04.01.2019

Zużycia grudnia

Może i rok nowy, ale u mnie zdecydowanie wszystko po staremu. Zamiast raczyć szanownych Czytelników ślicznymi zdjęciami nowości, zachęcam do wspólnego grzebania w worku z odpadami. Na swoją obronę mam tyle, że moje śmieci są kolorowe i pachną, ale jeśli mimo tego nie będziecie mieć ochoty na tę rozrywkę, zrozumiem. Chyba. 

Project pan, December 2018

Tym razem w eko-materiałowym worze wielokrotnego użytku uzbierałam sporo pustaków po kosmetykach naturalnych, kilka po azjatyckich i garstkę zdenkowanej (lub nie) kolorówki. Wciąż jeszcze mam poczucie pielęgnacyjnego chaosu, ale w tym roku zamierzam się pięknie (i z kalendarzem w ręku!) uporządkować. 


Dermacol, Aroma Ritual, Tropical Shower Gel, Papaya & Mint – żele czeskiego Dermacolu towarzyszą mi pod prysznicem od kilku lat i zwykle kupowałam je w czeskim lub słowackim DM-ie przy okazji rodzinnych eskapad. Marka Dermacol weszła jakiś czas temu do Polski, więc może są już dostępne w drogeriach? Lubię je, bo są tanie, część z nich ma śliczne zapachy, ale trafi się czasem coś chemicznego lub w inny sposób nieciekawego. Papaja z miętą to wersja nie dla mnie – mało jest miętowych kosmetyków, które mi się podobają – z drugiej strony fajnie, że miętowa nuta została tu bardzo złagodzona. Ale czy papają? Nie mam pojęcia, rzadko miewam ten owoc w rękach/ustach, ponieważ zazwyczaj mam go w du go nie kupuję ;). Ta kompozycja nie wywołała przyspieszonego bicia serca, ale zła nie była. Fajna na lato, bo to mało słodki aromat. Więcej o żelach Dermacolu tu: klik.

Kneipp, Stressfrei, żel pod prysznic Kwiat pomarańczy i Mandarynka – tu podobna historia: zapach ani mnie ziębi, ani grzeje. Zwykle kwiat pomarańczy (który nie ma nic wspólnego z zapachem owocu pomarańczy) psuje mi odbiór, zamiast go poprawiać – w tym przypadku zepsuł obiecującą mandarynkę. Kneippy mają dużo fajniejsze kompozycje zapachowe. Pozostałe właściwości bez zarzutu.

Sonett, Mydło w płynie, Rozmaryn – zawsze kupuję, kiedy trafię do pobliskiego ekosklepu, bo to najlepsze mydło do zastosowań kuchennych: rozmaryn pięknie neutralizuje jedzeniowe aromaty, pasuje do ogólnego klimatu garkuchni, a sam kosmetyk jest bardzo wydajny, mimo że za 6,50 zł dostajemy tylko 120 ml. Mydło na bazie oleju kokosowego i oliwy z oliwek – ekoludzie powinni się zainteresować zarówno nim, jak i całym Sonettem. Aha, występuje też w przyrodzie w litrowych butelkach, ale w moim przypadku jest to wiedza czysto teoretyczna, bo gały jeszcze na żywo nie widziały.

Provida Organics, Oliven Cognac Shampoo – naturalny szampon z dodatkiem koniaku i oliwy, który ostro daje po nosie... koniakiem. Zaskakujące, prawda? Uwielbia go Alina Rose, kupiłam w jej sklepie makeupsorbet.pl i muszę przyznać, że to chyba najlepszy szampon z niechemicznym składem, jakiego kiedykolwiek używałam. Przede wszystkim świetnie się pieni, dobrze domywa, włosy są po nim naprawdę ładne. Do ideału brakuje tylko dłuższej przerwy pomiędzy myciami, ale mój mocno przetłuszczający się skalp jest w tym temacie bezlitosny, więc zaskoczenia nie było. Pewnie wysmaruję mu za jakiś czas pełnowymiarową recenzję, tylko sobie zużyję jeszcze jedną butelkę dla lepszego rozeznania.


Sephora, Konjac sponge (wersja mini) /recenzja/ – o ile gąbki konjac polecam bardzo, o tyle wersję mini odradzam ze względu na mocno ograniczoną wygodę użytkowania. O mojej miłości do tego typu gąbek poczytacie w podlinkowanym wpisie.

Eco Laboratorie, Facial Washing Foam, Moisturizing – świetna pianka do mycia twarzy! Przeznaczona co prawda do cery suchej i wrażliwej, ale moja mieszana miewała się po niej doskonale. Wśród składników: woda morska, aloes, panthenol, olej ze słodkich migdałów i kwas hialuronowy. Zapach bardzo delikatny (no dobra, chciałoby się ładniejszy), wydajność fenomenalna. Nie pozostawia skóry ściągniętej, domywa co trzeba, ma wygodną butlę i bardzo dobry skład. Chętnie wrócę. Aha, jestem prawie pewna, że nie poradzi sobie z mocnym, długotrwałym podkładem, bo jednak jest bardzo delikatna. Polecam tę piankę jako drugi etap oczyszczania, najpierw rozpuśćcie szpachlę olejkiem albo chociaż micelem ;).

Duetus, Tonik do twarzy – łeeee, myślałam, że to nowy gracz na rynku naturalnych kosmetyków, a to znowu poczciwe Sylveco! Niemniej: tonik był super, chętnie do niego wrócę. Nie kleił się, dawał uczucie nawilżonej, zdrowej skóry, pachniał delikatnie ziołowo, też na plus. Jedyną wadą jest niska wydajność.

Bielenda, Botanic Spa Rituals, Płyn micelarny Kurkuma + Chia – nie wiem, co mi strzeliło do łba, żeby wymienić sprawdzoną Mixę na to toporne coś. Pewnie mi się zachciało innej butelki, bo mixowa zbrzydła. Z Bielendą jest tak, że wypuszcza na rynek nieskończenie wiele produktów, z czego niewielka część jest doskonała, większość przeciętna, a co jakiś czas trafi się spektakularny bubel. Ze względu na te doskonałe, ciągle chce mi się grzebać w ich ofercie i szukać kolejnych perełek (są łatwo dostępne i mają dobre ceny), ale jednak może w 2019 się nieco opanuję, bo ostatnie eksperymenty były raczej rozczarowujące. Micel z serii Botanic Spa Rituals ma dwie wady: raczej kiepsko rozpuszcza makijaż i piecze w oczy. Czy jest sens wymieniać zalety? Jak ostatnia idiotka, kupiłam od razu dwie butelki, druga z serii kokosowej. Jestem człowiekiem niewielkiej wiary, więc nie przewiduję nagłego zachwytu.


The Body Shop, Bananowe masło do ciała – ukochane, limitowane, szlag by trafił TBS. Jeśli macie ochotę najpierw się zakochać, a potem zapłakać nad rozstaniem, szukajcie banana w salonach w mocno promocyjnej cenie.

Equilibra, Extra Aloe Dermo-Gel – albo nie umiem wykorzystać potencjału czystego żelu aloesowego, albo moja skóra nie umie docenić jego wspaniałych właściwości. Ostatecznie zużyłam razem z maskami do włosów i od czasu do czasu mieszałam z olejkami do twarzy. Postanowienie noworoczne: poczytać o żelu aloesowym i po raz drugi podjąć wyzwanie. Może jednak byłam nieprzygotowana.

REN, & Now To Sleep, spray do poduszki – dostałam w gratisie do zakupów na Cult Beauty. Zapach mocno lawendowy, ale obecne są też olejki eteryczne z chmielu i żywicy olibanowej. Z ciekawości zaczęłam poduszkowe opryski, było umiarkowanie miło, a potem pompka się zacięła na amen i uznałam, że nie będę przelewać i cudować. Sama na pewno nie kupiłabym takiego kosmetyku, bo dobrze śpię i bez niego, a jak śpię źle, to i opryski mi nie pomogą. Hm, 105 zł w Galilu za taką buteleczkę to naprawdę zbytek. 


Skin79, AllanCera Barrier Cream – przyjemna, nietypowa, mleczno-żelowa konsystencja, ładny zapach, szybkie wchłanianie, ale jednak dosyć ciężki, wyczuwalny film na skórze jakoś mi nie służył – mocno przyspieszał przetłuszczanie. Używałam od czasu do czasu, więc nie powiem Wam więcej na temat tego kremu.

Estée Lauder, DayWear Matte – matujący żel-krem /recenzja/ – szybko się wchłaniał, wygładzał, zachwycająco utrzymywał mat, a potem... skóra się przyzwyczaiła i było gorzej. Musiałam go więc wywalić z codziennej pielęgnacji i sięgać tylko przy ważniejszych okazjach. Wtedy był niezawodny.

Benton, Snail Bee High Content Essence – bardzo wydajna esencja ze śluzem ślimaka i kilkoma innymi świetnymi składnikami, zużyłam z przyjemnością. Nie jestem nakręcona na koreańską pielęgnację w 150 krokach, a azjatyckie kosmetyki dopasowuję do mojego schematu pielęgnacyjnego według potrzeb, dlatego esencja służyła mi jako produkt pod krem, nie ładowałam na nią już żadnego serum, wodnego kremu, czy co oni tam mają w menu po esencji, a przed tradycyjnym kremem nawilżającym. Napinała skórę, wspomagała nawilżanie, ale absolutnie nie nadaje się jako samodzielny kosmetyk. Do cer mieszanych bardzo tak.

Environ, Focus Care Youth+ Avance Elixir – pod koniec roku w moje ręce wpadła miniatura eliksiru, po którym skóra natychmiast wygląda lepiej. Wodnisty kosmetyk wchłania się, zanim zdążymy policzyć do trzech, wygładza i napina, trzyma w ryzach przetłuszczającą się strefę T, a producent twierdzi, ze oprócz tego skutecznie walczy ze stresem oksydacyjnym i wyrównuje koloryt. Musiałabym poużywać dłużej, żeby zobaczyć, czy z tym kolorytem to prawda, ale po tym, co zobaczyłam zaraz po aplikacji, jestem skłonna uwierzyć w dalsze cuda. Dystrybutorem Environu w Polsce jest e-fontanna, więc jeśli poszukujecie cudów instant z wyższej półki, szukajcie w ich sklepie. 


Projekt: „nie kupuję kolorówki, bo od tej, którą mam, urywają mi się szuflady”, w 2018 szedł mi naprawdę świetnie, a nowości makijażowe mogłabym policzyć na palcach jednej ręki. Dzięki temu co i rusz udawało mi się coś zużyć do ostatniej kropelki lub ostatniego okruszka, a poza tym testowałam moje zbiory na potęgę i wiem już, co kocham, a czego nie lubię.

Rety, jakie to wspaniałe.

W grudniu wylałam na siebie ostatnie krople podkładu Catrice HD Liquid Coverage w odcieniu 010 i niezmiennie ubolewam nad ubogą gamą kolorystyczną. Najjaśniejsza 010 jest dla mnie zbyt neutralna, brakuje mi w niej choćby odrobiny żółtych tonów, ale kiedy potrzebuję mocnego krycia, i tak sięgam po ten nieideał i liczę na to, że nikt nie będzie analizował mojej twarzy w kontekście szyi, a tak w ogóle liczy się wnętrze. Po pół roku z zachwycająco pomalowanymi rzęsami żegnam limitowaną edycję mojego ukochanego tuszu Tarte – Lights, Camera, Lashes /recenzja/ (Lu, dzięki przewielkie za zakupy!!) i sięgam po kolejne opakowanie, które udało mi się skitrać dzięki uprzejmości mojej kanadyjskiej koleżanki Ani. Siła tego tuszu tkwi w nieudziwnionej szczotce i dobrej formule. Na razie nie znalazłam dostępnego w Polsce zamiennika.

Miniatura tuszu Givenchy Noir Couture Volume wyschła, zanim zdążyłam wyrobić sobie zdanie na jej temat, a moja ulubiona kremowa pomadka Dermacol Lip Seduction w odcieniu 02 zjełczała tuż przed finiszem, więc prawie mi nie żal tego rozstania. To był kolejny rok, w którym nie kupowałam lakierów do paznokci (który to już? czwarty?), więc w ruch szły te ze zbiorów, nawet jeśli ich data ważności upłynęła w 2015, jak w przypadku Golden Rose Rich Color. Numer 34 to klasyczne, eleganckie, połyskujące bordo. Leci do kosza, bo trzy lata po się_przeterminowaniu wreszcie zaczęło robić coś nie tak. W tym przypadku zbyt szybko wycierać się z płytki.

Żegnam też kultowy niegdyś róż NYX w odcieniu Taupe, którego bladzi ludzie używali lata temu jako chłodnego bronzera. Sięgnęłam po niego jesienią, odcień wciąż dawał radę, nawet udało mi się wyszorować pędzlem pierwszy milimetr połyskującego dna, ale w końcu uznałam, że mam ładniejsze, ten już staruszek, więc miło było, ale sayonara.

Inglotowego płynu-do-wszystkiego Duraline nie używam praktycznie nigdy, więc mojego czterolatka wywalam bez żalu, a próbka różu Clementine by LilyLolo utwierdziła mnie w przekonaniu, że nie zacznę używać mineralnych różów, dopóki jakaś parchata wiedźma nie zamieni ich w kamień.



Wśród saszetkowych śmieciuchów nie ma czego przeżywać, wrzucam jedynie ku pamięci i żeby powiedzieć Wam, że jednorazowe maski do włosów z Biedronki to dobra opcja na wyjazdy i siłownię.

To tyle, witajcie w 2019!

30 komentarzy:

  1. U mnie również ten płyn micelarny Bielendy opornie domywał makijaż (głównie oczu), ale seria kokos-aloes ponoć jest lepsza :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oby oby, bo ta butla jak na złość wyjątkowo ogromna ;)

      Usuń
  2. Koniakowy szampon i tonik Duetus kuszą najbardziej. Esencja z Bentona również chociaż nie wiem czy w końcu uda mi się przełamać i zastosować coś co w nazwie ma ślimaka:D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spróbuj z tym ślimakiem! Przecież nie mielą go w maszynce, tylko pobierają śluz, który produkuje ;)

      Usuń
  3. Uwielbiam twoje "denkowe" wpisy. Postanowiłam to napisać, bo wiem, że zbieranie i przechowywanie odpadów musi być uciążliwe, ale samolubnie mam nadzieję, że jeszcze długo nie porzucisz tego projektu. Dzisiaj w tesco zastanawiałam się nad tym tonikiem z deutusa (był na promocji za niecałe 20) i teraz żałuję, że go nie wzięłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak mi miło, dziękuję! Zastanawiałam się właśnie ostatnio, czy to nie jest tak, że piszę z przyzwyczajenia denka, a nikt ich już nie chce czytać ;). Duetus bardzo przyjemny, ciekawe, czy w moim Tesco też w promocji, chętnie kupię.

      Usuń
  4. U mnie akurat płyn micelarny z Bielendy dobrze się sprawdził :)

    OdpowiedzUsuń
  5. heh, a ja sobie wczoraj w ramach pamiątki z urlopu (dziś wylatuję) kupiłam m.in. tego micela Bieledny...

    OdpowiedzUsuń
  6. Bardzo ciekawe kosmetyki zużyłaś. Nie miałam okazji żadnego z nich używać.

    OdpowiedzUsuń
  7. Nie wiem jakim cudem zawsze trafiam na Twoje denka. Ewidentnie omijam inne posty xD muszę to zmienić. Będąc jednak w temacie postu.
    Ten płyn micelarny z Bielendy też niczego mi nie urwał. Więc z podkulonym ogonem wróciłam do Garniera i to do butelki 700ml :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aga, trafiasz na denka, bo w ostatnich miesiącach głównie je pisałam ;).
      O tak, Bielenda nieporównywalnie słabsza od różowego Garniera!

      Usuń
  8. Już chciałam krzyczeć, że tyle nowości i nic nie znam, ale znam - maskę do włosów z Biedronki! ;D Zainteresował mnie ten szampon naturalny co to się pieni, to jakiś fenomen w tej grupie produktowej chyba ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, naturalny pieniący szampon to szok. Provida daje super efekt, ale dla mnie zapach koniaku jest bardzo trudny do zniesienia. Zawsze musi być jakieś ale!

      Usuń
  9. Dalej możesz kochać ten podkład z Catrice mimo tego, że nie ma dla Ciebie odcienia w gamie. Wiem, że są metody na zażółcenie podkładu jak kupisz jakieś żółte proszki do mieszania z jakiegoś tam sklepu online, ale wcale nie musisz tego robić. Kup najtańszy na rynku sypki (albo prasowany- będziesz musiała go pokruszyć na proszek) cień i dosyp sobie do podkładu. Ja tak zrobiłam już z 3 moimi podkładami, które były dla mnie ciut za różowe albo zbyt neutralne. Działa za każdym razem :D Tylko jakbyś to chciała zrobić to polecam dodawać mini porcje tego żółtego pigmentu i sprawdzać kolor, bo łatwo można przesadzić.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Coś słyszałam o tych żółtych proszkach, ale jak kiedyś szukałam, to nigdzie nie było. Motyw z cieniem całkiem dobry, choć najbardziej tobym chciała, żeby NYX wydał wreszcie żółty mixer :). Dzięki za dobrą radę!

      Usuń
  10. Ja takze bardzo lubilam ten podklad Catrice :)

    OdpowiedzUsuń
  11. Smuteczkuję, bo mało miałam/znam z powyższych ;) Już czytałam kilka niepochlebnych recenzji nt. tej Bielendy więc wiem, że nie chcę. Na pocieszenie mogę powiedzieć, że niebieska nawilżająca jest bardzo spoko. I też polubiłam maski Be Beauty :) Zaciekawiłaś mnie pianką :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, od Bielendy trzymaj się z daleka!
      Jeszcze sprawdzę kokosowo-aloesową i zamykam temat ich miceli :)

      Usuń
  12. Ej, gdzie kupiłaś ten żel do twarzy Eco coś tam? Chcę go.

    Luzik za tusz! Szkoda, że nasze preferencje tuszowe się nie pokrywają :(

    OdpowiedzUsuń
  13. Żadnego nie miałam. Co wchodzę na czyjeś denko, to widzę mnogośc kosmetyków, z których żadnego nie miałam. Co ja używam? ;-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, trzeba przekopać się przez Twoje śmieci i wszystko będzie jasne! :P

      Usuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger