18.03.2019

Porządki w kolorówce: ostateczne starcie!

Tak, tak. Płakałam jak wyrzucałam, ale wyrzucić trzeba było, bo w ostatnich latach próbowałam metody zużywawczo-rozdawniczej i nie zadziałała. Rozdałam niewiele, bo większość tego, co widzicie na dzisiejszych fotkach, to zakupowe szaleństwa sprzed kilku lat. A ja nie oddaję starych kosmetyków, najwyżej te w kwiecie wieku. Ze zużywaniem wiecie, jak jest. Takie porządki to walka ze sobą, ale polecam każdemu, bo efekty są zdumiewające.


Stan pierwotny: 6-szufladowy MALM, o taki: klik, prawie w całości wypełniony kosmetykami. Początkowa euforia, że ojejciuś, ile ja mam tego, jak me oczy się radują, z miesiąca na miesiąc malała i coraz bardziej ciążył mi ten słodki, kolorowy nadmiar. Od mniej więcej trzech lat moje zakupy makijażowe były skromne lub żadne, bo przecież tyyyyyyle tego. Od mniej więcej trzech lat próbowałam poradzić sobie z tym, co sama sobie zgotowałam. No właśnie: poradzić – czy tak to powinno wyglądać? W efekcie większość tych dóbr doczesnych dziś jest już stara, a ja postanowiłam, że kończę z tą męczarnią i teraz to już będę mądra w swych zakupowych wyborach,  a jakże, ale muszę sobie jakoś pomóc. Na przykład świeżym startem w asyście śmietnika. Bo właściwie co innego mogę zrobić z artefaktami sprzed lat?

Założenie było takie, żeby pozbyć się wszystkiego, co stare, średnie, niepasujące. Nigdy nie dążyłam do minimalizmu, bo cieszą mnie zarówno zakupy, jak i różnorodność, ale chodzi o to, żeby wybierać z kilku, a nie miliona. Wciąż nie jest idealnie, ale jestem na dobrej drodze, a ulga po porządkach ogromna!


Na pierwszej rodzinnej fotografii widzimy wybór produktów rozświetlających. Najmłodsza jest rozświetlająca kredka do łuku brwiowego Alverde, bo kupiłam ją ze dwa lata temu. Użyłam może trzy razy – najwyraźniej aż tak mi nie zależy na efekcie uniesienia. I bez tego mam dużo miejsca pod brwiami i mało na schowanych powiekach z nadmiarem skóry. Ale sam produkt jest w porządku, więc jeśli poszukujecie rozświetlenia pod łukiem brwiowym, to może być dobry trop. Wykręcany rozświetlacz w sztyfcie Catrice Made To Stay to już taki staruszek, że aż wstyd się przyznawać. Obstawiam, że kupiłam go w 2014 – do dziś trzyma formę, nie śmierdzi, działa normalnie, ale od dłuższego czasu nawet po niego nie sięgałam, pamiętając sędziwy wiek. Też go wyznaczyłam pod łuk brwiowy, ale był mocno perłowy i niespecjalnie miałam na niego ochotę w makijażu, służącym głównie do kursowania między zmywarką, pralką a laptopem. Miniatura rozświetlacza w sztyfcie Benefit Watt's Up zrobiła dobre wrażenie, ale wolę produkty pudrowe, więc po niego sięgałam tylko po to, żeby nie płakał, a umówmy się, że to słaby powód.

Dużo chętniej i częściej wykorzystywałam produkty pudrowe. Puder brązująco-rozświetlający Essence z limitowanej, jesiennej edycji Hello Autumn to rocznik 2014. Bardzo podobało mi się tłoczenie, lubiłam efekt rozświetlonej, muśniętej słońcem cery, poużywałam niedługo po zakupie, potem sięgałam raz na kilka miesięcy, żeby nie był smutny. Dziś oczywiście żałuję, że nie spotykaliśmy się w makijażu częściej, ale pękająca w szwach szuflada zaorała tę kiełkującą miłość.

Do zakupu rozświetlacza Artdeco Glam Couture Baked Powder Luxury Highlighter namówiła mnie Hexxana (pozdrawiam! :D). Kupiłam jedną z ostatnich sztuk w nieistniejącym już sklepie internetowym iGruszka i byłam zadowolona z pięknego, subtelnego efektu odbicia światła. To by.l świetny rozświetlacz na dzień, sporo go zużyłam, ale potem przerzuciłam się na bardziej widoczne, mocniejsze produkty, a w wersji dziennej stosowałam (i tak jest do dziś) róże z połyskiem. Tego typu subtelnego blasku nigdy potem nie zobaczyłam w żadnym innym rozświetlaczu, dlatego żal się rozstawać, ale ani ja, ani on młodsi już nie będziemy ;).

Rozświetlacz Kobo w odcieniu 310 Moonlight /recenzja/ to metaliczny chłód, którego moja wyraźnie żółtawa karnacja tak naprawdę nie potrzebuje. Sporo czasu zajęło mi zrozumienie, że mimo że chłodny, lodowaty odcień Moonlight bardzo mi się podoba, to niekoniecznie dobrze zgrywa się z resztą mojego makijażu i że zawsze lepiej będę wyglądać w odcieniach szampańskich czy złotawych. Nie cierpię też fatalnej jakości opakowań Kobo (takie same mają ich świetne bronzery). To wszystko sprawia, że nie mam najmniejszej ochoty sięgać po Moonlight.

Największym zaskoczeniem dla mnie samej jest rozstanie z MAC-owym rozświetlaczem z serii Mineralize Skinfinish w odcieniu Soft & Gentle. Mój pochodzi z 2013 roku (kupiłam go na pewno dużo później, no ale) i po tych wszystkich pięknych taflach, które latami gościły na mojej twarzy, ten drobinkowy klasyk zupełnie mi nie odpowiada. Różowo-złoty odcień się zgadza, pigmentacja też, ale widoczne drobinki na dosyć ciemnej bazie sprawiają, że tylko latem ma u mnie sens, a i tak, mając wybór w szufladzie, sięgnę po inny produkt. PS Nie zamierzałam go kupować. Przyszłam do salonu MAC po słynny, chłodny Lightscapade, a wyszłam z tym, bo wizażystka mnie przekonała. To tak w a propos zakupowych mądrości.


A tutaj trochę różnego typu pudrów i dwa korektory. W korektorach panuje u mnie względny porządek, dlatego pozbywam się tylko słynnego Catrice Camouflage Cream w odcieniu 010 Ivory (lubię, ale na szczęście rzadko miewam wypryski, więc nigdy nie uda mi się zużyć go w całości, nim podeschnie i zmarnieje, a ten właśnie zmarniał) i legendarnego Tarte Shape Tape Concealer /recenzja/, który kupiłam dwa lata temu w Nowym Jorku, ma PAO 6 miesięcy i zniszczył mi najważniejszy makijaż 2018 roku.

Wywalam dwa białe pudry matujące: dużo słabszy od genialnej wersji sypkiej /recenzjaInnisfree No-Sebum Mineral Pact (data ważności właśnie mu minęła, zużyłam pół opakowania i nie byłam zachwycona efektami) i Anti-Shine Powder Kryolanu /recenzja/, bo ma swoje lata, ideałem nie jest, a ja i tak już raczej unikam tak ciężkich, widocznych na skórze matowych formuł. Kryolan daje płaski, nienaturalny mat. Mam wrażenie, że skóra 35-latki potrzebuje już czegoś innego...

Puder typu terracotta Flormar nawet nie bardzo wiem, do czego służy. Jest brązujący, trochę różowy, daje delikatne rozświetlenie. Nie lubiłam go na całej twarzy, nie zachwycał w roli różo-bronzera na kościach policzkowych. Nie miałam dla niego zastosowania, prawdopodobnie jest dla mnie za ciemny, więc przeleżał swoje, przeterminował się i może odejść. Uwielbiałam za to sięgać po klasyczne kulki Guerlain Meteorites – myślę, że zużyłam 2/3 opakowania. Kupiłam najjaśniejszą, chłodną wersję kolorystyczną, bo ta kompozycja kulek najbardziej mi się podobała (och, jakie to mądre, prawda?) i od początku zachwycał mnie ich zapach. Z pewnością lepiej sprawdziłyby się odcień ciemniejsze i wyraźnie cieplejsze, ale co tam. Jeśli chodzi o działanie, to niestety tych kilka lat temu nie potrafiłam dostrzec ich wspaniałości, którą dziewczyny opisywały jako efekt blur, fotoszopowania i tak dalej. Sięgałam po nie głównie dla przyjemności używania. Dziś to rozumiem, widzę efekt, więc może jeszcze się kiedyś spotkam ze świeżym, chętnym na wspólne psoty opakowaniem. To moje zostało wyprodukowane w 2013 roku.

Pudru rozświetlająco-brązującego z Yves Rocher używałam ostatnio, żeby sprawdzić, czy wart jest funta kłaków, ale jednak nie. Przyciemnia mi skórę, nie rozświetla prawie wcale i nie ma w sobie niczego godnego uwagi. Wyrzucam bez żalu. Długo walczyłam z niedostępnym już pudrem z Sephory MicroSmooth, bo jak na wypiekany kompakt, dawał całkiem ładny, naturalny efekt, z drugiej strony w ogóle nie trzymał matu i czasem kiepsko zgrywał się z podkładem. Zużyłam połowę i już mi starczy tego denkowania przeciętniaków. MicroSmooth swego czasu mocno polecała Hania Knopińska, ale ona ma suchą skórę, więc w temacie podkładów i pudrów w ogóle nie powinnam jej słuchać.


Większości bronzerów autentycznie mi żal, ale zadecydowały przede wszystkim daty produkcji. Jak widać po zużyciu, bronzery Kobo lubiłam bardzo, ale data ważności wymyślona przez producenta, upłynęła ponad rok temu, a ja dalej je kładłam na twarz, bo tak nam było fajnie razem w codziennym makijażu. W sumie mają niespecjalnie imponującą trwałość na mojej skórze, ale odcienie Nubian Desert i Sahara Sand są super – o poranku, byle jak, dowolnym pędzlem przy dowolnym świetle byłam w stanie wykonturować twarz bez strachu, że zostanie gdzieś plama, że odcień nie taki, że nałożyłam za dużo. Ich średnia pigmentacja jest bardzo bezpieczna – serdecznie polecam bledszym początkującym, zaspanym i spieszącym się.

Podobnie chętnie sięgałam jeszcze kilka miesięcy temu po duo do konturowania Catrice Prime and Fine w odcieniu 010 Ashy Radiance, ale to już staruszek, więc darowałam sobie dążenie do wyskrobania ostatniego okruszka. Chłodny, bezpieczny odcień bronzera bardzo mi się podobał, rzadziej sięgałam po chłodny i mało widoczny rozświetlacz.

Ciepły bronzer z palemką rozświetlającą Essence Beach Cruisers (limitka z wiosny 2014) pozostał niepokochany i nieużywany, podobnie jak różo-bronzer Benefit Dallas, którego nie rozumiałam. Nie wyglądał u mnie ładnie ani wyżej na policzku w roli różu, ani niżej jako kontur. Data produkcji: 2013. Do torby z hasłem Back2MAC dołączył niegdyś słynny róż Harmony, którego kilka lat temu wszyscy używali jako bronzera i w takiej roli na moich policzkach wciąż prezentuje się świetnie. Niestety, zjechał z taśmy produkcyjnej w... 2011 roku. Dlatego cześć, na razie, papa.

Bronzer Yves Rocher z limitowanej edycji z 2014 roku pojawił się u mnie po wielotygodniowym, obsesyjnym rozmyślaniu_o. Już wtedy miałam sporo pudrów brązujących w kolekcji, więc nie decydowałam się na zakup, ale jak w końcu pojawił się w przecenie, wzięłam bez namysłu. Do dziś nie wiem, skąd mi się to wzięło, bo ani nie miał imponującego tłoczenia, ani nie nakręcały na jego zakup blogerki... Okazał się całkiem niezły, często po niego sięgałam, ale myślę, że już czas się rozstać.

Wielki brązujący dysk z regularnej kolekcji Sephory w najjaśniejszym odcieniu 01 Light ma jasny, nie za ciepły kolor i wszystko z nim w porządku, ale historia była taka, że kupiłam go w przecenie, użyłam dwa razy, a potem zasilił tyły szuflady i przeleżał zapomniany. Tak właśnie wygląda bezmyślność. Rok produkcji: 2012.


Yhhhh. Echhhh... róże. Moje dzieci kochane. Wyobraźcie sobie, ile jeszcze lat musiałabym je trzymać, żeby pozużywać. Na samą myśl robi mi się tak bardzo bez sensu, że od razu przejdę do omawiania uczestników tej wycieczki na śmietnik.

Trzy róże z MAC-a przynajmniej można wymienić na szminkę w akcji Back2MAC (co stanie się nieprędko, ponieważ, gdyż, albowiem mam oczywiście czym smarować usta przez kolejne długie miesiące). Limitowany Seduced At Sea z 2014 nadawał się tylko na lato, bo ma ciemnobrzoskwiniowy odcień. Nie sięgałam po niego wcale. Róż w odcieniu Ripe Peach z limitowanki Isabel & Ruben Toledo (2015) oczywiście zachęcił mnie pięknym opakowaniem i cudownym wnętrzem w stylu ombre. Ten przedmiot jest wspaniałym trofeum w kolekcji, ale tak się składa, że moja kolekcja przestaje istnieć, a sam róż na policzkach prezentował się bardzo pomarańczowo, więc kolorystycznie kompletny niewypał. Ostatni z wywalanych MAC-ów to Warm Soul z serii Mineralize Blush. Miałam wyglądać w nim bosko, przecież tylu bladych ludzi go zachwalało... No ale nie. Za każdym razem, gdy się nim malowałam, patrzyłam w lustro i było: e, nie. Za ciepły, za brązowy, za jakiś nie wiem jaki. Próbowałam wiele razy, ale nie. Pa, różu. Wiedz, że bardzo chciałam się w tobie zakochać.

Róże Astor Pure Color Perfect Blush to moje niedostępne od lat (zaznaczam: OD LAT) ukochańce. Miałam je w trzech połyskujących odcieniach i każdy wyglądał pięknie. Najwspanialszy z nich, Golden Sand /recenzja/, był moim różem idealnym, ale ostatni posiadany egzemplarz (zaznaczam: posiadany OD LAT) roztrzaskałam kilka miesięcy temu o podłogę. Oczywiście niechcący. Nie będę pozostałych kolorów wykańczać na siłę, bo naprawdę są już za stare i strach przed uczuleniem mnie obleciał.

Wypiekańce z Bourjois są niezużywalne. Mam je od bardzo dawna i niespecjalnie widać zużycie, mimo że nigdy nie zostały zapomniane ni olane. Niestety, nie mam żadnej przyjemności z ich używania, są twarde, nie czarują opakowaniem. Coraz rzadziej po nie sięgałam.

Hervana marki Benefit to piękny, subtelny, chłodny matowy róż, który wyskrobałam do prześwitu blaszki, ale pochodzi z 2013, więc już wystarczy. Diora wygrałam kiedyś u Krzykli – oddała go na konkurs, bo kolor jej nie podpasował. Traktowałam go jak trofeum, ale nie używałam, bo mi też nie pasował ani trochę ;). Po róże Essence nie sięgałam w ogóle, Catrice był za chłodny i wyglądał jak mój naturalny naczynkowy rumieniec. Róż w sztyfcie The Body Shop Honey Highlighting Dome w odcieniu 02 – jest piękny – różowy ze złotym shimmerem – ale rzadko po niego sięgałam, bo jednak nie lubię kremowych formuł i instynktownie wybieram pudry. Tego koloru będzie mi żal, ale produkt zmienił zapach, więc nie ma sensu się nawracać. Uroczy kwiatek od Clinique w odcieniu Ginger Pop jest śliczny i naturalny na skórze, regularnie do niego wracałam, ale problem jednej twarzy sprawił, że nawet nie udało mi się zetrzeć wzorka, a rok produkcji zakończył rozkminki: zostawić czy nie zostawić? Podejrzewam, że jego wydajność jest fenomenalna i chętnie kiedyś do niego wrócę, ale pewnie zanim nadarzy się okazja, to go wycofają ;).


Z kolekcją kredek do oczu rozprawiłam się już jakiś czas temu, ale i tak znalazły się dwie staruszki  przeciętniaczki ze sklepu Golden Rose (linia Emily), długotrwała, złota kredka Essence Long Lasting (polecam tę serię!), która ma milion lat i nadal dobrze rysuje (ten milion ją zdyskwalifikował) i z przykrością muszę pozbyć się fenomenalnej jakości kredki Hold The Line Waterproof Eyeliner marki Buxom w odcieniu głębokiego brązu Here's My Number /recenzja/, którą przywiozłam z Nowego Jorku prawie dwa lata temu i na jej podstawie dokonałam epokowego odkrycia, że czas tak szybko leci. Skurczyła się w drewienku i już boję się jej używać. Konieczny będzie zakup drugiej sztuki, bo jeszcze nie spotkałam tak trwałej kredki do oczu, która nie boi się wody i niespecjalnie drży na widok płynu micelarnego.

Karą za zakupowe rozpasanie jest wyrzucenie nieużywanego tuszu do rzęs Clinique Lash Power. Miałam go na wishliście przez kilka lat, potem kupiłam w jakiejś dobrej promocji, wsadziłam do szuflady na później, a kiedy niedawno wyjęłam, okazało się, że jest krytycznie suchy i prawie nie maluje. Drobna, nylonowa szczotka zwiastuje idealnie wyczesane firany, ale mogę to sprawdzić dopiero przy następnej zakupowej okazji. Brawo, fujaro.


Na to zdjęcie powinnam spuścić zasłonę milczenia. Nie będę podliczać, ile wydanej kasy tu leży, bo po tym zostanie mi tylko rytualne wypalenie na tyłku hasła „jesteś idiotką”. Ani kolekcja pomadek MAC-a nie miała sensu, ani dokładanie do tego zestawu kolejnych zakupów. Do kosza lecą odcienie MAC-ów, po które prawie nigdy nie sięgałam, bo były mocno rzucające się w oczy, a ja w takim wydaniu wychodzę z domu średnio dwa razy w roku; odpadające z ust płatami matowe pomadki w płynie Milani, które urzekły mnie kolorami, ale są fatalne do noszenia... Matko, tyle tu mojej głupoty na jednym zdjęciu, że aż mi dech zapiera. W tej gromadzie znalazło się też kilka świetnych produktów, które niestety zjełczały. Życie.


Do rozprawienia się z kolekcją cieni zachęciło mnie alergiczne zapalenie skóry powiek, które prawdopodobnie zostało wywołane pocieraniem oczu po pogłaskaniu świeżo nabytego kota, ale kto wie, może to moje eksperymenty z powrotami do staroci? Istnieje taka szansa, bo starych i bardzo starych cieni jest tu pod dostatkiem. Wszystkie dzielnie zasiliły śmietnik (minus akcja Back2MAC), mimo że wśród nich znaleźli się zarówno moi ulubieńcy (MAC Naked Lunch, piękna zieleń z wycofanej serii L'Oreal Color Infaillible, cudowny metaliczny złoty brąz z IsaDory i tak dalej, i tak dalej...), jak i banda mocno zużytych przeciętniaków, które przecież mogłabym skrobać dalej aż do dna, żeby mieć satysfakcję. Ale nie chcę satysfakcji, tylko zdrową skórę.


Bandę staroci z palety magnetycznej charakteryzuje wybór fioletów, w których jeszcze mi się nie udało ładnie wyglądać. Fiolety i brązy (oprócz tej największej miedzi) pochodzą z MAC-a. Sięgałam  po nie tylko dlatego, że to MAC. Nie lubię ich matowych cieni i nie zamierzam do nich wracać.


Znajomy widok? Ależ te palety Sleek były kiedyś popularne! Tanie, dobrze napigmentowane, w ciekawych zestawieniach kolorystycznych. Au Naturel wymęczyłam ostro, podobnie jak Vintage Romance. Po pozostałe sięgałam od wielkiego dzwonu lub wcale. Wszystkie pachną farbami plakatowymi, co podkreśla słabą jakość składników. Wszystkie są też za stare, ale do dziś mam do nich sentyment. Praktycznie w każdej z nich znalazły się pojedyncze przepiękne cienie, za którymi będę tęsknić. Dodatkowym atutem było duże, porządne lusterko w każdym opakowaniu. W sumie dziwię się, że dzisiaj nikt już o nich nie mówi, bo za 40 zł niełatwo o taką jakość i taki wybór.


Największy ból dupy zostawiłam na koniec. To palety drogie lub bardzo drogie, wszystkie kupione zbyt wiele lat temu. W lewym górnym rogu wymęczona milionem użyć paleta Inglot Freedom System, samodzielnie skomponowana, którą najmocniej podejrzewam o reakcję skórną na powiekach. Cienie miały PAO 18 miesięcy, a kupiłam je w 2015 roku. Ostatnio wróciłam do tej palety, chciałam jeszcze się z nią poprzytulać, mimo że wiedziałam, że nasze dni są policzone, no i gdzieś w międzyczasie pojawiło się wspomniane uczulenie. Może kot, może Inglot, nie zamierzam tego sprawdzać. Ingloty są kredowe, połowa tych cieni jest marnej jakości – naprawdę moje powieki zasługują na coś lepszego. Zostawię sobie pustą paletę magnetyczną. Kto wie, może jeszcze kiedyś się przyda?

Sama zdziwiłam się swoją decyzją o pozbyciu się trzech słynnych Nakedów Urban Decay. Historia podobna: wszystkie zostały kupione zaraz po wejściu UD do Polski, a więc mają swoje lata, a do tego makijaże nimi robione, mimo mnogości odcieni w danym zbiorze, wszystkie wyglądają podobnie. Często sięgałam po 1 i 2, ale z każdym kolejnym razem odkrywałam, że te cienie nie są dla mnie: nie odpowiada mi ich formuła, podobne, źle łączące się ze sobą kolory, dużo tam perły, no nie wiem, coś nie gra. Ale czy słynne Naked mogą być... kiepskie? To przecież nie przystoi. A jednak zachwycić się nimi nie umiałam, mimo wielokrotnych prób.

Inaczej sprawa ma się z Urban Decay Naked Basics 2 (ten chłodny, 6-cieniowy maluszek na górze). Używałam tych cieni miesiącami (ostatni zryw był dwa lata temu ;)), były moimi niezastąpionymi dzienniakami i używałabym ich dalej, gdyby nie fakt, że zaczęły się rozpadać. Formuła jest moim zdaniem dużo lepsza od tej z dużych palet, ale dużymi nie musicie sobie już zawracać głowy, bo niedawno zostały wycofane. W mocno okrojonej kolekcji zostawiłam sobie kupioną w 2017 roku Naked Basics 1, ale już widzę, że z dwójką było mi lepiej.

W prawym górnym rogu widzicie paletę Laury Mercier, którą dostałam w prezencie i widzę, że samodzielnie można dobierać do niej odcienie. Cienie Laury są dobrej jakości (w tej cenie łaski bez),  ale z niewiadomych względów nie sięgałam po nie często (a może i z wiadomych: klęska urodzaju). Gołą paletę zostawię – większa szansa, że z niej jeszcze skorzystam niż w przypadku Inglota.

Jeśli chodzi o TheBalm Meet Matt(e) Nude, to jestem bardzo zadowolona z jakości tych cieni i za każdym razem, gdy po nie sięgałam, wykonany makijaż mi się podobał, ale dziś ta paleta wydaje mi się zbyt chłodna i ponura, cienie mają ogromną gramaturę – zwyczajnie nie chce mi się z nimi męczyć. Spędzamy ze sobą czas od pięciu lat, czas się rozstać Matt...


Wystarczyły dwa lata zakupów w pomroczności i zobaczcie, do dziś nie mogłam się z tego wygrzebać. Ale wreszcie posprzątałam. Było grubo. Jest chudo i wspaniale. Polecam każdemu zagubionemu! Jeśli chcecie zobaczyć bandę ocaleńców, dajcie znać :)

34 komentarze:

  1. O mój boże, jestem w szoku :o Jestem zszokowana zarówno ilością, ale i tym, że to wszystko wyrzuciłaś. Absolutnie cię podziwiam i gratuluję, że byłaś w stanie to ogarnąć :D No i teraz koniecznie musisz pokazać co za perełki zostawiłaś :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak, wiem, też jestem w szoku...
      A wyrzuciłam, bo przecież one już młodsze nie będą. No i ten nadmiar.
      A zostawiłam trochę perełek i trochę nie-perełek, które jednak są wciąż w formie i będą używane :). Nad kilkoma się zastanawiam... okej, pokażę, sama jestem ciekawa, co tam zostało :D

      Usuń
  2. Jak ja kocham takie posty! z całym szacunkiem do tych wspaniałości, które skończyły swój żywot w koszu. Ale właśnie tego mi potrzeba! Czegoś co zmobilizuje do kolejnych porządków!

    OdpowiedzUsuń
  3. Opis przy meteorytach:jakbym o sobie czytała:)
    Ja swoje zostawiłam (z 2014 mam) ale tak z sentymentu.Tak samo pierwszą paletke cieni Dior:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nadal nie uważam, że Meteoryty to jakiś ósmy cud świata, ale przynajmniej już wiem, po co je aplikuję ;)

      Usuń
  4. Dużo tego, sama niedawno wywaliłam UD kupioną jeszcze ....hmmm 9 lat temu gdy mieszkałam w Irlandii, nie malowałam się nią od lat , na pocieszenie ( o ja naiwna) kupiłam Beccę :).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No właśnie, czas leci, a one leżą i leżą... Ale kiedyś człowiek nie miał takich problemów. Miałam paletę ILEŚ lat, nawet nie wiedziałam ile, i dopóki się nie rozpadła i nie pokruszyła, używałam. Do głowy mi nie przyszło, że cienie mogą się przeterminować...

      Usuń
  5. ps. Meteoryty wciąż mam, zakupione również za króla Ćwieczka, nie używam ale..jakoś durny sentyment nie pozwala mi się pozbyć, efektu blur i wow nie widziałam nigdy, a może źle patrzyłam :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Cóż mogę rzec, gratuluję ;) To nie było łatwe, ale dałaś radę ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeszcze nie jest idealnie, ale wszystko na dobrej drodze :)

      Usuń
  7. Nieźle;). Ja też mam dużo kosmetyków, wiadomo;).Najwięcej mam pomadek, ale je kocham i namiętnie używam. Meteorki wyglądają tak pięknie, ze można je mieć dla samego opakowania;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mi jeszcze zostało trochę za dużo pomadek, ale teraz przynajmniej wiem, że po którą bym nie sięgnęła, ma na moich ustach sens – no i nie jest zepsuta :).

      Usuń
  8. Ja ostatnio używam prawie wyłącznie minerałów. Nie są wygodne, bo sporo się pruszy dookoła, ale za to nie muszę się obawiać, że szybko skończy się termin ważności, a jak kolor mi nie pasuje, to mogę wymieszać ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja niestety nie umiem się przekonać do mineralnego makijażu, bo te sypkie formuły są strasznie męczące i upierdliwe. Używam mineralnych podkładów, ale jakbym tam całą twarz miała ogarnąć sypanymi produktami, toby było ciężko! Ale fakt, nie trzeba się martwić datami, chociaż widzę, że niektóre marki zaznaczają np. na swoich cieniach, że są ważne np. 12 miesięcy od otwarcia. Dziwne, prawda?

      Usuń
  9. Rzeczywiście dużo tego, mi by serce pękło przy wyrzucaniu takiej ilości kosmetyków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi trochę popękało, ale głowa za to spokojniejsza :)))

      Usuń
  10. Ale pomyśl, ile rozumu nabrałaś! Niestety cierpię na tę sama pomrocznosc - maluję usta raz w tygodniu, a mam ponad dwadzieścia szminek. Tyle dobrego, że chociaz już nie kupuje nowych...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę nabrałam, obym znowu nigdy nie straciła :D
      Mam podobny problem ze szminkami – co prawda używam ich codziennie rano przy makijażu, ale trwają do pierwszego posiłku, a potem naprawdę rzadko poprawiam :(. A kolekcja jak u wizażysty!

      Usuń
  11. koniecznie pokaż ocaleńców :)

    słusznie zrobiłaś pozbywając się balastu. sama myślę o tym od jakiegoś czasu, ale nie wiem, czy jestem gotowa psychicznie wyrzucić paletki cieni, które dostałam w prezencie od bliskich mi osób i mają dla mnie wartość sentymentalną, no i w ogóle drogie były. ale fakt faktem jest, że cierpię na klęskę urodzaju, twarz mam jedną, a wszystkie te kosmetyki nie robią się coraz młodsze :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pokażę, pokażę, sama jestem ciekawa, co dokładnie zostało hehe.
      Wiesz, te paletki, które dostałaś, już z Tobą pobyły wystarczająco długo! Spędziłaś z nimi dużo czasu, nacieszyłyście się sobą i czas zrobić miejsce na nowe prezenty ;).

      Usuń
  12. Ostatnio właśnie też zrobiłam porządki. Dążę do minimalizmu ;) Jestem na dobrej drodze, choć to jeszcze nie 'TO' ...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No ja to minimalistką raczej nie zostanę, ale trzymam kciuki za Twoje TO!

      Usuń
  13. Uwielbiam Twój styl pisania,poprawiasz humor :) dzięki za inspirację, mam właśnie dylematy pt co zrobić z tym czego nie zużyje i nie mam komu oddać... A wywalanie jest nie-eko... A ja bardzo nie lubię mieć za dużo . Chyba spotkanie ze smietnikiem jako mniejsze zło.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Bardzo, bardzo mi miło! Dzięki :)
      Moja teoria jest taka: jak się wcześniej nabroiło, a teraz chce się iść właściwą drogą, a nie da się odgruzować poprzez oddanie tego, co niepotrzebne, nie ma innej rady: trzeba ten ostatni raz posprzątać efekty tego, co tam się wcześniej nawywijało i od tego momentu żyć w zgodzie ze sobą i rozsądnie robić zakupy :)

      Usuń
  14. Ja co jakiś czas robię porządki i oddaję siostrze, niech się martwi. Choć ostatnio miałam wyrzuty sumienia widząc jej komodę pełną mego rupiecia :)

    Przede mną kolejne porządki. A moje dzieci ukochane to palety i podkłady =)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hahaha, mam podobną sytuację – od kilku lat oddaję mojej koleżance to, co u mnie zalega, a jeszcze się nadaje i wiem, że jeszcze niczego nie wywaliła. I teraz jak wysprzątałam swoje szuflady, zaczęłam się martwić o te jej, bo przecież ma jeszcze starsze kosmetyki ode mnie!

      Usuń
  15. Też musiałabym się zabrać za porządki w swojej kolorówce.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zrób to! Trzymam kciuki za powodzenie operacji :)

      Usuń
  16. Ostatnio widziałam jak dziewczyna na instagramie transferowała pojedyncze cienie roznych palet do jednej paletki, reszte cieni wyrzucila. Tez nieglupi pomysł. Ja kolorówki nie mam aż takich zapasów ale tez przydałoby się przejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest bardzo dobry pomysł, ale bałabym się, że połowę zniszczę po drodze.

      Usuń
  17. No ja nie mam duzo kolorówki a tak zamierzam pare rzeczy oddać:)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger