14.11.2019

Kalendarz adwentowy The Body Shop po roku – czy było warto? Czy planuję zakup edycji 2019?

Minął rok od zakupu beznadziejnie drogiego, ale za to bajecznie zaprojektowanego kalendarza adwentowego z kosmetykami The Body Shop. W tym roku już na początku października firma pokazała nowe edycje, a ja postanowiłam, że opowiem Wam o tym, jak sprawdziły się produkty, które w grudniu 2018 roku codziennie z bananem na paszczy wyciągałam z pięknie prezentujących się pudełeczek. 

The Body Shop advent calendar 2018 fox

Przypomnijmy: The Body Shop proponował trzy wersje kalendarzy: 24-dniowy za 229 zł, 25-dniowy za 349 zł i najbardziej wypasiony, 25-dniowy za 499 zł – to właśnie ten otwierałam w ubiegłym roku. W 2019 jest podobnie: mamy trzy wersje w różnych cenach, ale o tym później.

W moim kalendarzu znalazły się podobno kosmetyki o wartości ponad 1000 zł. Było sporo pełnowymiarowych i cała masa minisów, które są w normalnej sprzedaży i bez promocji kosztują najczęściej w przedziale 10–25 zł. Odnalazłam w okienkach sporo produktów, których nigdy wcześniej nie próbowałam, dlatego jestem bardzo zadowolona z możliwości przyjrzenia się bliżej bogatej ofercie TBS, za którą już dawno przestałam nadążać.

Jak sprawdziły się poszczególne kosmetyki? Zaraz Wam opowiem w kilku słowach o każdym z nich na podstawie zeszłorocznych zdjęć.


Balsam do ciała Almond Milk & Honey (59,90 zł za 200 ml) – produkt pełnowymiarowy, zapach mleka migdałowego i miodu bardzo przyjemny i pasuje do chłodnych miesięcy, ale leciutka konsystencja wskazuje, że lepiej używać go latem. Otwarty i wciąż w użyciu – korzystałam kilka razy latem. Szybko się wchłania, nawilża całkiem nieźle jak na tę lekkość. W składzie oleje, gliceryna, masło shea, a oprócz tego wygładzający Dimethicone. Poprawny kosmetyk.

Shea Body Butter (25,90 zł za 50 ml i 69,90 zł za 200 ml) – w kalendarzu w wersji mini. Wciąż nieużyte, ale my się już znamy – to zbite, ładnie (orzechowo i lekko męsko) pachnące masło, które dobrze pielęgnuje. Bodyshopowy klasyk.

Berry Bon Bon Body Butter (limitowana edycja świąteczna) – tu również wersja mini, czyli 50 ml. Masło ma zupełnie inną konsystencję, jest miękkie i bezgrudkowe. Pachnie cukierkami i zimowym iglastym wiechciem. Również czeka na swoją kolej, ale uwielbiam masła TBS, więc to nie powinno zawieść. 


Moringa Shower Gel (25,90 zł za 250 ml) – pełnowymiarowe opakowanie, wpadło do październikowego denka, bo latem ten mocny kwiatowy zapach był dla mnie nie do zniesienia. Uwielbiam żele pod prysznic TBS za zapachową moc, idealną konsystencję i idealną pianę. To akurat nie jest moja ulubiona wersja, ale wiem, że ma swoje grono wyznawców.

Moringa Body Yogurt (59,90 zł za 200 ml) – tu też pełen wymiar. Nigdy nie kupowałam jogurtów, bo nie podoba mi się skład. Pierwsze cztery pozycje to: woda, gliceryna, alkohol denaturowany (!) i silikon. To nie może nawilżać, to nie jest dla mnie żadna pielęgnacja. Na pewno ekspresowo się wchłania i wygładza, ale to tylko pozory. Jedynym sensem takiego jogurtu mogłaby być przyjemność stosowania: wygładzenie ciała + przyjemny zapach. Dla mnie Moringa jest raczej mało przyjemna, dlatego jogurt przekazałam dalej i nie polecam go jako wartościowego kosmetyku.


Zazwyczaj takie 60-mililitrowe minisy kosztują 12,90 zł za sztukę. Uwielbiam ja na wyjazdy (weekendowe, czasem nawet tygodniowe).

Fuji Green Tea Refreshingly Purifying Shampoo – szampon dla włosów normalnych. Dla moich: totalna beznadzieja. Zapach świeży, ale to, co się dzieje po myciu, kompletnie mi się nie podoba. Włosy są suche, bez objętości, matowe, marne.

Fuji Green Tea Refreshingly Hydrating Conditioner – nie do wiary, ale odżywka jest jeszcze gorsza od szamponu. Powoduje przyklap-gigant, absolutnie w niczym nie pomaga, w dodatku szybko zmieniła zapach i równie szybko poleciała do kosza. Jeśli chcecie brać coś do włosów z TBS, polecam bosko pachnący duet bananowy – to o wiele, wieeeeeele lepsze kosmetyki.

Kremowy żel pod prysznic Vanilla Marshmallow – limitowanka o bardzo słodkim, waniliowo-cukrowym zapachu. Lubię i polecam kremowe żele pod prysznic TBS, bo są niesamowicie wydajne. Warto kupić ulubiony wariant i cieszyć się nim w nieskończoność. Kremowy minis będzie genialny na wyjazd właśnie z uwagi na niezwykłą wydajność i niewielki format.

Relaksujący żel do mycia ciała Spa Of The World, Adriatic Peony (39,90 zł za 250 ml) – kosmetyki z tej kolekcji są  droższe od standardowych linii. Miniaturę z kalendarza można kupić za 26,90 zł i uważam, że to bardzo przesadzona cena. Ten żel jest kremowy, pachnie delikatnie, kwiatowo i pięknie. Jakimś cudem wystarczył mi i mężowi na dwutygodniowym wyjeździe (z niewielkim wsparciem hotelowych kosmetyków), przy czym pod koniec używaliśmy po odrobince, która i tak doskonale się pieniła. Chętnie zobaczyłabym pod prysznicem pełnowymiarowe opakowanie.


Ciąg dalszy linii Spa Of The World, której w ogóle nie znałam.

Krem do ciała Japanese Camellia Velvet Moisture (109,90 zł za 350 ml) – 50-mililitrowa miniatura nie wystarczyła na zbyt długo, ale zdążyła zauroczyć mnie eleganckim, perfumeryjnym zapachem i bardzo przyzwoitym nawilżeniem. Krem ma zbitą, a jednocześnie lekką konsystencję i kilka dobrych olejów w składzie. Zostawia na skórze delikatną warstwę okluzyjną i pilnuje, żeby woda prędko nie uciekła. Było przyjemnie, ale w pełnej cenie bym go nie kupiła, aż tak mnie nie zachwycił.

Ethiopian Green Coffee Firming Body Cream (109,90 zł za 350 ml) – ta wersja ma brzydki, trawiasty zapach i zupełnie inną konsystencję: lekką, niemalże lejącą. Nawilżał tylko przeciętnie, o ujędrnieniu nic nie powiem, za mało go było w słoiku. Według mnie jest zupełnie niewarty uwagi, a jeszcze ta cena!

French Grape Seed Refining Body Scrub (26,90 zł za 50 ml) – peeling z cukru trzcinowego z proszkiem z pestek winogron. Cukier jest zmielony drobno, peeling ciągnie się jak karmel i pachnie w podobnym klimacie co kawowy krem, tyle że tu wyczuwam aromat świeżych pestek słonecznika. Zdzierał całkiem porządnie, ale to jeszcze nie mój ideał. 50-mililitrowy słoiczek wystarczył na kilka użyć.


Delikatny płyn do demakijażu oczu Camomile (45,90 zł za 250 ml, w kalendarzu miniatura 60 ml) – wywołuje pieczenie i dyskomfort, taki z niego delikatesik, a przy tym nie powala skutecznością, a przecież jest wysoce wyspecjalizowany, bo służy wyłącznie do demakijażu oczu! Miałam go w torbie na siłownię i absolutnie nie polecam.

Oils Of Life, Intensely Revitalising Facial Oil (30 ml za 139,90 zł) – najdroższy produkt w tym kalendarzu, pełny wymiar. Jest lekki, szybko się wchłania (u mnie niezmiennie wszystkie olejowe formuły w towarzystwie aloesu), producent poleca go do dziennej pielęgnacji. Zawiera olej z nasion czarnego kuminu, olej z kamelii i z dzikiej róży, a także parę innych gdzieś dalej w składzie. Ma delikatny, pudrowo-geraniowy zapach. Niestety, dopiero zaczęłam go używać, więc na razie powiem tylko, że nie wywołał wysypu i innej krzywdy nie uczynił, ale na dalej idące wnioski za wcześnie.

Rose Dewy Glow Face Mist (39,90 zł za 60 ml) – rozświetlająca mgiełka o zapachu różano-malinowym, która w moim przypadku okazała się zbędnym kosmetykiem i przez cały rok sięgnęłam po niego zaledwie kilka razy. Rozświetlenie jest widoczne, ale nie podoba mi się ani jako fixer na makijaż (zwykle nie stosuję takich rozwiązań), ani jako kosmetyk pielęgnacyjny (wolę mleczną mgiełkę Pixi). To osobista preferencja – mgiełka rozświetla, tak jak to producent obiecuje, więc jeśli ktoś szuka rozświetlenia, powinien się ucieszyć.


Kolejna nieznana mi wcześniej seria Drops Of Youth. W teorii kosmetyki Drops Of Youth zajmują się pierwszymi oznakami starzenia, niedoskonałościami, rozszerzonymi porami i jeszcze nawilżają. Podjarałam się, dopóki... nie spojrzałam na składy.

Youth Bouncy Sleeping Mask (produkt pełnowymiarowy / 99,90 zł za 90 ml) – ujędrniająca maska na noc, do której mam żal głównie o Dimethicone wysoko w składzie. Silikony w nocnej pielęgnacji? No nie wiem. Zalatuje podskórnymi gulami. Użyłam raz i odłożyłam do szafki w łazience. Nie lubię całonocnych masek, jeszcze popróbuję jako zwykłej dziennej, 20-minutowej kuracji, ale szału się nie spodziewam i sama bym nie kupiła. Zapach ok.

Youth Cream (95,90 zł za 50 ml) – pełnowymiarowy krem z najgówniańszym składem spośród wszystkich kosmetyków TBS, z jakimi miałam do czynienia. Alkohol wysoko w składzie, czuć go wyraźnie po otwarciu słoika. Prawdziwy kremowy koszmarek, o którym pisałam niedawno tu: klik.

Himalayan Charcoal Purifying Glow Mask (99,90 zł za 75 ml) – oczyszczająca maska z serii węglowej bardzo mi się spodobała. Cera jest po niej równie czysta i gładka jak po doskonałej masce Sephory z cynkiem /recenzja/, a zapach i wygląd przypominają słynną czarną Glam Glow (są w niej takie same błotne farfocle). Lekko piecze po nałożeniu, ale nie podrażnia. Dobry produkt, chociaż nie widzę przewagi nad moim sephorowym ulubieńcem. Nie polecam cerom wrażliwym. 


Krem do rąk z serii British Rose (100 ml za 39,90 zł) – nie jestem fanką różanych kosmetyków, ale róża z TBS zachwyca zapachem i delikatnością. Krem jest leciutki, wodny, wchłania się ekspresowo, pozostawia prawie niewyczuwalną, a już na pewno nieirytującą warstwę ochronną i dla umiarkowanie suchych dłoni jest akurat.

Krem do rąk Mango (23,90 zł za 30 ml) w wersji mini idealny do torebki i tam właśnie należy szukać mojego. Konsystencja tylko odrobinę bardziej treściwa od wersji różanej, zapach linii Mango cudny. Szału nie zrobi, ale doraźnie pomaga i robi to w miłych zapachowo okolicznościach.


Słabieńka okazała się kolorówka.

Matowa pomadka w płynie w odcieniu Tahiti Hibiscus 016 – odcień buraczkowy, a to niekoniecznie moje klimaty, a już na pewno nie na co dzień, mimo wszystko całkiem porządna; płynna pomadka z połyskiem Shine Lip Liquid w odcieniu Orange Lollipop 003 – letni, jasny koral, tandetnie wyglądał na ustach i beznadziejnie się rozprowadzał.

Tusz do rzęs Lash Hero Fibre Extension – z jednej strony ma niesilikonową szczotkę, a z drugiej – mnóstwo białych farfocli, które mają pogrubiać. Słabo czarny, farfocle bez komentarza. Okropność. Widzę na stronie, że na szczęście już niedostępny.

Płaski pędzelek do cieni (35,90 zł) jest syntetyczny i sztywny, czasem go używam. Sama bym wybrała inny. Czarna kredka gdzieś zniknęła, więc nie wiem, czy czeka na swoją kolej, czy poszła w świat, ale i tak wolę te wykręcane od drewnianych. 


Uszami czasem bawi się Tomek, o saszetce już zapomniałam. Po roku nie jestem już tak euforycznie nastawiona do zawartości kalendarza za prawie 500 polskich złotych, mogło być o wiele lepiej, bo The Body Shop ma o wiele ciekawsze produkty. Jeśli jednak potraktujemy taki kalendarz jak szansę na testy nieznanych kosmetyków, a przy okazji fajną zabawę przedświąteczną, to jasne, czemu nie?

Czy kupię kalendarz adwentowy The Body Shop 2019?


Nie mam takich planów. W tym roku marka zaprezentowała znowu trzy wersje kalendarza: Beauty za 269,90 zł, Deluxe za 399,90 zł i najbardziej wypasiony Ultimate, który jest droższy od zeszłorocznego o 100 zł i kosztuje aż 599,90 zł.

W najdroższym powtarza się kilka kosmetyków z ubiegłego roku, m.in. wielka tuba różanego kremu do rąk, mgiełka do twarzy i pędzelek. Chętnie zobaczyłabym przynajmniej inne warianty tych produktów. Pędzelki też są różne w ofercie TBS, a przecież warto założyć jako marka, że wierni fani co roku będą zainteresowani kalendarzami, więc po co nam bliźniacze pędzle? Mimo wszystko w kalendarzu Ultimate widzę sporo ciekawych kosmetyków, nie ma też klasycznych kalendarzowych zapychaczy, dlatego jeśli nie mieliście poprzedniej edycji i nie przeraża Was cena, być może warto się skusić.

Tańsze warianty, podobnie jak w 2018, mnie nie interesują. Kalendarz Deluxe kosztuje 400 zł, co jest naprawdę wysoką kwotą, a w okienkach znajdujemy m.in. 3 pastylki do kąpieli (nie mam wanny), pilnik i niezmordowaną plastikową myjkę. Najtańszy kalendarz, Beauty, to m.in. 3 pastylki do kąpieli, pilnik i myjka, a także rękawiczki pilingujące, 3 kremy do rąk i 3 masełka do ust. Byle wsadzić i byle kasa się zgadzała.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że wciąż są to dużo lepsze kalendarze od wielu nieporozumień wypuszczonych na rynek nawet przez szanujące się marki i nie zdziwię się, jeśli któraś z Was skusi się na jeden z thebodyshopowych wariantów. Są bardzo estetycznie wykonane, przyjemnie się zagląda do kolejnych skrytek i jeśli lubicie kosmetyki TBS, myślę, że będziecie się podobnie cieszyć jak ja w zeszłym roku.



21 komentarzy:

  1. Faktycznie tak niezbyt im poszło w zeszłym roku z tym kalendarzem. Ja nie przepadam za tą marką, więc mało co kupuję, ale w zeszłym roku kupowałam dla kogoś przezent w tymże sklepie i natrafiłam na to masło Bon Bon. Jeju, jak to cudownie pachnie!!! Uwielbiam! Miałam tylko miniaturę (w zestawie z czymś, no bo przecież jak kupuję prezent dla kogoś, to mogę wziąć też mini zestaw dla samej siebie, no nie? :D:D:D), ale jak zużyłam, to leciałam kupić duże masło. Może nie ma wybitnych właściwości pielęgnujących, chociaż jest poprawne, ale ten zapach... Czy już mówiłam, że uwielbiam? :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja uwielbiam ich masła do ciała i żele pod prysznic – od 10 lat nie mogę się odkleić ;). Bon Bon faktycznie przyjemny, a prezenty dla siebie popieram. Dlaczego tylko innym mamy rozdawać takie ładne pakunki, hę? :D

      Usuń
    2. Miałam 2 masła od nich wcześniej i mi się nie podobały, jedno było mocno tłuste i się nie wchłaniało, a to drugie śmierdziało. Także nie wiem, czy mnie krystus opuścił, że kupiłam 3 raz to bon bon, ale to okazało się fajne, więc nie narzekam :D
      Prezenty dla siebie bardzo lubię, chociaż już mało co dla siebie kupuję, bo mało co mnie zaskakuje, mało jest nowości, które są naprawdę nowościami. Mam jednak bzika na punkcie minisów. Jeju, jak widzę minisa jakiegoś to zaraz bym chciała :D

      Usuń
    3. O rety... minisy... ostatnio wydałam Bardzo Dużo Pieniędzy w Cult Beauty, bo w zamian był worek minisów :D :D :D. Zawartość naprawdę szokująca, pokażę na blogu niedługo. Polecam polowanie następnym razem!

      Usuń
    4. Ojeju, pokazuj natentychmiast!!!! :D Minisy są taki zdradliwe. Tak się uśmiechają i są takie slodziutkie bo malutkie, a potem się okazuje, że znowu nie ogarniamy swoich zasobów, bo tyle minisów :D

      Usuń
  2. Ja używałam jedynie maseł do ciała tej firmy ;) nie wiem, czy zdecydowałabym się na taki kalendarz

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest fajna opcja, jeśli chcemy poznać lepiej markę (no i oczywiście jeśli podoba nam się zabawa w kalendarze ;)). Ja rozczarowałam się nie tyle samym kalendarzem, co właśnie jakością nieznanych wcześniej kosmetyków TBS.

      Usuń
  3. Ja bym nie kupiła nie za tą kase choc wizulanie są piękne ;) i nie rozumiem czemu pchaja byle co skoro jak mówisz mają wiele ciekawsze produkty w swojej ofercie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No, dobór kosmetyków jest tutaj baaaaardzo dziwny...

      Usuń
  4. Kilkanaście lat temu miałam "hopla" na punkcie tej marki. Przywoziłam te kosmetyki z Anglii. Kilka z nich polubiłam, ale i tak uważam, że szału nie ma, szczególnie patrząc na ich ceny

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też lata temu miałam hopla, zaczęłam od żelów pod prysznic, potem doszły masła do ciała... może trzeba było na nich poprzestać ;). Oprócz nich uwielbiam chyba tylko masło do demakijażu.

      Usuń
  5. Ja w zeszłym roku kupilam sobie zestaw świątecznych masełek i żeli pod prysznic. O obu nie upubliczniłam nic, ale może w tym roku odświeżę te posty i dodam :D
    Na ich kalendarz się chyba nie skuszę w tym roku

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dodaj, dodaj, zawsze miło obejrzeć i poczytać :). Masła i żele pod prysznic to wg mnie najmocniejsze punkty oferty TBS!

      Usuń
  6. Nigdy nie miałam kalendarza z TBS i w ogóle przyznam szczerze, że z tej marki miałam tylko masła do ciała i kremy do rąk :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To wypróbuj jeszcze żele pod prysznic i masło do demakijażu. O reszcie możesz w sumie zapomnieć ;)

      Usuń
  7. zawartość kalendarza to był hit & miss, sama raczej bym się nie zdecydowała, nie za takie pieniądze...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To prawda, droga impreza jak na tyle średniaków i niewypałów. Szkoda, ale... przynajmniej zabawa była przednia! :)

      Usuń
  8. Kremy do rąk mają marne, dlatego nie skusiłam się na żaden kalendarz TBS w tym roku ;) Kocham za to ich masła do ciała :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też jestem wielbicielką ich maseł, a kremy do rąk robią mi dobrze głównie na nastrój ;). Chociaż ten z konopi był dobry. Próbowałaś?

      Usuń
  9. Uwielbiam żele i masełka z TBS:) Krem do rąk z konopi z kolei to mój ulubieniec na zimę.

    OdpowiedzUsuń
  10. Mnie interesuje tylko ta najwyższa wersja, ze względu na serię SPA, bo jej jeszcze nie miałam, ale ta cena... Dlatego się nie skusiłam.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger