05.02.2019

Zużycia stycznia

Nowy rok zaczął się nową miłością. Do kota. Pokazywałam go na Instagramie i zapewne nie przestanę pokazywać, bo oczywiście kot mnie zachwyca, bawi, wzrusza i jest najpiękniejszy na świecie. Poza tym po staremu: wciąż zbieram pustaki, wciąż o nich piszę, wciąż wśród kosmetyków przewijają się marki tanie, drogie, naturalne i naszprycowane chemią. Taka to Wasza Agata. Nic, tylko kochać, czytać i komentować! 

zużycia lutego 2019


W styczniu pokończyło się trochę pewniaków. Nie miałam problemów z cerą, za to pod koniec miesiąca okazało się, że mróz w asyście mydła w płynie Dove zniszczył mi dłonie. Do teraz się nie wyplątałam z paskudnego jak nigdy przesuszu, pękającej skóry i łuszczenia, ale walczę dzielnie z pomocą polecanych przez Was specyfików. Jest lepiej, dlatego zaczynam wierzyć, że jeszcze kiedyś ujrzę moje nawilżone, gładkie dłonie. Współczuję Wam bardzo, ludzie z AZS.


The Body Shop, Grapefruit Shower Gel – mój podprysznicowy pewniak. Żel dobrze się pieni, a grejpfrutowa nuta jest wdzięczna do odtworzenia i TBS-owi oczywiście również się udała. Jedyny zarzut mam do konsystencji, która jest trochę zbyt lejąca, co wyraźnie obniża wydajność. W promocji można kupić taką butelkę za 12,50 zł. Polecam. 

Kneipp, Na dobranoc, Aromatyczny płyn pielęgnujący do kąpieli – nic się nie zmieniło, wciąż nie mamy wanny, a jedynym, który ma możliwość zażywania kąpieli, jest niewielki Tomasz w wielkiej misce. Wszystkie płyny kąpielowe są więc dla niego, a w tym taplał się z wielką przyjemnością. Kneipp miewa bardzo nietypowe zapachy, które mój nos zwykle uwielbia (jedyny wyjątek to wariant z kwiatem pomarańczy, ale ja tego kwiatu po prostu nie lubię). Płyn dawał ładną, gęstą pianę i niebieski kolor wody. Któraś z Was wspominała w komentarzach, że barwnik używany do nadawania kosmetykom głębokiej niebieskości może być kancerogenny, co trochę mi zepsuło zabawę, ale pomyślałam, że to dobry moment na testy innych wersji zapachowych! 

Yope, Miód i bergamotka, Naturalne mydło kuchenne – jeden z dwóch produktów Yope, które mogłabym polecić. Drugim jest mydło kuchenne w wersji Mineralnej. Reszta moim zdaniem niewiele warta, a sława marki niezasłużona. Ale to oczywiście subiektywna opinia mojego nosa i mojej skóry. 

Perfecta Mama, Probiotyczny żel do higieny intymnej – nie do wiary. Zmienili opakowanie i skład. No pewnie, że zmienili opakowanie i skład, skoro to mój ulubiony, niezawodny żel do higieny intymnej. Zlękniona wyciskam kolejne pompki nowej wersji w oczekiwaniu na katastrofę. Katastrofy na razie brak, ale stres trzyma. W nowym wariancie mamy odświeżający zapach (stara Perfecta była bezzapachowa), co oczywiście zwiększa uczucie świeżości i przyjemność użytkowania, ale może też podrażniać wrażliwe okolice. Zobaczymy. 


Garnier, Fructis, Densify, Szampon wzmacniający dla gęstszych włosów – kiedyś namiętnie używałam zielonych fructisów i bardzo moim włosom służyły, a potem zostałam blogerką beauty i świat się skomplikował. Zaczęłam testować wszystko, co nieznane, a cienkie kudełki czekały na Fructisa i doczekać się nie mogły. Obecnie w tej linii Garniera dużo się pozmieniało. Różowy duet szampon + odżywka Densify to nieznane mi wcześniej nowości, które powinny idealnie wpływać na moje cienkie, oklapnięte włosy. I faktycznie, fryzurę po myciu mam zaskakująco bujną i wygląda świetnie, ale niestety, zauważyłam, że te produkty wysuszają mi włos na długości, odżywka jeszcze bardziej od szamponu. Do szamponu pewnie będę wracać, bo świeży owocowy zapach i efekt po myciu bardzo do mnie przemawiają. Muszę się tylko wspomagać sensownymi odżywkami i maskami i może jakoś to będzie. Aha, ta wielka butla zużyła się zaskakująco szybko.

Batiste, suchy szampon w wersji Light & Breezy Fresh (więcej o Batiste tu: klik) – coraz rzadziej sięgam po suche szampony, ale przydają się, oj, przydają. Ten wariant pachnie świeżo i nieprzesadnie  (jak to bywa przy innych, perfumowanych, nieznośnych dla mnie wersjach). Robi, co ma robić, więc nawet nie szukam alternatyw wśród innych marek. Na pewno minusem jest mocne bielenie głowy, którego nie wyobrażam sobie przy innych głowach niż moja blond.

Radical, Szampon wzmacniający do włosów osłabionych i wypadających (miniatura) – to chyba najlepszy szampon w wersji mini, jaki jestem w stanie dostać od ręki stacjonarnie. Oczywiście najlepszy dla moich włosów. Nie robi efektu wow, ale nie szkodzi, a to najważniejsze. Jeszcze bardziej szanuję, od kiedy wymieniłam go w sportowej kosmetyczce na kiepską miniaturę Fiji Green Tea z kalendarza adwentowego TBS (kalendarz pokazywałam tutaj).

Equilibra, Volumizing Moisturizing Conditioner – ma tyle fajnych składników, lubię szampony tej marki, a tu... jakoś bez zachwytów. Męczyłam tę odżywkę od wakacji na różne sposoby, aż w końcu wydała z siebie ostatnie pierdnięcie i z ulgą wrzuciłam ją do torby z kosmetycznymi odpadami. To wersja, która ma nawilżać i zwiększać objętość. Jest lekka, faktycznie czuć nawilżenie zaraz po, ale sama w sobie objętości nie zwiększa, za to bardzo szybko psuje efekt volume, uzyskany przy pomocy szamponu (czyli w moim przypadku efekt wyglądania jak normalny człowiek, który ma włosy, a nie jak mysz, która przypadkowo zaplątała się w rurze ściekowej). Ma dobre opinie, więc pewnie warto przetestować. Ja nie wrócę. 


Mixa, Płyn micelarny Optymalna Tolerancja – mój ideał. Skuteczny, łagodny, nie ma gorzkiego smaku (w przeciwieństwie do osławionej różowej Biodermy). Ostatnio znudziła mi się ta fantastyczna stabilizacja i zachciało mi się eksperymentów z Bielendą. Żałuję, ach, jak żałuję! Mixo, wybacz moją niesubordynację!

The Body Shop, Sumptuous Cleansing Butter /recenzja/ – kolejny ideał, tym razem w dziedzinie demakijażu oczu. Do twarzy oczywiście też można używać, ale ja rzadko korzystam, bo sobie ubździłam, że masło TBS może mnie zapychać. Uwielbiam je za skuteczność i łagodność: zmywa wszystko i można otworzyć oczy w trakcie – nie szczypie ani trochę. Miłość, kwiatki, serduszka.

Benefit, They're Real Remover (mini) – ma postać mleczka do demakijażu, nieźle rozpuszcza, ale za mało miałam do czynienia z tym produktem, żeby jednoznacznie go ocenić. Miniatura nie wzbudziła mojego zainteresowania na tyle, żeby lecieć po pełen wymiar.

Sephora, gąbka konjac w wersji mini – uwielbiam i polecam konjaki, tę gąbkę kupiłam w trzypaku w dobrej cenie, ale wersja miniaturowa jest nieporęczna, więc lepiej inwestować w normalne, porządnej wielkości gąbki i cieszyć się ich mocą. O konjacach pisałam tu: klik.


Dermalogica, Dynamic Skin Recovery SPF 50 – treściwy krem z wysokim filtrem, który chroni przed zmarszczkami, nie bieli skóry i ogólnie sprawuje się całkiem fajnie – jak na filtr. Ja tylko nie lubiłam jego zapachu i żałuję, że cera szybko się po nim świeci. Cena też wydaje się raczej kosmiczna (ponad 300 zł). Za tę kwotę nie powinnam mieć żadnych uwag, prawda? 

Smashbox, Photo Finish Hydrating Under Eye Primer (mini) – ta malusia tubka była wypełniona po brzegi produktem i używałam jej przez dobrych kilka miesięcy! Smashbox ma naprawdę świetne miniatury, zwykle wypełnione po brzegi – po każdej z nich mogłabym wysmarować pełnowymiarową recenzję. Primer był bardzo ok – szybko się wchłaniał i dobrze leżał na nim korektor. Używałam go zawsze, kiedy krem pod oczy za szybko się wchłonął, a ja się zgapiłam i nie zdążyłam zakamuflować cieni. 

Clarins, Multi-Active Yeux, krem pod oczy (mini) – za mało go było w opakowaniu, żebym mogła powiedzieć coś z absolutną pewnością, ale wyglądał na całkiem przeciętny żel-krem, który mojej 30+ skórze już niewiele pomoże...

Mustus, Daily Harvest Squeeze Lift Up Mask – 22 zł za taką jedną płachtę? Jakoś nie mam przekonania. Nawilżyła tak, jak wszystkie płachty miewają w zwyczaju, ale wielkiego wow nie uświadczyłam. I w ogóle to powoli kończę romans z płachtami na rzecz tradycyjnych maseczek w większych opakowaniach. Mniej śmieci. 


Kolorówka też sobie powolutku wychodzi tylnymi drzwiami z komody IKEI. Komody! Matko jedyna, jak do tego doszło i kiedy! A tak serio, nie chciałabym wyprowadzać się z moich sześciu szuflad, bo mam tam idealny porządek i w ogóle przyjemnie się malować, jak ma się wybór. ALE: wciąż walczę o rozsądny wybór, nie kupuję głupot i jestem coraz bliższa celu. Polecam zdrowy rozsądek – zarówno w zakupach, jak i w ich ograniczaniu ;).

Pod koniec stycznia spadła i rozbiła się na milion kawałków biała czekolada Lovely, czyli prasowany puder ryżowy o słodkim, przyjemnym zapachu. Bardzo chciałam, żeby prasowany ryżowiec zadziałał dobrze, ale niestety, był tylko przeciętny – ani nie utrzymywał matu na długo, ani nie wyglądał na twarzy nieskazitelnie, bo niejednokrotnie widziałam go w roli podkreślacza zmarszczek. Wydaje mi się też, że bielił, a to już zbyt wiele wad. Pudry prasowane zazwyczaj wypadają gorzej od sypanych braci, ale wiem, że da się dobrze – przykładem (fakt, dużo droższy, ale jednak prasowany) Blot z MAC-a. Nie mam pojęcia, czemu, ale i tak wciąż po niego sięgałam. Może to ten zapach? Jak w końcu walnął o podłogę, odetchnęłam z ulgą. Zrozum kobietę.

Do kosza poleciały dwie zaskakująco dobre miniatury tuszów wysokopółkowych: BADgal Bang! z Benefitu i Mascara Volume Effet Faux Cils The Curler marki Yves Saint Laurent. Miały podobne, wyprofilowane na półokrągło szczotki i w obu przypadkach bardzo podobał mi się efekt na rzęsach, czyli pogrubione, intensywnie czarne, wyraziste firanki. Już dawno nie byłam tak zadowolona z tuszu do rzęs i tylko zastanawiam się, czy pełnowymiarowe opakowania dorównają miniaturom – niestety, z jakiegoś powodu często jest inaczej... Aha, Benefitowi trzeba dać chwilę na podeschnięcie, dopiero wtedy dzieją się czary.

Na koniec żegnam kupiony kilka lat temu lakier do paznokci marki Mavala w odcieniu Moon Grey. Mavala ma świetną jakość, ale po dawnym zachwycie nad szarościami nie ma śladu – co więcej, nie mogę już patrzeć na manikiur w tym kolorze. Jak to się zmienia... Ze względu na sędziwy wiek muszę też pożegnać resztkę mojej ukochanej wodoodpornej kredki Jumbo z Sephory (odcień Taupe), która w kilka sekund robiła mi makijaż oka. Płaczę, bo kredek Jumbo w sprzedaży już nie ma, a nie znalazłam jeszcze idealnego zamiennika.

A miniatura pudru Make Up For Ever Pro Finish to w ogóle hit. Zużywałam ją chyba ze dwa lata! Służyła mi jako bazowy cień, latem pudrowałam nim strefę pod oczami i... skończyć się nie chciał. Ogólnie zrobił na mnie dobre wrażenie, ciekawe, czy pełny wymiar też tak fajnie działa, czy tylko mi się przywidziało ;).

Papa, kosmetyki, dobrze się spisałyście, dziękuję. 

26 komentarzy:

  1. Skoro skóra się świeci po Dermalogica, to raczej nie dla mnie :( Miałam kiedyś odzywkę Radical i była całkiem fajna :) Jeśli chodzi o Batiste to kocham te suche szampony.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No niestety, Dermalogica nie nada się dla tłustej strefy T pod makijaż, wielka szkoda.

      Usuń
  2. Produkty z yope mnie prześladują ;p

    OdpowiedzUsuń
  3. Fajne kosmetyki zużyłaś, miałam szampon Radical i dobrze się spisał.

    OdpowiedzUsuń
  4. lubie fructisa jabłkowego ale szampon genialny jest i ostatnio nawet się zastanawiałam jak on szybko schodzi ale mąż sie przyznał że też go używa zamiast swojego ..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój mi nie podbiera Fructisa, a i tak ekspresowo znika!

      Usuń
  5. Uwielbiam ten płyn z Kneipp :) robi super pianę i kolor❤️ Miłość do żeli z TBS mam od black friday kiedy były za dyszkę. Teraz kupiłam na promce 2+1 i wzięłam znowu dwa grapefruitowe (mój chłopak uwielbia) i jeszcze moringe. :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Piekne denko, uwielbiam zapachy The Body Shop, chyba musze skusic sie na nowy zel pod prysznic :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi tych bodyshopowych cudowności pod prysznicem nigdy dość!

      Usuń
  7. Ja dopiero teraz robię podejście do płacht. Ale chyba skończy się na kilku wybrykach, a płachta nie będzie stałym elementem mojej pielęgnacji - fakt, mniej śmieci.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przyroda się ucieszy, jeśli wrócisz do standardowych maseczek ;). Ale ja oczywiście nie jestem naziolem w żadnej dziedzinie, więc płachtom nie mówię zdecydowanego nie! Niektóre bardzo dają radę i od czasu do czasu pewnie sobie pozwolę :)

      Usuń
  8. Również rzucam płachty. A tu jeszcze 8 w szufladzie 🙄

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zużyj z przyjemnością i ciesz się nimi, skoro już u Ciebie są!

      Usuń
  9. w liceum i na studiach fructisy miały chyba u mnie niemal monopol :D ale teraz one również, jak 99,9% drogeryjnych szamponów, niemiłosiernie podrażniają mi skalp :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, Fructisy to szampony, których używałam najdłużej w życiu. Szkoda, że tak Ci się pokićkało ze skalpem :(

      Usuń
  10. Zawsze chętnie oglądam denka i zużycia w poszukiwaniu nieznanych mi ale fajnych kosmetyków.
    A po za tym podziwiam dziewczyny, które zużywają i zużywają - ja mam wrażenie, że u mnie tylko przybywa kosmetyków a niewiele ubywa.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja zawsze w kolejnym miesiącu myślę sobie: nie no, już wszystko powykańczałam, z czego ja napiszę kolejne denko? I co? Wyciągam torbę ze śmieciami, a tam zawsze gromadka ;)

      Usuń
  11. Znam jedynie puder Lovely - był całkiem spoko, ale w sumie tylko spoko :D Znam lepsze, ale też i gorsze :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i właśnie mam takie samo zdanie na temat tego poturbowanego nieszczęśnika ;)

      Usuń
  12. Żel pod prysznic i masełko do demakijażu TBS tez uwielbiam... :) Za płachtami nie przepadam, też wolę maski wielorazowe. Muszę wypróbować w końcu to mydło Yope i tusz BadGalBang!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, pamiętam, że też jesteś w drużynie wielbicielek masła TBS! :)

      Usuń
  13. "a potem zostałam blogerką beauty i świat się skomplikował" :D Miałam tak samo, tylko bez bycia blogerką.
    Poczytałam trochę blogów, zamieniłam Pantene na ziołowe śmierdziele, ale potem dostałam do wizażowych testów zestaw Garnier goodbye damage - przypomniałam sobie jak fajnie jest używać pachnącego szamponu, włosy wyglądały super,... Przeszło mi jak mąż (odpowiadający w naszym domu za czyszczenie odpływów :D) kazał natychmiast wrócić do rzepy, bo włosy wypadały mi kilka razy bardziej.
    Nie wiem co mi w nim szkodzi, ta wersja nie zawiera SLS, po którym włosy mi naprawdę leciały, SLES używam na co dzień. Tak czy siak - nie zamierzam ryzykować z typowo drogeryjnymi szamponami.

    OdpowiedzUsuń
  14. Muszę w końcu kupić Konjac, choć ja się pewnie skuszę na jakąś większą :)
    Na białą czekoladkę miałam chęć aż do teraz :P

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger