredki od Bo-Ho Green Make-up w odcieniu 303 Blonde używam na zmianę z Anastasią Beverly Hills w odcieniu Taupe. Tę pierwszą z bliska obejrzycie w recenzji: klik, a o drugiej powiem tyle, że jest jaśniejsza od Bo-Ho i o wiele twardsza. Obie lubię, ale różnią się znacząco. Kredka z Bo-Ho jest nie tylko bardziej miękka, ale też wyraźnie ciemniejsza i bardziej taupe od Taupe Anastasii. Przy lekkim, dziennym makijażu muszę ją więc aplikować delikatnie i potem dokładnie wyczesywać załączoną spiralką, ale za to jej miękkość sprawia, że nałożona w większej ilości, nada się do mocniej pomalowanego oka. Anastasia, jak na szarawy beż, którego oczekiwałam po nazwie, jest naprawdę ciepła. Wciąż jednak wygląda bardzo ładnie i pasuje do mojego naturalnego, jasnego i chłodnego blondu.

Ta umazana kredka ze zdjęcia to żelowy matowy Marc Jacobs Matte Highliner w odcieniu (Iron)y – chłodnego, prawie czarnego brązu. Używam jej co jakiś czas na dolnej linii wodnej, za nic sobie robiąc komentarze ekspertów o tym, że czarne kreski pomniejszają oczy. Moje wciąż tej samej wielkości, więc zamierzam grzeszyć dalej! Żelowy, mięciutki Marc na linii wodnej aplikuje się dobrze, ale nie jest wodoodporny, więc z czasem jego moc wyraźnie słabnie. W recenzji (klik) pisałam, że absolutnie nie nadaje się na linię wodną i zużyję na powiece, ale jak widać plany sobie, a życie sobie ;). Używam tej kredki od zeszłych wakacji, zostało jeszcze ok. 1,5 cm sztyftu (jest wykręcana, a nie temperowana), wciąż jest w dobrej formie, więc jeżeli przyjmiecie na klatę niewodoodporność w mokrych rejonach i trwałość w suchych, może się okazać bardzo dobrym wyborem.

Temperówkę marki Kryolan wstawiłam tu dlatego, że przy okazji siedzenia z rodziną w domu odkryłam tajemną wiedzę o świecie: temperówka biurowa różni się od makijażowej i tą pierwszą kredki do oczu czy brwi zatemperować się nie da. Przynajmniej nie tymi dwiema, które ma mój syn. 


Szminka rano musi być. Po godzinie makijaż ust jest już oczywiście nieaktualny, a ja nie pamiętam o tym, żeby poprawiać to, co się zmazało, ale przynajmniej przez chwilę jestem taaaaaka pieeeeemkna! Sięgnęłam po MAC w odcieniu Modesty /recenzja/ – idealny nudziak w komfortowej formule cremesheen, trwałością zbliżony do zwykłych pomadek bez  „longlasting” w nazwie. Lubię ten komfort i ten kolor, to mój drugi egzemplarz, a to o czymś świadczy! No i nie mogę sobie odmówić cudownego aromatu waniliny o poranku ;).

Nowością w moim makijażowymi świecie jest maskara Clinique Lash Power, którą przez lata poleciło mi tyle z Was, że w końcu musiałam spróbować. Szczotka z krótkimi włoskami zwykle nie jest moim pierwszym wyborem przy tuszach do rzęs, bo takie szczotki mają świetne właściwości wydłużające, a ja akurat poszukuję pogrubienia przy jak najmniejszym sklejaniu. Prawdopodobnie przy krótkich silikonowych ząbkach byłabym zupełnie niezadowolona z efektu, ale Lash Power ma nylonowe włoski, które świetnie rozczesują, a dodatkowo konkretnie oblepiają rzęsy tuszem, dzięki czemu efekt jest bardzo „mój”. Głęboka czerń to dodatkowa zaleta, poza tym tusz nie stempluje powiek, nie rozmazuje się (ma długotrwałą formułę i zmywa się w formie ciągnących, żelkowych nitek – dla mnie wkurzające, ale dla tych z Was, które cenią sobie wodoodporność, to pewnie do wytrzymania). Jestem naprawdę zadowolona z tego tuszu (minus zmywanie) – dzięki za każde polecenie!

Klasyczna wersja Volume Million Lashes od L'Oréal wielkiego szału nie robi. Kiedyś wymieniałam jedną sztukę na kolejną, ale to było w pradawnych, przedblogowych czasach. Dziś znam dużo lepsze tusze, ten trafił do mnie przypadkiem jesienią i używam go w moim kwarantannowym makijażu głównie do dolnych rzęs, bo jak użyję do górnych, to się okazuje, że poza rozczesywaniem wielu zalet nie ma, a Clinique wypada o niebo lepiej.

Kreski na górnej linii rzęs też sobie robię, a co! Nawet jaskółkę zdarza mi się machnąć, ale bez wielkiego szału, bo znienawidzony nadmiarowy fałd skórny uniemożliwia wirtuozerskie popisy (nie żebym była wirtuozem, tak tylko teoretyzuję nieśmiało). Do cienkich kresek niezmiennie polecam prościutki w obsłudze liner Clinique Pretty Easy, o którym pisałam wielokrotnie, a szczegółów możecie szukać tu: klik. Akurat wczoraj mi się zużył, więc wymieniłam go na otwarty dość dawno, ale wciąż na chodzie Flyliner od Fenty Beauty. Również polecam, jest wściekle czarny, ale maluje mi się nim nieco gorzej, więc Clinique wygrywa w konkursie na doskonałość.


Jak zwykle dużo gadania, a podsumować można krótko: w czasie kwarantanny kontynuuję powolne (z)używanie tego, co mam, nie kupuję nowej kolorówki, a dodatkowo postawiłam w większości przypadków na sprawdzone kosmetyki. Fajnie mieć jedną kosmetyczkę i nie zastanawiać się, co dziś wyląduje na oczach i cerze, ale przyznam, że trochę już mi się nudzi to jednostajnie maźnięte oko. Czas na paćkanie paluchem w innych kolorach ;).

A Wy malujecie się w czasie kwarantanny?

29 komentarzy:

  1. cóż, w kwietniu zrobiłam makijaż może raz... trochę mi tego brakuje, ale z drugiej strony strasznie mi się nie chcę, wolę w tym czasie poczytać książkę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie lubię być bez makijażu, bo wtedy mam wrażenie, że jestem taka... hmmm... tymczasowa? Nieogarnięta? Makijaż wyznacza czas, od którego jestem gotowa do działania :). Oczywiście nie każdego dnia jest full tapeta, ale oczy maźnięte tuszem i brwi obowiązkowo!

      Usuń
    2. O tak, ja też tak odmierzam czas produktywny - od momentu nałożenia makijażu. Paznokcie też muszą być nienaganne, bo inaczej nie potrafię się skupić na niczym innym, niż uporczywe myśli, że czas odświeżyć lakier.

      Usuń
  2. Ja muszę czasami wyskoczyć do pracy więc muszę mieć makijaż, ale bardzo boli mnie, że nie mogę do woli malować ust błyszczykami.

    OdpowiedzUsuń
  3. Siedzę w domu od ponad dwóch miesięcy, co jakiś czas trzeba się obsypać brokatem, żeby zachować zdrowie psychiczne :D

    OdpowiedzUsuń
  4. Świetne kosmetyki, ale makijażu nie widzę :D Ja ostatnio się zapuściłam, cały weekend majowy bez makijażu, kisilam się w domu przy otwartym oknie, wychodzilam tylko że śmieciami :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Makijaż wychodzi po nałożeniu tych wszystkich warstw taki wiesz, make-up no make-up :D.

      Usuń
  5. Okres izolacji społecznej to dla mnie czas rozbuchania makijażowe go. Maluję się codziennie, wreszcie mając czas na eksperymenty z kolorowymi cieniami i różnymi stylami w makijażu. To też okres rozbuchania zakupowego (online) - przybyło mi mnóstwo kosmetyków, ubrań i butów. . well, a miałam minimalizować kolekcję.
    Podobnie jak Ty, bez makijażu czuję się jakaś taka rozmemłana, brak mi motywacji i zalegam cały dzień na sofie.
    Miejmy nadzieję, że odmrażanie gospodarki nie przyniesie większego dramatu niż to ma miejsce obecnie ( podzielam obawy).
    Pozdrawiam mocno, zdrowia!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam podobnie - siedząc w domu testuję kosmetyki, po które bym pewnie nie sięgnęła w czasach "sprzed kwarantanny" - kolory tęczy na oczach, jakiś cień brokatowy lub test podkładu (a zwykle używam sypkiego pudru, bo przecież tak szybciej). Zresztą jakoś ten czas trzeba wypełnić, więc czemu by go nie poświęcić na upiększanie własnej osoby ;)

      Usuń
    2. Ja kupuję online głównie jedzenie, ale za to uważam testowanie kosmetyków w czasie kwarantanny za świetny pomysł! Chyba czas zmienić zawartość covidowej kosmetyczki i przyjrzeć się kolejnym przyjaciołom z makijażowych szuflad! :)

      Usuń
    3. Przyglądaj się, przyglądaj, a nawet coś użyj ;) Z chęcią przeczytamy na blogu tekst z cyklu 'Odkryci na nowo w czasie zarazy' :D

      Usuń
  6. Kwarantanna w sumie nic nie zmieniła w moim malowaniu się, wciąż nakładam mejkap codziennie. Lubię to, co mi daje. Po prostu czuję się lepiej, jak go mam na sobie, jak skóra jest ujednolicona i chociaż te rzęsy pomalowane i ta twarz z bronzerem, różem i rozświetlaczem, zaraz to o wiele lepiej wygląda :) Ale też umówmy się - ja mam tyle wszystkiego i taką wolę zużywania, że po prostu chcę też to nakładać, żeby się zużywało, bo już mam nowy podkład na oku, a nie kupię, póki nie zużyję tego, co teraz zużywam, także tego :D
    Mój makijaż jednak wygląda inaczej niż ten, jaki noszę do pracy - często na mejkap 'do wyra' nie maluję brwi, nie podkręcam rzęs, ani nie nakładam innych cieni niż 1 bazowy, dodatkowo nie maluję ust, ten ostatni punkt kurde musi się zmienić, bo słabo mi idzie z pomadkami, a wciąż mam ich za wiele, więc muszę zacząć nad tym pracować mocniej :D
    Przyznaję jednak, że bałam się, że ten czas izolacji sprawi, że popłynę z zakupami i wydam krocie na rzeczy, których nie potrzebuję, ale nie, sama jestem zdziwiona, prócz kilku rzeczy z pielęgnacji i jakichś pierdół typu szampon czy mydło do mycia pędzli nie kupiłam nic. Od połowy stycznia do teraz mam jedną nową rzecz makijażową - Flawless Filter od Charlotte Tilbury, ale to też był prezent dla mnie na urodziny, który chciałam.
    W ogóle czekam na recenzję Filmstar - czy warte to jest tej kasy? Wizualnie pewnie tak, ale mów szybciutko, co tam jest w środeczku :D Macałam, bronzer mi się bardzo podobał, ale ten rozswietlacz, no nie wiem, nie wiem. Czekam na Twój głos w tej sprawie :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No tak, Ty masz motywację do zużywania, więc taki przestój byłby wielce niewskazany ;). Filmstar specjalnie dla Ciebie właśnie został zrecenzowany :D

      Usuń
    2. Ogromnie dziękuję za recenzję Filmstar :D Kłaniam się w pas za rzetelną opinię i ochronienie mnie przed wydaniem 49 funtów :D

      Usuń
  7. W sumie już od dawna popadłam w makijażową rutynę, ale gdy człowiek maluje się po 5 rano ciężko o jakąś większą ekstrawagancję :D Dlatego też sięgam wciąż po te same produkty i nakładam je automatycznie :P W weekendy zdarza mi się poszaleć z kolorem - jak mi się zachce :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po 5 rano, o rety, o matko, biedna człowieko Ty!

      Usuń
  8. U mnie teraz króluje puder, tusz do rzęs i pomada do brwi, więcej do szczęścia mi nie potrzeba :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, a jednak bez tego pudru, tuszu i pomady byłoby jakoś nie tak jak trzeba, cooooo? :)))

      Usuń
  9. Odkąd koronawirus rozpanoszył się w Polsce, umalowałam się może dwa razy? Ale chyba zacznę, choćby tak sama dla siebie...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszystko zależy od tego, jak czujesz się bez makijażu. Jeśli dobrze, to po co się malować? :) Ja, jak pisałam, czuję się choro i rozmemłana, więc trochę jakby nie mam wyjścia.

      Usuń
  10. Maluję się, bo pracuję. Zdalnie co prawda, więc szczegółów nie widać w kamerce ;P hehe, ale jednak lepiej mi to robi na psychikę jak się maluję. ;) jakbym nie pracowała to pewnie bym się nie malowała. Co do podejścia do kosmetyków to jednak wciąż mam ochotę na nowe i nowe i testowanie wielu rzeczy, nie chcę się ograniczać do jednej kosmetyczki. I chociaż mam ten swój ulubiony podkład (Estee Lauder DW) to kuszę się co jakiś czas na coś nowego. Ostatnio właśnie się skusiłam na DW Light, bo tyle dobrego słyszałam, ale Ty mi powiedziałaś, że to jednak coś innego już, inna wersja. Fakt, przypomniałam sobie, że one kiedyś miały numerki, a nie nazwy jak teraz. No, szkoda, że nie przetestowałam tej dobrej wersji... Z tych rzeczy to mam kredkę Marca Jacobsa żelową, czarną, ładna na dłoni, ale na oku za gruba. Nie temperuje się i nie ma niestety ostrej końcówki i robi mi za grubą krechę. Nie wiem na co to zużyję. Flyliner Hudy fajny był do malowania, ale odbijał mi się na powiece po kilku godzinach. :( No i zrobiłaś mi smaka na nowego maczka, już się rozglądałam i wezmę pewnie coś niedługo w promocji. Mam ochotę na wykończenie Lustre.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja sobie właśnie planuję zmienić kosmetyczkę, bo też mnie już dopadło hasło "ile można?" :D. A kredkę Marca dawaj na linię wodną! :) Coś Ty, liner Hudy odbijał? i to po kilku godzinach? cuda dziwy, nigdy mi się coś takiego nie przytrafiło, a mam tej skóry na powiekach zdecydowanie w nadmiarze :-O.

      Usuń
  11. Ja w czasie kwarantanny prawie w ogóle się nie maluje. Ok.raz zrobiłam makijaż do zdjęć na bloga i instagram w sumie to tyle :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli tylko dobrze się z tym czujesz, to super :).

      Usuń
  12. Odkąd pracuję zdalnie to też nie poświecam zbyt dużo czasu na makijaż ale ostatnio nakładam krem bb, robię brwi i rzęsy- jakoś tak mi lepiej jak się patrzę w lustro :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger