12.03.2019

W tym szaleństwie nie ma metody, czyli o tym, dlaczego denkowanie palety to zło i jak odzyskałam równowagę

Promocja w Rossmannie. Minus 49%, choć wiemy, że to ściema, bo Rossmann kilka dni przed promocją podnosi ceny po to, by mieć z czego opuszczać. Realny rabat to jakieś 20–30%, a więc ceny zrównują się z internetowymi, ale i tak grzecznie wykupujemy towary zalegające w magazynach i wracamy z siatką tego i owego, bo przecież się OPŁACAŁO. Znacie to? No właśnie, a przecież to dopiero początek Prawdziwych Problemów...



Moje początki zbieractwa kolorówki równają się początkom blogowania. Chciałam mieć wszystko, wszystko przetestować, wiedziałam, że jestem w tyle, bo nie znam całego asortymentu szaf makijażowych i miałam wielką potrzebę nadrabiania. Mój plan był taki: zostanę profesorem kosmetykodrogeriologii, a mój blog będzie skarbnicą wiedzy na ten temat. Przyda mi się każda rzecz, chcę mieć duże zbiory, szeroki obraz, po prostu muszę w tym wszystkim utonąć. Przyznać trzeba, że utonęłam z sukcesem. 

Tonęłam oczywiście w odcinkach: a to przy zakupach w internetowym outlecie typu eZebra, a to przy wspomnianej promocji w Rossmannie, przy rabatach w Sephorze, urodzinach, spotkaniach blogerskich – okazji było mnóstwo! Zachwycała mnie gigantyczna kolekcja szminek Temptalii, blogi pełne nowości, limitowane edycje... aż doszłam do momentu, w którym w sypialni stanął 6-szufladowy MALM, wypełniony po brzegi kosmetykami do upiększania gęby. W podobnym momencie moje zapasy pielęgnacyjne przeprowadziły się z niedużego kartonu do szuflady po mężowskiej stronie szafy. Miało mi to dać szczęście, a stało się dokładnie odwrotnie. Prawdziwy problem pierwszego świata pojawił się w momencie, w którym dotarło do mnie, że nie da się stworzyć kolekcji kosmetyków, bo one najzwyczajniej w świecie się psują. Prosta rzecz, ale jakoś na to nie wpadłam, gdy otwierałam kolejne przesyłki i donosiłam siatki z drogerii.

Od momentu, gdy pojęłam, że dziesiątki szminek, cieni, pudrów, podkładów, lakierów i kredek to idiotyzm i droga donikąd, przestałam kupować. Problem w tym, że wciąż miałam szuflady zawalone rzeczami, na które wydałam pieniądze i których nie miałam szans zużyć lub choćby nawet po ludzku poużywać. Wynika to z oczywistego dramatu wielbicielki makijażu, zwanego popularnie problemem jednej twarzy. W pewnym momencie rozważałam nawet malowanie dziecka, męża i sąsiadek, ale jednak nie tędy droga. Chyba.

Co było dalej? Klasyka: zaczęłam porządki. W wielu odcinkach, które po kolei pokazywałam Wam na blogu. Trwało to miesiącami. Za każdym razem wydawało mi się, że zrobiłam Wielki Remanent i faktycznie, sporo rzeczy znikało, ale MALM wciąż miał się świetnie i skrywał w sobie latami zbierane pamiątki po konsumpcyjnej rozpuście. Utkwiłam w miejscu, w którym nie było sensu kupować, a zapasów miałam tyle, że do końca życia wystarczyłoby mi rozświetlaczy, a cieniami mogłabym się malować przez kolejne 20 lat. Tylko... jak długo żyją kosmetyki kolorowe? Według producentów mniej więcej od 9 do 24 miesięcy od otwarcia. Te daty często są oczywiście przesadzone, bo po 9 miesiącach użytkowania świeżo wyprodukowanego cienia zapewne nie stanie się z nim absolutnie nic złego i będziemy mogły się nim cieszyć przez kolejne długie miesiące. Tylko no właśnie... jak długie? Ile? Kolejne pół roku? rok? trzy? Jeszcze więcej?

I tu dochodzimy do miejsca, w którym okazuje się, że z moimi dylematami nie jestem oczywiście jedyna. Blogerska brać (siostrać?) doszła do podobnego momentu w swoim makijażowym życiu, zaczęły się porządki, które w większości przypadków wyglądały podobnie do moich, ale oprócz tego na początku roku zauważyłam pewną niepokojącą międzynarodową akcję: rok z denkowaniem kolorówki. Idea jest dobra, chodzi o to, żeby zamiast kupować kolejne nowe kosmetyki, zająć się używaniem tego, co mamy. Problem w tym, że niekoniecznie idzie to w dobrą stronę...

Dziewczyny na Instagramie i blogach pokazywały zestawy kosmetyków, które zamierzają zużyć do ostatniego okruszka, w tym... palety cieni. W niektórych opisach znalazłam informacje typu: „Nie przepadam za tą paletą, dlatego chcę się jej pozbyć i poszła jako pierwsza do project pan”; „Muszę zużyć te cienie, bo już długo u mnie leżą”; „Ten bronzer jest trochę za ciepły i już mi się znudził, więc jednocześnie będę zużywać chłodniejszy, żeby było mi łatwiej”. Dziewczyny, serio? Cierpicie na nadmiar, dlatego postanawiacie najbliższe miesiące spędzić na pieczołowitym wydrapywaniu WSZYSTKICH cieni z palet, nawet tych, które są kiepsko wykonane lub Wam nie pasują? Samemu producentowi nie przyszłoby do głowy, że jego paletę można wykorzystać w ten sposób. Chcecie w tym roku korzystać z najstarszych kosmetyków, jakie macie, a w tym czasie w szufladach będą spokojnie starzały się te świeże? Do końca roku Wasze twarze będą konturowane na zbyt ciepło, rozświetlane na brokatowo i smarowane przeterminowaną kredką tylko po to, żeby w styczniu 2020 przyznać sobie honorowo order z ziemniaka? Czy na pewno o to chodzi w project pan? Kiedy znalazłam wywiad z dziewczyną, której udało się wyskrobać calutką paletę cieni i opowiadała o tym, jak to zrobiła i jakie miała po drodze chwile zwątpienia, stwierdziłam, że albo mam haluny, albo świat zwariował.

Doskonale rozumiem to, co się z nami stało: najpierw kupowałyśmy jak banda oszołomek, a teraz marzy nam się minimalizm, o którym napisano już tyle blogów i książek... Do tego dołączył ruch zero waste, który sprawił, że w naszych głowach utrwalił się schemat: nie warto kupować nowego, ale wywalanie też jest zakazane. Jasne, sama zaczęłam jakiś czas temu myśleć o planecie, coś tam segreguję, chodzę z wielorazówką na zakupy, nie pakuję do foliówek w markecie wszystkiego jak leci, piję filtrowaną kranówkę i staram się nie wyrzucać jedzenia, tylko mądrzej planować posiłki. Od kilku lat nie robię zakupów jak ostatnia idiotka, którą kiedyś byłam, i generalnie wszystko zmierza ku lepszemu. Ale obawiam się, że pewnych błędów nie da się naprawić w duchu eko-zero-mini. Potrzebne jest szybkie, brutalne cięcie i nowy start. Przez chwilę mnie też zamroczyło i uznałam, że sama zabiorę się za „zużywanie zalegającej kolorówki”, ale potem zaczęłam sprawdzać jej daty i... zupełnie mi przeszło. W moich szufladach pełno było kosmetyków, wyprodukowanych w 2013, 2014, 2015 roku. Oprócz tego mam też nieliczną grupę tych świeższych oraz święte graale typu limitowany puder z Japonii z 2011. Co z tym wszystkim zrobić? Moim zdaniem tylko jedno: wywalić. Po te najstarsze od dawna nie sięgam, bo mój instynkt samozachowawczy i miłość do skóry wciąż działają, jak należy. Więc po co leżą? Po nic. Wywalić. Szminki MAC-a z okresu największej pomroczności wciąż pachną, jak należy? Daty mówią, że zjechały z taśmy produkcyjnej w 2014. Czy pięcioletnia pomadka to na pewno coś, co chciałabym zjeść z kanapką na drugie śniadanie? Odłożyć na bok do późniejszej wymiany w akcji Back2MAC. Okej, być może jesteście w lepszej sytuacji i Wasze zbiory nie są aż tak stare. Skoro tak, to czy wciąż nie jest dziwne pozbywanie się średnio dobranego bronzera poprzez zużywanie go do ostatniego pyłku?

Nie wierzę w to, co widzę i czytam, i mam nadzieję, że mimo wszystko dojdziecie zaraz do podobnych wniosków co ja. Jeśli już wyskrobywać resztki cieni i pudrów, niech to będą absolutni ulubieńcy, niech sprawia Wam to radość i niech nie chodzi w tym o jakiś dziwny wyścig, na mecie którego czeka na Was... goła blaszka. Nie róbcie z codziennego make-upu projektu pełnego cierpienia, samobiczowania i... niszczenia sobie skóry. Sprawdzajcie daty ważności, korzystajcie ze stron typu checkcosmetics.net, checkfresh.com. Jasne, też mnie cieszy oglądanie mocno zużytego pudru, ale to nie powinien być cel sam w sobie. To nie Wy macie służyć kosmetykom, tylko one Wam. Uff. Sorry za ten wywód, ale to, co się dzieje wokół mnie, sprawiło, że miałam głęboką potrzebę zadbania o reszki Waszego rozsądku :).

Chcesz to wywalić??? Widzę tu milion pięćset sto dziewięćset kocich zabawek!

W kolejnym wpisie pokażę Wam wszystko, co wyfrunęło z mojego MALM-a. Czy jest mi przykro? No pewnie! Pozbyłam się wielu perełek, zapomnianych ulubieńców, limitowanych wyjątkowości. I uwierzcie, wywalenie tego wszystkiego do kosza jest naprawdę dużą karą za kilkuletni zakupowy nadmiar. Dążenie do minimalizmu/racjonalnego zarządzania przedmiotami i przestrzenią tudzież idea zero waste to świetne sprawy, ale róbcie to z głową. Ja dążę do tego, żeby mój makijażowy zbiór był przemyślany, dobrej jakości i żeby mieć wybór spośród kilku, a nie miliona. Z zakupami ogarnęłam się dawno, zostały tylko solidne wiosenne porządki, które serdecznie Wam polecam! 

Prawda jest taka, że można być durną pałą, zarówno będąc przebrzydłym konsumpcjonistą, jak i zagorzałym zero-wasterem. Pamiętajcie o tym, gdy z obrzydzeniem będziecie próbowały zjeść jabłko wraz z ogryzkiem albo po raz sto sześćdziesiąty ósmy sięgniecie po matowy fiolet, w którym wyjątkowo Wam nie do twarzy :).

Tyle na dziś. W następnym odcinku będziecie mogły pastwić się do woli nade mną i moimi bezsensownymi zbiorami, które ostatecznie doprowadziły mnie na skraj śmietnika z ciężką siatą MAC-a, Diora i innych Benefitów, drżącą bródką i pogardą wobec własnego kosmetycznego rozpasania. Ale spoko, przecież idzie lepsze, prawda?!

EDIT: Właśnie zauważyłam, że Basia opublikowała dziś wpis pt. „Jak ograniczyć zapasy kosmetyczne”, wypełniony po brzegi dobrymi radami w temacie. Jak widzicie, sprawa jest naprawdę poważna i wymaga szeroko zorganizowanej akcji ratunkowej... ;). 

35 komentarzy:

  1. Od dziecka zjadam jabłko z ogryzkiem LOL i należę do przebrzydłych konsumpcjonistów, bo zwyczajnie lubię zakupy.

    Generalnie podziwiam, że komuś się chce tak skrupulatnie denkować kolorówkę, ba! czasami nawet jeszcze ją reaktywując przez sprasowanie połamanych kawałków. Mnie to nigdy nie ruszało, krótka piłka. ZERO sentymentów. Na początku było trudno, bo ktoś napisał, że to taka luksusowa firma/ile na to wydałaś itd. po czym pomyślałam, luksusowa to jest moja skóra i ona zasługuje na wszystko co najlepsze. Kosmetyk zawsze zdążę kupić, jak nie ten, to inny.
    Owszem, kupowałam dużo, nawet bardzo ale to też była faza eksperymentów. Dzięki temu też szybciej dojrzałam i dorosłam do tego, czego naprawdę potrzebuję i co chcę z tym (z)robić :)
    Z drugiej strony lubię po prostu kosmetyki, ale używać i zużywać. Bez dorabiania jakiejkolwiek ideologii. Rozumiem także zbieractwo i kolekcjonerstwo. Życie.

    Natomiast za całe podsumowanie Twojego wpisu świetnie może służyć TO zdanie "To nie Wy macie służyć kosmetykom, tylko one Wam."

    Hell yeah!
    Siostro :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Która z nas nie jest przebrzydłą konsumpcjonistką, niech pierwsza rzuci kamieniem! Połamanych kawałków też nigdy nie prasowałam – za duży wysiłek wobec zbyt obfitych zbiorów ;). Ale może po prostu nigdy nie zleciało mi nic naprawdę ważnego... ;).

      I też rozumiem zbieractwo, przez chwilę było mi z nim fajnie :D. Mimo wszystko uważam, że to bardzo niewdzięczny materiał do tworzenia zbiorów – właśnie z powodu (zbyt) szybkiej utraty świeżości!

      Usuń
  2. Ja akurat mam tak, że jak zalegają mi jakieś kosmetyki to po prostu je oddaję siostrze i mamie. A stare wyrzucam - z bólem serca niektóre, ale wyrzucam. I to nie dlatego, że paleta czy pomadka była super i smutek mnie dopada, tylko dlatego, że wydaje na to pieniądze a potem muszę wyrzucić bo w czasie nie zużyłam. Na szczęście tak było kiedyś i niewiele kosmetyków skończyło w ten sposób swój żywot. Teraz staram się zużywać kosmetyki kolorowe na bieżąco i nie kupować. Wiadomo, że czasem mam jakąś zachciankę, ale na pewno nie robię zapasów na promocjach i nie kupuję po 5 podkładów itp.
    Teraz wyznaczyłam sobie za cel zużyć puder, który nie do końca mi odpowiadał, ale nie jest jakiś mega okropny, że się męczę jak go używam, więc postanowiłam to zużyć i róż, który kupiłam w zeszłym roku na promocji i jest wypiekany, więc łatwo nie będzie ;) Nie mam jeszcze niestety nawyku sięgania po jeden rozświetlacz. Choćbym chciałam zużyć jakiś jeden to codziennie nakładam coś innego :PP

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dobrze, jeśli jest komu oddawać. Ja na szczęście też mam komu, a raczej miałam, bo wszyscy się już nasycili ;). Fajnie, że sobie to rozsądnie poukładałaś, a co do zachcianek, to wiadomo, każda z nas je ma, po prostu dobrze by było mieć nad tym jakąś kontrolę :)

      Usuń
  3. Wszystkie macie rację. Kosmetyki mają sprawiać przyjemność, a nie być ciężarem. Jak czuję, że mam za dużo, dzielę się z innymi. Na promocjach kupuję tylko to, co potrzebuję a nie mam i nie mam zalegających zapasòw. Moje samopoczucie, wygląd i skóra są dla mnie najważniejsze :)

    OdpowiedzUsuń
  4. Też swego czasu opublikowałam porady jak okiełznać kosmetyczne zapasy, 14 sposobów😆 U mnie okazały się skuteczne 😁
    Dużo racji w tym co piszesz. Nie wyobrażam sobie na siłę denkować jakiegoś nie do końca dobrze dobranego, mało lubianego produktu🤦🏽‍♀️ Wolę oddać siostrze, mamie etc. Czasem komuś innemu lepiej służy to co nam niekoniecznie.
    Co więcej, nawet jak coś dobrze się u mnie sprawdziło, lubiłam tego używać, ale np. po jakimś czasie poznałam lepsze i poprzednie odeszło trochę w zapomnienie, to robię z tym porządek. Staram się mieć naprawdę dobrze wyselekcjonowaną kolorówkę.
    To samo np. jeśli dostanę jakąś paczkę PR z kolorówką. Mało prawdopodobne żebym używała każdej rzeczy. Nie używam np. już w ogóle zwykłych lakierów do paznokci, więc takich rzeczy nawet nie otwieram tylko przekazuje dalej. Pełna paleta szminek z jednej serii? Też nie ma szans żeby każdy kolor mi się podobał i żebym każdym się malowała. Także wtedy też się dzielę.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Marzę o dobrze wyselekcjonowanej kolorówce! :D
      Na szczęście coraz bliżej do celu :). A tekstu o zapasach sobie poszukam!

      Usuń
  5. Moje otrzeźwienie przyszło dawno temu. Część zapasów poszła dalej w świat a kwota, która odzyskała do dzis przyprawia mnie o szybsze bicie serca. Kosmetyki których nie używam, lub nie sprawdziły się szybciutko się pozbywam. Dzięki takiej metodzie mam porządny skondensowany zbiorek, samych moich perełek. Zupełnie jak nie blogerka :-P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie umiem odzyskiwać kwot i wszystko, co się da, oddaję. A idealnego zbioru bardzo zazdroszczę!

      Usuń
  6. W sedno :) Ja nie męczę się z kosmetykami, których nie lubię pod jakimś względem - idą do innej osoby lub kosza :) Kosmetyki są dla mojej przyjemności, a te, które mnie męczą po prostu muszą zniknąć :) (i takie podejście do ubrań planuje wprowadzić, ale tu mi idzie gorzej ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To się wydaje takie proste – nie męczę się, wysyłam w świat, wywalam, a jednak większość z nas ma z tym problem! A ubrania to kolejny duży temat...

      Usuń
  7. Jeśli chodzi o kolorówkę to nie mam takiego problemu, bo tak wolno idziemi denkowanie że nawet nie jestem w stanie wydać kolejnych złotówek na kolejne kosmetyki. Zawsze zachodziłam w głowę jak można mieć 30 pomadek, skoro ja nie mogę zużyć 5 na rok :D Ale pielęgnacja to co innego :D Tutaj już sobie nie załowałam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i widzisz, to się doskonale składa, że nie jesteś w stanie wydać kolejnych złotówek i zachowujesz umiar. Gdybym ja kilka lat temu nie była w stanie, toby teraz wszystko było o wiele prostsze... ;).

      Usuń
  8. Ja nawet nie chce być minimalistka, ale zaczęłam się ogarniać. I wywalam do kosza to, co mi nie pasuje, nie chce tego denkowac.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ach, nikt tu nie mówi o minimalizmie ;)
      Piszę wyłącznie o rozsądnym ogarnianiu się :)).

      Usuń
  9. u mnie też zbieractwo zaczęło się wraz z rozpoczęciem blogowania, a kupowanie hurtowych ilości kolorówki skończyło się tak może ze 2 lata temu? początek Twojego wpisu to jakbym o sobie czytała... co do wywalania, u mnie sprawdza się metoda małych kroczków. nie potrafiłabym ciapnąć do kosza połowy toaletki; nie i już.

    masz dużo racji pisząc o bezsensowności denkowania tego, co nam nieszczególnie pasuje. jeszcze się uczę bezpardonowego pozbywania się tych rzeczy :D

    ach, wspaniały wpis <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zakupy hurtowe to u mnie już ze trzy lata nie mają miejsca, a zawalone szuflady miałam aż do teraz... Ciężko wybrnąć do sastyfakcjonującego poziomu, ale da się! Rozumiem, że ciężko jest Ci wywalić za dużo naraz, ja do niedawna też nie byłam w stanie. Po prostu któregoś dnia obudziłam się i nagle się okazało, że to jedyne rozwiązanie ;).

      Cieszę się, że tekst Ci się spodobał! :*

      Usuń
  10. Kurczę, faktycznie mega się zgrałyśmy :D

    Twój wstęp jest mi jak najbardziej znany z własnych doświadczeń (OPŁACAŁO SIĘ), na szczęście to już przeszłość. Co prawda nadal planuję skorzystać z promocji na kolorówkę, ale jakieś pojedyncze sztuki, które mam w głowie od miesięcy :) Teraz jest promocja na kosmetyki do włosów i na pewno nie skorzystam - niczego nie potrzebuję.

    I też w pewnym momencie przestałam odczuwać to "szczęście" o którym wspominasz.

    Project Pan jest fajny, ALE pod warunkiem, że realizuje się go w zgodzie z samym sobą. Ja np. realizuję go pośrednio - wyznaczam sobie cele zużycia produktów, które mam i LUBIĘ, ale przez to, że codziennie używam czegoś innego (np. pudry :P), trudno jest mi cokolwiek zdenkować. Dzięki temu faktycznie liczba się zmniejsza, liczba otwartych produktów jednocześnie topnieje, a wszystko nadal dzieje się w zgodzie ze mną (nie na siłę).

    Zupełnie nie rozumiem właśnie tego "hate panningu", czyli zużywania na siłę produktów, których nie lubimy. Ja się takich bezwzględnie pozbywam bo nie widzę sensu się zmuszać. Niektórzy uzasadniają to tym, że jak sobie tak pocierpią, to lepiej do nich dociera, jak bardzo źle wydali pieniądze ;) Może i tak, ale ja podziękuję. Wiadomo, każdy robi, na co ma ochotę, nie moja sprawa, no ale ja bym tak nie chciała. Wolę sobie zostawić tylko te produkty, które naprawdę są ok i na nich się skupić.

    Jedną taką ciekawostką, jaką planuję wdrożyć w życie, to wypróbowanie każdego cienia ze wszystkich palet, jakie mam :D Niektóre palety mają swoje "najczęściej używane" cienie, a inne są niekochane. Już kilka razy zdarzyło mi się, że użyłam czegoś od niechcenia i WOW, dobrze mi w tym :D Chciałabym poznać potencjał wszystkiego, co mam - z jakim skutkiem, zobaczymy :) Ale to w ramach ciekawostki i poznawania samej siebie, NIE zmuszania się.

    Tak czy inaczej, mega się zgadzam z Twoim podejściem! :) To ma być przyjemność i w granicach zdrowego rozsądku :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Najważniejsze, żeby wszystko robić z głową. Ani nie jestem nagle minimalistką (za bardzo kocham kosmetyki i za dużo o nich czytam ;)), ani nie zamierzam nikogo na siłę nawracać na jakąś jedyną słuszną drogę. Hate panning – nie słyszałam tego określenia, a jakie trafne! I też uważam, że denko to dobra rzecz (łatwo się zorientować po archiwum mojego bloga ;)), ale nie można dać się zwariować z tym zużywaniem wszystkiego. Pierwotnie przecież w project pan chodziło dokładnie o to, o czym wspomniałaś: redukcję otwartych opakowań i nierzucanie się w zakupowy szał.

      Projekt próbowania wszystkich odcieni z palet ogromnie mi się podoba!!!

      Usuń
  11. Mam bardzo podobne podejście do Twojego, przy czym swoje zbiory, które za czasów blogowania niesamowicie się rozrosły, już ogarnęłam :) Także zaręczam, że to wykonalne i osiągalne, jednak trzeba podejśc do tematu bezkompromisowo. Bo jesteśmy super dziewczynami i zasługujemy na to, by mieć w życiu parę przyjemności, w tym możliwość używania ulubionych produktów, a nie tych, które straszą z półek :)
    Niech żyje rozsądek! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję skutecznych porządków! :D
      U mnie też już jest bardzo przyzwoicie, wręcz zaczęło mi pewnych rzeczy BRAKOWAĆ... ;). I tak, o rozsądek właśnie mi chodziło, kiedy to pisałam.

      Usuń
  12. Używam kosmetyków, bo sprawia mi to ogromną przyjemność i co za tym idzie, nie wyobrażam sobie "męczenia" czegoś co mi nie pasuje. Jeśli mam taki nietrafiony kosmetyk i wiem, że nie będę go używać, staram się przekazać komuś innemu. Kupuję oczywiście dużo kosmetyków, ale mam wrażenie, że panuję jednak na moim zakupowym szaleństwem. Na promocjach kupuję dużo, ale to co naprawdę bardzo mi się podoba. Wolę też kupić jeden lepszy kosmetyk zamiast tuzina tańszych, które nie do końca mi są potrzebne;).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja właśnie próbowałam kiedyś męczyć, a potem się pacnęłam w głowę, kiedy zdałam sobie sprawę, jak bardzo jest to bezsensowne, kiedy w tej samej szufladzie leży coś naprawdę super :).

      Usuń
  13. Wtedy i teraz działa intensywnie owczy pęd. Wtedy na siłę kupowały, teraz na siłę katują się jakimiś badziewiami. I po co to komu?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Argumenty na Twoje: "po co to komu" są różne. Głównie odnoszą się do karania siebie za dawne grzechy, ale do mnie to nie przemawia. A owczy pęd to idealne określenie dla tych społecznych trendów. Sama jednym kopytkiem byłam już owcą, dlatego przybiegłam z tym tekstem, żeby może komuś dał do myślenia :)

      Usuń
  14. Ciekawy i na czasie temat poruszyłaś. Chyba każda z nas, tych, które zbierały kiedyś kolorówkę w pewnym momencie się 'obudziła' i zdała sobie sprawę z tego, że nie tędy droga, bo jednak gęba tylko jedna i wszystkiego na raz nałożyć się nie da i że to się kiedyś popsuje. Jeszcze pół biedy, jak to jest coś pudrowego, to można trochę dłużej używać (według uznania), to jednak korektory czy podkłady czy pomadki jednak tak niebardzo.
    Ja sama jestem ofiarą tego konsumpcjonizmu, szczególnie z czasów bloga. Na szczęście się opamiętałam zawczasu. I owszem, wciąż mam sporo, szczególnie produktów na usta, ale rozumiem, co zrobiłam i jakie będą tego konsekwencje.
    Rozumiem też myśl przewodnią Twojego wpisu - że owszem, denkować, ale to, co lubimy, co nam sprawia radość, co cieszy. Na kiego grzyba mając 4 bronzery przy czym 1 nie znoszę mam denkować ten co go nie znoszę, kiedy wiem, że zajmie mi to wieczność a pozostałe te co lubię leżą w szufladzie i czas im ucieka? Bez sensu. Widzisz ja kiedy już zaczęłam widzieć dokąd to wszystko zmierza wybrałam kosmetyki które naprawdę lubię i z chęcią po nie sięgam. Problem polega na tym że lubię dużo, bo przeważnie wybierałam podobne kolory i podobne formuły, nie kupowałam np cieni w kremie, skoro wiem, że nie lubię takiego czegoś. Część kosmetyków oddałam po rodzinie jak jeszcze mogłam, część sprzedałam, zostałam z tym co naprawdę chcę mieć i co chciałabym sama zużyć, bo zwyczajnie w świecie lubię te produkty, nie wyobrażam sobie musieć się zmuszać każdego dnia do nałożenia czegoś, żeby to tylko zostało zużyte, skoro mogłabym wziąć bardziej kochany produkt z szuflady. I owszem, 'pracuję' teraz nad kilkoma kosmetykami kolorowymi, a potem będę 'pracowała' nad kolejnymi, gdyż rozumiem już, że mam 1 gębę i nie potrzebuję 15 róży, 4 czy 5 mi wystarczy żeby była rożnorodność, ale niestety mam ich jeszcze dużo, a nie potrafię się z nimi rozstać póki co (na szczęście większość kupiona jakoś w 2017 czy coś koło tego, więc generalnie starociami nie są). Ale rozumiem ten ból, sama wywaliłam masę kosmetyków, pozbyłam się i to niestety jest właśnie kara za mój wcześniejszy konsumpcjonizm. I nie, ja absolutnie nie dążę do żadnego minimalizmu, baaaardzo daleko mi do tego, bo uwielbiam makijaż i być może zawsze będę miała więcej niż 'normalne' kobiety, bo po prostu to kocham i to lubię i to mi sprawia radość, ale kluczem było i jest tutaj uświadomienie sobie, że kolorówka zużywa się strasznie długo i że te kosmetyki kiedyś (prędzej lub później) tak czy siak się zepsują, więc bezsensem jest mieć za dużo. Niestety nawet ta świadomość nie chroni przed chciejstwami. Np teraz powiedzialam sobie, że przez 2 miesiące aż do maja nie mogę nic kupić (ani kolorówki ani pielęgnacji, ale z pielęgnacją nie mam problemu, zapasy nie są 'niezużywalne', no ale dobra, nie kupuję niczego), ale zachciało mi sie błyszczyka, jednak wyjęłam wszystkie moje błyszczyki (całe 5) i stwierdziłam - dobra, jak zużyję/wyrzucę/pozbędę się 10 produktów na usta z mojej kolekcji to mogę kupić sobie 1 błyszczyk, zrobiłam to, żeby nie dawać sobie wymówki - aaaa kupię tylko jeden, a za jakiś czas będzie znowu jeden i jeden i się zrobi 10.
    Przyznaję też, że w pewien sposób sprawia mi satysfakcję mierzenie i liczenie moich postępów ze zużywaniem, ale nie jest to żaden wyczyn, skoro te produkty lubię i i tak bym po nie sięgała, bo tych kijowych się pozbyłam.
    W każdym razie chciałam tylko powiedzieć, że rozumiem, przechodzę przez to samo i wiem, z czym się borykasz. Szkoda, że nie zdawałyśmy sobie z tego sprawy wcześniej, ale co począć? Chyba tylko właśnie wyciągnąć z tego lekcję na przyszłość :)
    Pozdrawiam i więcej takich postów proszę :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Cieszę się, że zrozumiałaś, co chciałam przekazać. Sama na pewno nie należę do nawróconych minimalistek ani nie uważam, że projekt denko włącznie ze zużywaniem kolorówki to coś złego, wręcz przeciwnie! Ja niestety po wielkim wywalaniu doszłam do momentu, w którym wcale nie jest idealnie z moimi zbiorami makijażowymi, ale to tylko potwierdza, w jakim chaosie żyłam w ostatnich latach. Nakupowałam mnóstwo wszystkiego, a w niektórych kategoriach nawet nie mam w szufladach prawdziwej perełki! Zupełnie bez sensu. Też sobie zużywam to, co jeszcze się nadaje i co lubię – to nie sprawia bólu i jednocześnie może ucieszyć, kiedy uda się pieczołowicie dobiec do dna :). Popatrz, jak blogowanie wyzwoliło w nas konsumpcyjne zwierzęta heheh :D. Wciąż lubię kupować, ale po tym całym wariactwie przynajmniej teraz, kiedy coś nowego do mnie trafi, będzie to przemyślane i – mam nadzieję – świetnej jakości! A jeśli nie, to... z przyjemnością puszczę dalej w świat ŚWIEŻY produkt :).

      Usuń
  15. Z wielką przyjemnością mi się czytało Twój wpis! Świetnie napisany i lubię takie zabawy słowne, jak Twoje! :-)

    A co do tematu, to też kiedyś przeszłam przez kolekcjoner... a nie... ja jeszcze przez to przechodzę. A może nie przechodzę, tylko utknęłam?

    No tkwię w tym...

    Tylko to tak jakby ewoluuje. Tzn. zbieram różne rzeczy. Chyba mam jakąć potrzebę zbieractwa. Mogłabym odpracować psychoanalizę, skąd mi się to wzięło, bo mam i na to teorie różne, ale to temat poboczny.

    Miałam fazę kolekcjonowania "minerałów", podczas zbiorowego zachłyśnięcia się tym, że one się nie przeterminowują. To mnie brało. Kupię sobie kosmetyki, które będę mieć do końca życia. Niezużyte teraz zapasy zostaną mi na starość i emeryturę (przy założeniu, że takowa będzie) i wtedy sobie zużyję resztę...

    Natomiast kosmetyki, które mają krótką ważność kupuję dość rozważnie - tzn. kupiłam coś tam, to na razie nie kupuję więcej, bo wywalę. I tak wywalam niezdenkowane, a na ogół nie zużyte nawet do połowy. Bo co mam zrobić?

    Używanie przeterminowanych kosmetyków grozi problemami ze skórą, a nie po to są kosmetyki. Więc lepiej wywalić.

    "Denkowanie" na siłę kojarzy mi się z jakąś karą. Takie "samokaranie" - kupiłam, to teraz muszę zużyć. Będę cierpieć, ale to zrobię. I pokażę na blogu, jaka dzielna jestem. Bo się pomalowałam na niebiesko, choć mi nie pasuje, ale muszę zużyć ten kolor na palecie, by ją zdenkować do cna...

    To nie dla mnie. Podchodzę do tego tak, jak napisałaś: kosmetyki są dla nas, a nie my dla nich. To przecież tylko rzeczy! :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za miłe słowa <3
      Zbieractwo samo w sobie to nic złego, tylko te głupie kosmetyki średnio się do tego nadają ;). Uświadomienie sobie tego było dla mnie bardzo smutne i trudne, bo na początku tej drogi wyobrażałam sobie, że będę miała MALM-a całego zawalonego wspaniałościami z różnych kategorii i będę ich sobie używać do końca świata :).

      No i właśnie, świeżość to coś, na co dopiero współcześnie zwracam tak wielką uwagę i próbuję zarazić tym wszystkich wokół. Sama w epoce przedblogowej miałam jakieś 10-letnie palety cieni u siebie i nawet nie przyszło mi do głowy, że mogłyby mi szkodzić. Teraz świadomość jest większa, większy szacunek do swojej skóry (pewnie wiek też robi swoje ;)) i absolutnie wierzę w to, że nie warto ładować na twarz staroci. A przy okazji postanowiłam przemycić śmiałą myśl, że może też nie warto ładować na nią przez długie miesiące czegoś, czego zwyczajnie nie lubimy...

      Fajnie, że się rozumiemy. Piona!

      Usuń
  16. Zgodzę się z tym, że najpierw używanie i zużywanie kolorówki powinniśmy zacząć od produktów w miarę świeżych, a tych starych należy się pozbyć. Tu nie ma jak z tym dyskutować. Obserwuję "project pan" zarówno na Instagramie jak i na blogach, ba sama w tym uczestniczę. I osobiście nie dopatruję się samobiczowania, ani masochizmu w tym projekcie. Są takie kosmetyki z grupy MEH, szkoda wyrzucić, bo coś się w nam nich podoba, ale coś jednak przeszkadza. Gdybym chciała tą drogą iść, że wybieram samych ulubieńców zostałabym tylko z podkładem i pudrem. No i znowu wylądowałabym na zakupach. Problem gonienia za nowościami nigdy mnie nie dotyczył. Nie mam, aż tylu świetych Graali wśród kolorówki. Jednak lubię wyciągać wnioski z tego co używam, aby na przyszłość wiedzieć czego nie lubię. Lubię doszukiwać się moich błędów w aplikacji, i używać codziennie, aby dojść do perfekcji, bo czasami wystarczy inaczej zaaplikować kosmetyk.
    Będę jedyną, która rozumie "hate panning", bo czasami do mojej blond głowy nie dociera czego nie lubię, a potem znowu ląduje to w koszyku.
    Project Pan to narzędzie, które służy mi do rotowania kosmetyków, tak, abym używała co akurat posiadam. Narzędzie, które pomaga mi zrozumieć co służy mnie, mojej cerze, co łatwo mi się aplikuje, a co nie. Project Pan uczy mnie cierpliwości i wytrwałości. Dzięki niemu poznałam kilka cieni w mojej kolekcji, które leżały zapomniane, myślałam, że mi nie pasują, a tu niespodzianka. Do wszystkiego należy podchodzić z głową, każdy ma swój cel, swoją drogę ku szczęściu. Moim celem nigdy nie był ani minimalizm, ani order ziemniaka, ani blaszka na mecie. Tylko wyciąganie wniosków z popełnionych przez siebie błędów.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zgadzam się z tym, co napisałaś, nie chodzi o to, żeby wywalić wszystko, a jedyne, o co apeluję, to zdrowy rozsądek. Może nie trafiłaś w te same miejsca internetu, w których dziewczyny planowały z 2019 zrobić rok totalnej katorgi kosmetycznej ;). Hate panning przez chwilę sama chciałam uprawiać z udziałem pewnych kosmetyków, ale potem klepnęłam się w głowę – tylko że tu ważna jest też skala posiadanych zbiorów. U mnie to było np. 10 bronzerów, z których dwa były świeże, jeden jeszcze od użytku, a reszta to kilkuletnie okazy, w tym kilka za ciepłych lub w inny sposób niedoskonałych. I chciałam zużywać te starocie, podczas gdy w szufladzie miałam co najmniej trzy sztuki świeżych, dobrych produktów. To było głupie i cieszę się, że się za to nigdy nie zabrałam, a denkować lubię i zamierzam dalej – ale tylko to, co ma sens! :)

      I też nie jestem i nie będę minimalistką – moim celem jest rozsądnej wielkości kolekcja samych dobrych kosmetyków, która znowu będzie mnie cieszyć, a nie przytłaczać swoim wielowymiarowym bezsensem :). A gołą blaszkę chętnie powitam w ulubionym kosmetyku – to będzie znaczyło, że wreszcie robię to dobrze!

      Usuń
  17. "Problem jednej twarzy" 😂
    Niestety, ja jeszcze tkwię w nadmiarze, ale nad tym pracuję (z różnym skutkiem😎).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Chyba każdy musi przejść przez wszystkie etapy tego szaleństwa samodzielnie. Ja tylko próbuję co nieco przyspieszyć te bardziej bolesne ;)

      Usuń
  18. Ja akurat nigdy z kolorówką nie miałam problemu, jakoś nadmiernie jej nie kupuję, nie kolekcjonuję (gorzej z pielęgnacją, mam fioła na jej punkcie). Poza tym gdy wiem, że czegoś nie będę używać, oddaję to innym, którym na pewno lepiej się przyda. Wolę sprawiać innym (i przy okazji sobie:)) przyjemność, niż męczyć się z kosmetykiem, którego nie lubię, nie chcę, nie sprawdza się u mnie. I aż dziwne jest to, co teraz napiszę (ja, przedstawiciel "poznańskich złotówek"), ale wolę coś wyrzucić, niż katować się zużywaniem do dna, bo szkoda. Dlatego w zupełności zgadzam się z wnioskami, do jakich doszłaś :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger