31.03.2019

Mój nieminimalistyczny porządek w kolorówce | pokazuję całą kolekcję!

Obiecałam, że pokażę Wam grupę szczęśliwców, która przetrwała mój atak bombowy na szuflady z kolorówką. Zbiory z pewnością nie są minimalistyczne, ale już mnie nie przytłaczają, a o to przecież chodziło. Z przyjemnością sięgam do szuflad z moimi kosmetykami i wiem, że każda rzecz, która tam leży, ma przynajmniej trochę sensu ;). To co, zaglądamy, co się ostało pod zgrabnym tyłeczkiem Gorana?



Pokażę Wam zawartość poszczególnych szuflad i to, jak są teraz zorganizowane. Opowiem w skrócie o tym, co zostało. Smutna wiadomość jest taka, że to wcale nie jest zestaw samych perełek – do tego dążę, ale lata blogerskiej ciekawości sprawiły, że wylądowałam z wielkim zbiorem zarówno świetnych, jak i przeciętnych lub wręcz kiepskich kosmetyków. Dlaczego? Bo zamiast wracać do tego, co sprawdzone i wielbione, kupowałam ciągle to, czego nie znałam. Kiepszczaków się pozbyłam, więc jestem na dobrej drodze do skompletowania idealnego użytkowego zbiorku, ale z pewnością jeszcze trochę to potrwa. 

Mimo że wywaliłam bardzo wiele rzeczy (o bolesnej redukcji było w poprzednim wpisie: klik), wciąż mam duży wybór, który mnie cieszy, a przecież o to chodzi w całej makijażowej zabawie! Wydaje mi się, że w idealnym zestawie znajdzie się tylko trochę mniej kosmetyków – wciąż nie zamierzam trafiać do drużyny kosmetycznych minimalistek :). Co ciekawe, kilku kosmetyków nawet tu brakuje! Ale... nie popędzę na zakupy. Na razie będę obserwować swój obecny makijaż i okaże się, co jest naprawdę potrzebne, a bez czego – mimo że miałam wcześniej – bez problemu mogę się obyć. 

Boldem zaznaczam kosmetyki, które szczególnie polecam, uwielbiam, są mi drogie. 


Pierwsza od góry szuflada kryje w sobie wszystko, co do rzęs i brwi, a także kredki do oczu i eyelinery. Poza tym kilka akcesoriów. Zawsze tak było, ale jeszcze kilka miesięcy temu mieszkało tu też sporo kolorowych kredek do oczu i cieni w kredce. Nie kupowałam niczego nowego z tej kategorii od kilku lat, dlatego wszystko poleciało do kosza z powodu wieku. To jedna z kategorii, w której najpierw wydawało mi się, że mam braki, a potem stwierdziłam, że zamiast popędzić na zakupy, zastanowię się, czy naprawdę będzie mi brakowało przy codziennym makijażu tego typu kosmetyków. 

Zapas tuszów jest optymalny. Zawsze mam w użyciu przynajmniej dwa. W szufladzie: coś nowego do wypróbowania (L'Oréal Paradise Extatic, YSL Mascara Volume Effet Faux Cils – miniatura bardzo mi się podobała!), coś ulubionego (ostatnia skitrana sztuka ukochanego Tarte Lights, Camera, Lashes /recenzja/, ale obiło mi się o uszy, że Tarte ma wejść do Polski?!), Lovely Pump Up do dolnych rzęs i dni bez makijażu. Mam też szczotkę od mojego niegdyś ukochanego (i oczywiście wycofanego) tuszu Philosophy. Chyba ją też wywalę, bo jeszcze nigdy nie zdarzyło mi się używać oddzielnej szczotki do rzęs. Tusz traktuję jednak jako produkt kompletny i jeśli nie działa choćby jeden element tej układanki, szukam szczęścia gdzie indziej. 

Produktów do brwi jest sporo, ale tu akurat nigdy nie czułam nadmiaru. W różnych makijażach szukam różnego efektu i mam zmienne potrzeby: na co dzień najsprawniej idzie mi z kredkami, czasem sięgam po dające subtelny blur cienie/pudry, przy mocnym, dopracowanym makijażu korzystam z pomocy precyzyjnych, mocno napigmentowanych pomad, a jak mam dobrze wyregulowane brwi, wystarcza tylko lekko barwiony żel. W zbiorach wśród kredek: świetna Bo-Ho Green Revolution /recenzja/, przyzwoity wosk Bell, odrobinę zbyt ciepła Anastasia Beverly Hills, ultracienka Golden Rose, doskonała Nabla Brow Divine, odrobinę za miękka, dwustronna Neve Cosmetics Manga Brows. Pomady mam tylko dwie: nieużywaną Bell Stay On Brow z jakiejś limitki z Biedronki i słynną Anastasię Beverly Hills Dipbrow Pomade w odcieniu Taupe, która idealnie  mi pasuje do mocnego makijażu oka i po roku od otwarcia wciąż jest w świetnej formie. Żele do brwi to dwa pewniaki: najukochańszy Benefit Gimme Brow w odcieniu 03 /recenzja/ i Catrice Eyebrow Filler (widzę, że wycofany...) oraz żel z Douglasa, który jeszcze testuję, ale już widzę, że do grona faworytów nie trafi. Wśród pudrów: Eyebrow Set z Catrice – mój pierwszy zestaw do stylizacji brwi, który do dziś bardzo lubię, podobnie jak moja mama (oczywiście to kolejna sztuka, na szczęście wciąż w sprzedaży!); przywiezione z Nowego Jorku duo z Anastasii, które moim zdaniem wcale nie jest lepsze od Catrice i duo z NYX – nie pamiętam dokładnie, jak się sprawdza, dlatego jeszcze zostawiłam. 

W kategorii eyelinerów szaleństw brak: najlepszy w kosmosie Clinique Pretty Easy; dobry (ale nie lepszy) Fenty Beauty Flyliner; kupiony kilka miesięcy temu Eveline Precise Brush Liner (jeszcze nie mam zdania) i Wibo, który miał być dla mamy, ale okazało się, że jest uczulona, więc zostawiłam sobie do nauki kresek grubszym pędzelkiem.

Poza tym to, co widać: gąbki duże (lubię mieć kilka sztuk, bo nie zawsze jestem pilna w myciu, a ufajdanej nie tknę) – wśród nich wciąż bezkonkurencyjne pozostają Beauty Blendery; gąbki małe, których w ogóle nie polecam, bo i tak korektor wklepuję cienkim końcem tej dużej; sztuczne rzęsy, których nigdy nie noszę, ale zawsze może być ten pierwszy raz, więc czekają; najlepsza zalotka świata Shu Uemura (mam od pół roku, na razie użyłam dwa razy, faktycznie doskonała jakość – dobrze, że nie ma daty ważności); spray Sephory do szybkiej dezynfekcji pędzli; temperówki; pęsety; nasączone patyczki do poprawek z Sephory i względna nowość: słynny Fixer MAC. Na razie w fazie testów. 

Ufff. Nie mam uwag do tej szuflady. Wiem, że nic się tam nie zmarnuje, wszystko jest w użyciu. Głowa spokojna. Przejdźmy dalej. 


Kiedyś mieszkały tu tylko róże. Dziś połączyłam dwie szuflady w jedną i nagle okazało się, że po gruntownych porządkach zmieściły się też bronzery i rozświetlacze. No łał.

Wśród różów zostały wszystkie Benefity – uwielbiam ich odcienie i średnią, bezpieczną pigmentację, mimo że po kilku godzinach znikają mi z policzków. Dwaj letni ulubieńcy, czyli Sugarbomb i Coralista, czekają na podmiankę na świeższe sztuki (obydwa są z 2013 roku). W cudownej, limitowanej palecie Blush Bar znajdują się też: subtelny, blady Dandelion, pięknie rozświetlający Rockateur (uwielbiam, szczególnie zimą) i dwa nieznane mi wcześniej – Gold Rush i Galifornia, które wezmę w obroty bliżej lata. W palecie jest też bronzer Hoola, ale nie jestem jego wielką fanką. Brakuje mi w tym zestawie tylko Hervany, którą wyrzuciłam, bo była bardzo stara i w sumie w większości zużyta. Z MAC-a, po bolesnym cięciu nieudanych odcieni, ostały się dwa pewniaki: cudownie rozświetlający Dainty z serii Mineralize Blush i matowy Rosy Outlook z serii Pro Longwear. Zostawiłam też ukochany, blady, satynowo rozświetlający róż Max Factor Creme Puff Blush w odcieniu 10 Nude Mauve i miniaturę NARS-owego klasyka czyli Orgasm, który zupełnie mnie nie zachwyca, ale nie jest stary, mieni się na złoto, więc nie miałam powodu, żeby go wyrzucać :). Aha, jest jeszcze Kendra z Nabli, ale ciągle o niej zapominałam w tym nadmiarze i dopiero po porządkach zaistniała w moim makijażu – to kolejny delikatny, dziewczęcy róż, który bardzo mi się podoba. Więcej w różowym świecie mi do szczęścia nie trzeba.

Wśród bronzerów lekki chaos i wciąż nadmiar. Pozbyłam się naprawdę wielu, w tym kilku ulubionych staruszków, wyszedł zestaw nieidealny, ale na ten moment jestem z niego w miarę zadowolona. Po wyrzuceniu przeterminowanych, bezpiecznie napigmentowanych, chłodnych bronzerów Kobo, po które przez wiele miesięcy sięgałam prawie non-stop, blada zimowa ja ma wciąż dostęp do udanych, niekrzywdzących, łatwych w obsłudze odcieni. Jeden z nich to bronzer Kontur z Glam-Shopu, który leżał zapomniany, a teraz regularnie po niego sięgam. Poza tym dla pozimowych bladych cer doskonały do dziennego konturowania jest też Gotham z Nabli (u mnie w magnetycznej palecie w towarzystwie nablowego Cameo, o którym jeszcze nic nie wiem, mimo że mieszka ze mną od wielu miesięcy...) i bronzer Glamour Pressed polskiej marki Affect – nie da się zrobić nim sobie krzywdy, ma bardzo udany odcień. Piękna jest paleta do konturowania Smashbox, ale tutaj mamy do czynienia z dużo większą pigmentacją, więc sięgam po nią tylko wtedy, kiedy mam czas i ochotę na dopracowany, dobrze roztarty make-up. Czyli niezbyt często.

Essence Sun Club w wersji dla blondynek to jedyny puder brązujący, który zostawiłam do ewentualnego ocieplania całej twarzy. Praktycznie nigdy tego nie robię, bronzery służą mi tylko do konturowania, ale zanim pozbędę się Essence, chcę dać temu omiataniu jeszcze jedną szansę. Dwa kilkulatki z MySecret zostawiam do ostatecznych testów – Face Matt Powder kiedyś uwielbiałam, a teraz wydaje mi się dziwnie chłodny i brudny. Miniatura Too Faced Chocolate Soleil zostaje do lata i jesienią będę wiedziała, czy się żegnamy, czy jest nam fajnie. Dostałam ją w odcieniu Medium/Deep i pamiętam, że to działało na mojej twarzy, dlatego musimy znowu się spotkać (będzie miło, on tak bosko pachnie czekoladą!!!). Bronzer Makeup Revolution Ultra Matte kupiłam kilka miesięcy temu z polecenia Maxineczki, ale na razie użyłam ze dwa razy i już nawet nie pamiętam, co z tego wyszło. Ogólnie nie przepadam za tą marką, ale jeszcze posprawdzam. Moim obecnym trofeum jest Marc Jacobs O!Mega Bronze ze słynnej, kokosowej serii. To była miłość od pierwszego wejrzenia, ale przez nadmiar nie zdecydowałam się na zakup, potem szybko stał się trwale niedostępny, kwiczałam ze smutku, aż nagle dorwałam go kilkanaście tygodni temu w Sephorze online i... za chwilę znowu stał się niedostępny. Nie wiem, o co chodzi, ale uwielbiam go jako przedmiot. Jest perfekcyjny. Czekam na pierwsze muśnięcie słońcem, bo teraz trochę za bardzo go na mnie widać. Spodziewam się wielkiego wow i nie przewiduję innego scenariusza! Poprzednim razem takiego świra miałam na punkcie limitowanego bronzera z Sephory (historię pogoni za nim opisałam tu: klik). Ukrywa się pod cudownym Markiem J. i na razie nie umiem się z nim rozstać, mimo że już może powinnam, bo pochodzi z 2014 roku. Wygląda jak zwykle, ma perfekcyjny dla mnie odcień. Może kiedyś go wywalę, ale jeszcze nie teraz.

Wśród rozświetlaczy przełomów brak: został prosty ideał, czyli Mary-Lou Manizer z The Balm (u mnie akurat w mało przydatnej palecie z dwiema nieużywanymi siostrami), mocno połyskujący MySecret Face Illuminator Powder, który pokochałam kilka tygodni temu i tak sobie sięgam i sięgam, i sięgam... Oprócz nich fajny, nienachalny P2 Perfect Face i Lovely Gold Highlighter, bo chcę mieć coś w małym formacie. Jakby co. Jest jeszcze kółko Smashboxa – to taki piękny, lekko opalający rozświetlacz, idealny na całą twarz, na szczyty kości jarzmowych w środku lata, na obojczyki... Wciąż w moim serduszku jest miejsce na perfekcyjny rozświetlacz, ale jeszcze nie teraz! Poczekam, aż trafi mnie strzała makeupowego amorka, jak to było w przypadku Marca Jacobsa :). Fajnie się tak zakochać... przez regularne odmawianie sobie makijażowych zakupów już prawie zapomniałam, jak to jest.


Przez dział cieni przeszło prawdziwe tornado. Do teraz nie mogę uwierzyć, że to wszystko wywaliłam, ale nie było wyjścia – zapalenie skóry powiek (prawdopodobnie wywołane pocieraniem oczu po uprzednim głaskaniu kociego futerka, ale to się zbiegło w czasie z testami starych, dobrze wyglądających palet, więc pewności nie mam) popchnęło mnie do wywalania bez żalu tego, co leżało długo lub bardzo długo. Lub nie działało, jak należy. Po wielkich czystkach zostały ze mną palety: Tarte, Tartelette In Bloom (miłość, chmurki, serduszka, a poza tym recenzja); Urban Decay, Naked Basics 1 (wolałam chłodną dwójkę, ale jedynka i tak reprezentuje wysoki poziom – stara i zużyta 2 poleciała do śmieci); Maybelline, The Blushed Nudes (słaba pigmentacja, ale rano w pośpiechu okazało się to zaletą, więc wracam regularnie, jak chcę mieć COŚ TAM na oczach; w recenzji narzekałam: klik); edytowalna paleta cieni Buxom, w której mieszkają dwa cienie doskonałej jakości /recenzja/; bambusowa paleta magnetyczna Inglot – zawiera pojedyncze rzeczy i, o, kolejny bronzer! Czerwona paleta Kobo Fabulous by Daniel Sobieśniewski to najnowszy nabytek, chyba potrzebowałam jakichś nowych cieni, nowych w sensie daty produkcji, a to limitowana edycja, więc miałam pewność, że nie kupuję przeleżałego starocia (i oczywiście kupiłam w fajnej promocji!). Ma jeden cudowny duochrom, ogólnie jest dobrze skomponowana, jakość cieni też na plus – maty ładnie się rozcierają, prawie nie ma osypu.

Wśród dużych, wieloodcieniowych palet ostała się jedynka Lorac PRO, którą przywiozłam z NY /recenzja/. Cienie są morderczo napigmentowane, pięknie się rozcierają. Nie używam jej na co dzień, bo jednak trochę trzeba popracować z tym pigmentem, żeby nie wyjść z domu z ciemnymi, brzydkimi plamami na powiekach i muśniętymi tuszem rzęsami (przypominam: nie używam sztucznych, więc ciemne, intensywne makijaże nie dla mnie). Poza tym w szufladzie leży interesujący zbiorek theBalm, In theBalm Of Your Hand vol. 1, który pokazywałam tu: klik; paleta magnetyczna z cieniami Hani Knopińskiej, czyli GlamShadows i duża, piękna, multifunkcyjna paleta Smashbox #Shapematters w bezpiecznych nude'owych kolorach, z produktami do konturowania i do brwi. Dopiero zaczynam się nią zachwycać, mimo że dostałam ją już dawno temu. Magia przeładowanych szuflad.  Inglot widoczny na zdjęciu jest już opróżniony.

Pozbyłam się prawie wszystkich pojedynczych cieni, bo uświadomiłam sobie, że nie kupowałam ich od lat. Zostawiłam tylko jedną piękną zieleń z KIKO, matowego cielaka Catrice, bezpieczny, połyskujący Wet'n'Wild i kilka cieni mineralnych, po które nigdy nie chciało mi się sięgać, bo sypkie, ale może wreszcie się przekonam?

O szminkach wciąż nie chcę rozmawiać :D. Jest ich dużo, ale zmieściły się w jednym pojemniku, a wcześniej potrzebowałam na nie oddzielnej szuflady. Zostały same twarzowe kolory i udane formuły. Powoli będą odpadać z powodu wieku, aż dojdę do momentu, w którym będę zadowolona z mojego zestawu.

I nawet woda termalna w ogromnej butelce nie stoi już na widoku i mnie nie wkurza. Tyle wygrać.


Z tej szuflady prawie niczego nie wywaliłam, bo panuję nad tym, co tu mieszka. Wśród korektorów ulubieńcy: Maybelline Instant Anti-Age Eraser, odcienie Light i Neutralizer /recenzja/, MAC z serii Mineralize w odcieniu NC15 i Misslyn Concealer w odcieniu 14 (poszukałabym innego koloru,  bo ten trochę ponury, ale właściwości świetne! Dobre, ale nieidealne dla mojej lekko już pomarszczonej skóry pod oczami: NARS Radiant Creamy Concealer (odcień Vanilla) – wymaga bardzo dobrego nawilżenia; Smashbox Studio Skin 24 Hour Waterproof Concealer w odcieniu Fair/Light – potrafi zebrać się w zmarszczkach, a czasami wygląda fenomenalnie przez dzień cały. Dla mnie wciąż zagadka. Catrice Liquid Camouflage zostawiłam do zakrywania pojedynczych wyprysków i zaczerwienień, które czasem mi się przytrafiają, Nablę wciąż testuję, ale na razie nie jestem zadowolona z rezultatów – wygląda zdecydowanie za ciężko i zachowuje się podobnie do Tarte Shape Tape, którego nie polubiłam, więc jeśli szukacie tańszego zamiennika, to bierzcie w ciemno. Żółty L.A. Girl kupiłam, bo zdziwił mnie jego kolor u Basi, ale jeszcze nie używałam do neutralizowania tego, co mam pod oczami (widocznie nie ma tam nic strasznego ;)).

Uwielbiam testować podkłady, dlatego w tej kategorii na bogato! Jest tu wiele dobrych formuł, do których mam drobne uwagi. Efekt: żaden nie dorównał ukochanemu Estée Lauder Double Wear Light, który właśnie poddano niszczącej reformulacji, ale praktycznie każdego używam z mniejszą lub większą przyjemnością i spokojnie je sobie powykańczam. Sporo tego, ale plus jest taki, że wiele z tych buteleczek ma spore zużycie i jak się pokończą, to pewnie hurtem. Pomyślałam, że lepiej będzie, jak pokażę je w oddzielnym wpisie, omówię i zeswatchuję. Nie ma sensu się teraz produkować, bo i tak powstała dziś książka na temat mojej i tak wciąż za dużej kolekcji ;).

W kategorii pudrów mam dwa wielkie odkrycia: szaleńczo wygładzający, nieprawdopodobnie matujący sypki Innisfree No-Sebum Mineral Powder /recenzja/ i bosko wyglądający na skórze klasyk, który kupiłam niedawno i zastanawiam się, jak mogłam bez niego żyć: Laura Mercier Translucent Loose Setting Powder. Ten drugi matuje słabo, bo nie do tego został stworzony, ale dzięki temu duetowi mam wybór! W kategorii dużo wygodniejszych, prasowanych pudrów wciąż numerem jeden pozostaje MAC Blot Powder w (jasnym!) odcieniu Medium /recenzja/, ale mam nadzieję, że odkryję coś lepszego, dlatego szukam. Poza tym w kolekcji trochę rozświetlenia: lodowate, śnieżne kuleczki z limitowanki Catrice – kompletnie niewygodne, ale bardzo ładne jako zamiennik niedostępnych od lat białych Meteorytów Guerlain; Meteoryty Guerlain w wersji sypkiej, Travel – bardzo wygodne, polecam!; prasowany puder Artdeco z limitowanej kolekcji Claudii Schiffer – jak zwykle szkoda, że limitowany; rozświetlający puder Kat von D Lock-It Setting Powder /recenzja/ – dobry, ale opakowanie doprowadza mnie do rozpaczy, więc rzadko sięgam po. O reszcie na razie niewiele powiem, bo leżały i czekały na lepsze czasy w moim kosmetycznym nadmiarze. Jedynie olbrzymia puszka La Prairie bardzo mnie rozczarowała, co boli tym bardziej że zapłaciłam za ten puder fortunę. Kosmetyk znalazł się na zdjęciach, ale ostatnio przełożyłam go do pudełka o nazwie „idźcie w cholerę, dręczyć kogoś innego” i tak jest o wiele lepiej ;).

Poza tym w szufladzie mieszkają dwa primery: mój ulubiony Hourglass Veil Mineral /recenzja/ i Marc Jacobs z serii kokosowej, który robi za krem pod makijaż – jako baza niewiele potrafi zdziałać, ale nawilża i niesamowicie przyjemnie się jej używa; baza pod cienie Smashbox, rozjaśniacz podkładów NYX i sporo różnych próbek do twarzy. Tu chaosu brak.


Na koniec temat, który kompletnie mnie nie interesuje. Paznokcie. Lakiery. Zostało mało i tak ma być już zawsze. Hybrydy to z kilku względów nie mój świat, chociaż zazdroszczę każdemu, kto ma taki idealny, wytrzymały manikiur na dłoniach. Ja zadowalam się tradycyjnymi emaliami, nałożonymi nieprecyzyjnie, mimo tylu lat praktyki ;). Nawet mi się nie chce o nich gadać... Powiem więc tylko że: jako bazę polecam odżywkę Sally Hansen Nail Rehab; lakiery Orly są niezniszczalne (po pięciu latach wciąż w tej samej formie, zostawiłam jeszcze jedną piękną sztukę Smolder); nie mam pojęcia, jakie lakiery niehybrydowe są teraz najbardziej trwałe, więc chętnie przyjmę rekomendacje.

W ten sposób dobrnęliśmy wspólnie do szczęśliwego końca. Zdaję sobie sprawę, że miejscami to wciąż mocno rozbudowana kolekcja, ale wiem, że teraz już nad tym panuję i z przyjemnością sięgam po same sprawdzone produkty. Zostało kilkanaście sztuk do przetestowania i oceny, co z nimi dalej, wiele z widocznych na zdjęciach kosmetyków niedługo się skończy, więc w szufladach będzie jeszcze przewiewniej. I to, co najważniejsze: z pewnością nie mam powodu, żeby pobiec na zakupy. Przyjrzałam się każdej sztuce, przemyślałam jej obecność w zbiorach i wiem, że zdecydowanie mam wszystko, czego mi potrzeba :).

Jak widzicie, w moim wielkim projekcie nigdy nie chodziło o minimalizm, tylko o wykopanie z szuflad tego, co zalegało tam latami, a ja nie umiałam się rozstać. Myślę, że za kilka miesięcy kolekcja na tyle się ustabilizuje, że z przyjemnością będę sięgać po każdą rzecz. Jedno jest pewne: nieprędko wybiorę się na zakupy, więc nie liczcie na wpisy z makijażowymi nowościami :). Zresztą, tak się składa, że moja pisarska energia ostatnio popłynęła do zupełnie nowego blogowego dzieciątka, które już niebawem z przyjemnością Wam przedstawię :). Temat raczej niszowy, ale jeśli choć kilka z Was postanowi mi towarzyszyć w tym nowym miejscu w sieci, będę bardzo szczęśliwą blogerką nie-beauty!

Trzymajcie się i wszystkiego dobrego w nowym tygodniu. Niech wiosenna energia będzie z Wami! 

44 komentarze:

  1. Kurcze i tak sporo tego towaru. Popłakałbyś się widząc moje zbiory :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ale popłakałabym się z powodu nadmiaru czy niedoboru? :D

      Usuń
  2. Hmm...że ja też nie wpadłam na wykorzystanie Lovely Pump Up do dolnych rzęs! bo wciąż szukam ideału od kiedy MF Clump Defy zaczął mnie zawodzić.

    Eyebrow Set z Catrice także lubię, aczkolwiek już praktycznie nie sięgam po cienie. Od kiedy poznałam kredkę Hourglass, to ona jest moim numerem 1 aczkolwiek nie przeszkadza mi to w kupowaniu czegoś nowego od czasu do czasu. I przebija ją jedynie kredka D&G, boska była <3 Minus, słaba wydajność i dostęp.

    Mam słabość do brązerów, nawet chyba większą niż do różów (obecnie!) i zastanawiam się, czy kupić kokosowego Marc'a - ale to tylko dlatego, że od kiedy wróciłam do Ziemi Egipskiej Bikor używam jej namiętnie. Chyba tylko Kevyn Aucoin może jej teraz zagrozić ;)))

    Najważniejsze, żebyś to Ty była zadowolona a zasoby, które posiadasz generowały satysfakcję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze się sprawdza Lovely do dolnych, chociaż od kiedy znalazłam mój tuszowy ideał, czyli Tarte Lights, Camera, Lashes, to i górę, i dół ogarniam jedną maskarą i nie boję się, że coś się upaćka zanadto :).

      Po cienie do brwi też sięgam rzadko, najczęściej jednak kredka – szybko, łatwo, precyzyjnie. Jak sobie teraz przypominam np. szał na Aqua Brow z MUFE, to nie mogę uwierzyć, że komuś się chciało tak bawić i że robił to regularnie ;). Chętnie obczaję Hourglassa, akurat przy brwiach chętnie eksperymentuję z nowościami, bo szybko mi schodzą te produkty i dla różnych odcieni mam różne zastosowanie.

      Ciekawa jestem, czy bronzer MJ by Ci się spodobał. Mam przeczucie, że to całkiem możliwe! A Ziemi Egipskiej nie miałam w rękach od lat, ale wydaje mi się, że dziś byłaby dla mnie klasyczną ciepłą cegłą z końca lat 90. W porównaniu z nią Marc pewnie wypada chłodno ;). Też kocham grzebać się w bronzerach i widzę potencjał do przyszłych zakupów, bo w tych zbiorach, które pokazałam, jeden już poszedł do odstrzału (MySecret - jednak ogólnie trochę za ciepły i za mocno napigmentowany – wiem, że nie będę sięgać), a drugi chłodny MySecret poleci, bo już widzę, że współcześnie szukam nieco innego efektu. Na mojej liście bronzerów do wypróbowania są aktualnie dwa: Kevin Aucoin (The Sculpting Powder) i duo Charlotte Tilbury. Klasyki, których nigdy nawet nie macałam...

      Usuń
  3. Całkiem zacny zbiór! Muszę zrobić porządek u siebie, chociaż przy Twojej kolekcji to garstka :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Sprzątaj i rób miejsce na nowe skarby lub... ciesz się swoimi pewniakami i olej to, co zalega w szufladach :)

      Usuń
  4. z całego posta czuć zadowolenie ze staniu posiadania, a o to chodziło :D

    zaraziłaś mnie miłością do gimme brow - najlepszy tusz do brwi, z jakim miałam do czynienia! :*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, jakże mi lekko! I teraz sobie spokojnie testuję te kosmetyki, których dawno nie używałam lub nie jestem pewna, czy mają zostać i bez stresu odkładam jeszcze pojedyncze sztuki do przekazania dalej :).

      Cieszę się, że Gimme Brow też Ci się spodobało! Chętnie zamieniłabym go na coś tańszego, ale z drugiej strony zamiast wydawać kasę na eksperymenty, może lepiej trzymać się swojego ideału (póki nie wycofali ;))

      Usuń
  5. Czekałam na ten post! Ale obawiam się, że Coralisty i Sugarbomb już nie podmienisz, bo zostały wycofane, co złamało mi serce😢Hervana również. A nowe Galifornia i Gold Rush mimo, że całkiem przyjemne, to nie dorównują moim zdaniem poprzednikom😢

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O nie, o rety, o nie!
      Przeszukałam Sephorę online i znalazłam Coralistę w jednej nowej palecie różów, więc może jeszcze nie wszystko stracone, ale Sugarbomb faktycznie nigdzie nie ma :(. I Hervany... jak oni mogli!! Gold Rush już sobie używam i rzeczywiście to bardzo ładny róż, ale masz rację – inna bajka.

      Usuń
  6. No faktycznie nadal nasz w czym wybierać:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Spokojnie, spokojnie, kiedyś dojdę do idealnego zestawu :D

      Usuń
  7. Przypomniało mi się jak kiedyś poszłam do maca z misją kupienia rozswietlacza soft gentle ale wydal mi sie za ogromny i za ciemny jak na moja blada twarz. Pani mi wtedy roradzala ta zimna wersje ale tez nie bylam przekonana wiec generalnie wyszlam z niczym. Ja muszę zrobic przeglad przede wszystkich w tuszach do rzes. Moim problemem jest to, że kosmetyki mam a to tu a to tam i o czesci zapominam jesli chodzi o kolorowke bo pielegnacje na biezaco wydaje kiedy mnie przytłacza.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, ja też już od dawna nie mam kłopotu z zapasami pielęgnacji. Dokładnie wiem, co chcę zużyć, przestałam głupio kupować już kilka lat temu i nawet czasem czegoś mi zabraknie, tak bardzo jestem nieszalona :). Co do MAC-a, to wciąż jestem ciekawa tego chłodnego Lightscapade, o którym wspomniałaś, ale nie aż tak, żeby od razu lecieć po niego w podskokach.

      Usuń
  8. super ład :) ja mam jaki taki, ale zmierzam ku większemu :) do minimalizmu i mi daleko :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie o to chodzi, żeby robić coś wbrew sobie, bo taka teraz moda. Jestem za zdrowym rozsądkiem (przynajmniej w tej dziedzinie ;))

      Usuń
  9. Pięknie, a na żywo robi niesamowite wrażenie! Polecam odwiedziny u Agaty!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pięknie to będzie, jak jeszcze trochę powywalam i... trochę pokupuję :D :D :D :D :D :D :D

      Usuń
  10. Dużo tego :) Mi by się nie chciało wszystkiego fotografować, bo nawet nie wiem czy bym wszystko znalazła. Po wszystkich szafach mam to pochowane xD

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi się nie chciało wszystkiego fotografować, dlatego zrobiłam tylko fotki szuflad ;)

      Usuń
  11. Wybór masz świetny:). Ja mam chęć na nową paletkę różów marki Benefit:).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie dziwię się, że masz ochotę, bo bardzo fajne zestawy teraz wypuścili – zdecydowanie jest w czym wybierać!

      Usuń
  12. Dzięki za pokazanie swojego makijażowego świata! Hehe czuję się jak na babskiej pogadance przy czym ja tylko słuchalam i oglądałam ;) Dużą większość znam i lubie. Czekam na nowy projekt! Ale liczę, że tutaj dalej coś skrobniesz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ależ proszę uprzejmie, z przyjemnością zaprosiłam Cię na grzebanie w szufladach :D.

      Usuń
  13. Gratulacje! Inna sprawa, że ja w swoich "najlepszych" czasach miałam mniej niż Ty teraz, ale każda z nas miała przecież własny pomysł na swoje zbiory :) Jak sama wspomniałaś, masz teraz tylko to, co ma jakiś sens, a tym samym rację bytu. I o to chodzi, więc raz jeszcze gratuluję :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Okej, umówmy się, że mój „pomysł na zbiory” był... brakiem pomysłu ;). Stąd ten głupkowaty nadmiar, z którym już się (prawie) uporałam :D

      Usuń
  14. Ej no nie jest źle..
    Skromnie nie jest to fakt, ale zawalona kosmetykami też nie jesteś ( już? ).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No teraz już nie jestem i o to chodziło! :) A było grubo.

      Usuń
  15. Fajnie, wszystko w jednym miejscu :D Też muszę powywalać trochę palet cieni, ale brak mi motywacji, bo i bez wywalenia ich mam wolne miejsce w toaletce :D Może w kwietniu się za nie wezmę ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Jak to jest wszystko pięknie poukładane!!! Ja robię bardzo powoli porządki w kolorówce i zazwyczaj decyduję się na wyrzucenie 1-2 rzeczy naraz... Ale korektorów to masz niezłą kolekcję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Właściwie zawsze było tak poukładane, tylko wcześniej rozłożone na więcej szuflad i poupychane butem, żeby wszystko się zmieściło ;). Też tak wyrzucałam jak Ty i przez lata nic mi to nie dało, dlatego musiałam wreszcie dojrzeć i zrobić zdecydowane cięcie. A korektorów wydaje mi się, że jest mało hahaha.

      Usuń
  17. Też mam fioła na punkcie podkładów (i palet). Na razie mam bana na zakupy, chyba że coś się skończy (mało prawdopodobne) albo z kategorii, z której jest nie więcej niż 2 sztuki, góra 4,otwarte :)

    OdpowiedzUsuń
  18. Nadal drogeria ;D.
    Ja ostatnio przymierzam się do ponownego zakupu pomady do brwi z ABH, ale tym razem chcę coś jaśniejszego niż Auburn. Ciemne brwi przestały mi się podobać;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, no teraz drogeria, wcześniej była hurtownia :D.
      A co do brwi, to chyba trochę się moda zmienia i coraz mniej ciemnych widuję, więc idziesz z trendem! ;)

      Usuń
  19. O kurczę! Sporo tego!

    W porównaniu z Tobą jestem bardziej minimalistką (bardziej niż Ty, bo tak generalnie z modą na minimalizm, itp. mi kompletnie nie po drodze). :-)))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Olać minimalizm, niech żyje tylko zdrowy rozsądek ;).

      Usuń
  20. No sporo tego :)Ja nie mam duzo kolorówki i dobrze mi z tym :) I tak zamierzam parę kosmetyków kolorowych oddać dalej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. I najważniejsze, żeby było nam dobrze z tym, co mamy :)

      Usuń
  21. Kurczę, u mnie ten korektor LA nie sprawdził się do neutralizacji jako takiej - tzn. pod oczami wygląda brzydko u mnie ;( Lubię go wyłącznie do mieszania z podkładami w celu przyżółcenia ;)
    Cieszę się, że udało Ci się zapanować nad sytuacją! Może kiedyś i ja zapanuję :D

    OdpowiedzUsuń
  22. Oj pokaźna kolekcja! Ja muszę w końcu zabrać się za pokazanie mojej... Ale to będzie tak długi post, że aż mi się odechciewa :P

    OdpowiedzUsuń
  23. Muszę u siebie zrobić taki porządek. Aż tylu kosmetyków nie mam ale wkurzają mnie tak zwane wystawki :D

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger