02.01.2020

Agata tuszów wiele naotwierała... L'Oréal | Bourjois | Eveline | Sephora | YSL | Tarte

Tyle już naprawiłam w moich kosmetycznych poczynaniach, a wciąż nie udało mi się zminimalizować liczby otwartych tuszów. Regularnie, co kilka miesięcy, okazuje się, że mam w użyciu nie dwa-trzy, tylko na przykład osiem. I, co ciekawe, wciąż ma to sens!


No dobra: sens to może za duże słowo. Zdaje się, że mogę powiedzieć co najwyżej, że panuję nad sytuacją. Skąd ta tuszowa dywersyfikacja? Zazwyczaj maskary służą mi dłużej, niż zakładałam lub nie spełniają oczekiwań solo, za to w odpowiednich zestawieniach stają się przydatnym narzędziem do się_upiększania i można je wykorzystać, zamiast wywalać do śmietnika kolejne niewypały. Poza tym nie od dziś wiadomo, że niektóre sztuki muszą dojrzeć, nim trafią do codziennego makijażu :). Jak sobie to wszystko wymieniłam, zaczęłam mieć wątpliwości, jakoby używanie tylko jednego tuszu było w ogóle możliwe... hmm. Hm hm.

Ostatnio towarzyszył mi taki oto zestaw, obecnie nieco zredukowany:


Tarte, Lights Camera Lashes /recenzja/ – w tym momencie mój niekwestionowany tuszowy faworyt! To jest maskara, która wraca do korzeni: oferuje prostą, niesilikonową szczotkę bez zbędnych udziwnień i formułę zdatną do użycia od pierwszego odkręcenia. Jest ładnie czarny (ale nie z tych najczarniejszych), nie skleja, lekko pogrubia i wydłuża. Nie da rady zrobić efektu wow przy mocnym, ciemnym makijażu oka, ale podkreśla bardzo sensownie i w codziennym makijażu to mój prawie-ideał. Sephoro, kiedy wprowadzisz wreszcie Tarte do polskiego obiegu? Czekam i czekam...

Sephora, Outrageous Curl Dramatic Volume & Curve /recenzja/ – kilka lat temu go uwielbiałam i całkowicie ignorowałam wszelkie jego niedoskonałości. W 2019 postanowiłam wrócić do mojego niegdysiejszego ulubieńca i nagle szok, niedowierzanie: przecież on jakiś... okropny! Wciąż jest najczarniejszym tuszem świata i potrafi tak pogrubić rzęsy, że będą się wybijać nawet na tle czarnego smokey, ale na świeżo jest bardzo mokry, bardzo skleja, a malutka silikonowa szczotka z wypustkami tylko utrudnia procedurę rozczesywania. Po kilku tygodniach leżakowania powoli się normalizuje i da się nim wymalować te lekko posklejane firany jak kiedyś, ale ma też inną, dodatkową wadę: jest kosmicznie niewodoodporny, a do tego ciężko go zmyć. To znaczy farba puszcza od razu, ale przy demakijażu albo rozsmarowuję sobie po twarzy szare błotko i nie mogę się doszorować, albo zużywam pół opakowania płatków kosmetycznych, żeby pozbyć się go w całości. Ten efekt o-jejku-jak-ci-widać-rzęsy nie jest wart tych wszystkich wygibasów i specjalnej makijażowej troski w dżdżysty dzień. Odkochałam się.

Yves Saint Laurent, Faux Cils The Curler – naprawdę mnie już złości procedura ef siedemnaście sto dwanaście, w której najpierw zakochuję się we wspaniałej gratisowej miniaturze jakiegoś tuszu, potem grzecznie lecę do sklepu po pełnowymiarowe, drogie opakowanie, a następnie staje się jasne, że miniatura z pełnopłatnym wielkoludem nie ma nic wspólnego. Tak było z tuszem Faux Cils, który w wersji mini ogromnie mi się spodobał, bo był intensywnie czarny, pięknie pogrubiał i podkręcał, a potem okazało się, że pełny wymiar to nic specjalnego: paskudny sklejuch, w dodatku jakoś nieznośnie śmierdzący tanim mydłem toaletowym, które ktoś potraktował zasypką dla niemowląt. Na świeżo kiepski, na koniec lepszy, ale wciąż mało ciekawy. Potrafił zrobić rzęsowe wow, ale ile się przy tym napracowałam i nabluzgałam, to tylko mój kot wie. I moje lusterko. 


Eveline, Mega Size Lashes – a to z kolei tusz, który jest tak słabo czarny, że aż może nawet grafitowy, a jego drobne silikonowe igiełki nadają się wyłącznie do wyczesania rzęs i niczego więcej. Nie pogrubia, nie podkreśla – no cóż, przynajmniej też nie skleja. Wszystkie jego wady sprawiają, że staje się idealnym tuszem do dolnych rzęs i tylko w taki sposób go używam.

L'Oréal, Paradise Extatic – na świeżo w ogóle mi się nie podobał, ale im starszy i gęstszy, tym bardziej pogrubia, więc na tym schyłkowym etapie zaczął robić robotę i chętnie po niego sięgam. Szczotka wygląda jak puszek do kurzu, który ktoś wytarzał w smole, co nie zachęca, ale warto się przemóc. Jedyne, na co muszę uważać, to sklejanie przy napaćkaniu za dużej ilości, ale nie ma takiej paćki, której szczotka od Eveline by na świeżo nie rozczesała, dlatego ten duet sprawdza się u mnie ostatnio wyśmienicie!

Bourjois, Eye Catching Extreme Volume – coś jest z nim nie tak. Butelka nie ma ogranicznika, a gruba szczota zanurza się w wielkiej, czarnej dziurze, z której wyciągam coraz to okazalsze tuszowe gluty. Być może zwężka przykleiła się do zakrętki, nie takie rzeczy z maskarami się działy w historii świata, a jednak tu wygląda, jakby nic się nie przykleiło albo to ja nie umiem wyskrobać. Miałam wywalić ten tusz, ale postanowiłam jeszcze popróbować. Dokładnie odciskam nadmiar i nawet udaje się wtedy uzyskać efekt czarrrrrrnych, mocno pogrubionych, że aż nawet nieco posklejanych rzęs. Może być, zużyję, ale nie zamierzam wracać, no bo co on, ten tusz. Niech się nie wygłupia.

L'Oréal, Volume Million Lashes – podstawowa wersja, po którą sięgnęłam po latach, bo nie zabrałam makeupowej kosmetyczki na wyjazd i musiałam coś kupić na szybko w słabo zaopatrzonym sklepie. VML był akurat w promocji, wzięłam i... no proszę, co za przyzwoity tusz! Kiedyś używałam go non stop, a potem zaczęłam pisać bloga i pochłonęło mnie testowanie. No i mocniej się maluję. Do dziennego lekkiego makijażu złoty Volume Million Lashes jest idealny, pięknie wyczesuje i rozdziela rzęsy, i po prostu, po tuszowemu je podkreśla. Nadaje się też do dolnych, więc teoretycznie mógłby być tym jedynym. Odpada w sytuacji, kiedy w ruch idzie paleta z kolorowymi cieniami – wtedy przy VML zawsze mi za mało podkreślenia rzęs, a że nie używam sztucznych... Pozostałe wersje zupełnie mnie nie zachwyciły, a to ten to taki stabilny, porządny wyczesywacz z silikonową szczotką. Jego niewątpliwą zaletą jest fakt, że trwa w stanie zdatnym do użytku w nieskończoność. I ładnie pachnie różą.

Bardzo jestem ciekawa, czy macie do polecenia jakiś swój tuszowy hit, który pogrubia bez przesadnego sklejania i nie rozmazuje się z byle powodu. Koniecznie piszcie w komentarzach – chętnie zdetronizowałabym przydrogiego i słabo dostępnego Tarte.

Wszystkiego dobrego w 2020 i jak najmniej kosmetycznych wtop!

29 komentarzy:

  1. Mój ulubiony tusz to Lash Sensational od Maybelline, pewnie go znasz... Ale ostatnio mi się znudził i używam Bambi Eye Lash od L'Oreal, tylko dlaczego on się tak kruszy? Nie wiem

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miałam Lash Sensational, faktycznie porządny, ale to jeszcze nie to. Bambi Eye Lash mam na liście do wypróbowania, ale serio? Kruszy się???

      Usuń
  2. Mnie ostatnio bardzo pozytywnie zaskoczyl Catrice w odcieniu bakłażana, z olejem rycynowym. Podobny do lash sensational, ale może nawet lepszy! W ogóle ta seria catrice daje radę, ale niestety nie wszystkie kolory (ciemny fiolet był do D, jasny fiolet I wodoodporny niebieski super)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zaczęłam się właśnie zastanawiać, czy piszesz o opakowaniach, czy o kolorach tuszów, ale zakładam, że w standardzie wszyscy używają czarnych, więc... :)

      Tusze z Catrice często trafiałam świetne, ale miałam z nimi jeden problem: znikały z oferty marki szybciej, niż zdążyłam zużyć i kupić ponownie kolejne opakowanie...

      Usuń
  3. Ja od lat regularnie wracam do Bourjois Volume Glamour, jak potrzebuje efektu wow, to po prostu nakładam dwie warstwy. Teraz mi smutno, bo w końcu po półtora roku z poczucia przyzwoitości się go pozbyłam, a zamiast kupić jak człowiek nowy egzemplarz, to przysknerzyłam i kupiłam osławiony żołty z Lovely. Niby fajnie i za dychę, ale to jednak nie to... :/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, Lovely jest okej, za tę cenę nawet bardzo, ale on tylko ładnie wyczesuje i podkreśla długość rzęs, nawet nie ma głębokiej czerni.

      Usuń
  4. Nie wiedziałam, że miniatura tuszu może różnić się jakością od pełnowymiarowej wersji :p Paradise Extatic również polubiłam, a ze swojej strony mogę polecić klasyka Better Than Sex, mój ukochany Wibo Burlesque, Lovely Lashmania czy Max Factor False Lash Effect ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, różni się, różni i to jak! Better Than Sex to był tusz, który dał mi chyba na rzęsach najlepszy efekt w historii, ale miałam go tylko raz i się koszmarnie osypywał, więc z bólem serca z niego zrezygnowałam. Teraz do zakupów z Cult Beauty dorzucili miniaturę, więc po latach sprawdzę, czy coś się zmieniło na plus w formule. Oby!

      A Wibo Burlesque w ogóle nie kojarzę!

      Usuń
  5. Od wielu miesięcy jestem wierna Chanel Le Volume oraz Le Volume Revolution *_* i generalnie myślałam, że przez ponad dwie dekady malowania rzęs poznałam już wszystkie odcienie czerni, do czasu! Aż kupiłam Chanel Le Volume Ultra w odcieniu Noir Intense. TO jest MOC <3

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, intensywna czerń to jest coś, co bardzo doceniam w tuszach. Może i Chanelkę wypróbuję, jeszcze nie miałam od nich żadnego tuszu, więc nie mam pojęcia, czego się spodziewać :).

      Usuń
  6. Miałam ten tusz Paradise z Loreala, ale nie lubiłam. Szczota za wielka, nie umiałam z nią pracować, do tego zostawiał na rzęsach klumpy, sklejał. Po prostu rzęsy wyglądały jak siedem nieszczęść. Reszty z Twojej gromadki nie miałam.
    Dla mnie ulubieńcem wciąż jest tusz z Diora Iconic Overcurl, ale już jakiś czas stwierdziłam, że jak mam wydawać na maskarę tyle szmalu i mi starcza max na miesiąc, to lepiej sobie znaleźć jakąś tańszą, bo też mi na tyle starczy. Wciąż jestem w fazie poszukiwań czegoś super :)

    Wszystkiego najlepszego w Nowym Roku Agato ! :):*

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O tak, ten L'Oreal potrafi skleić, trzeba z nim ostrożnie. Ze szczotką zresztą też, zdarza mi się od czasu do czasu pacnąć nim powiekę :). Iconic Overcurl... próbuję sobie przypomnieć, czy go miałam, ale chyba tylko mamie kiedyś kupiłam, ale fakt, wolałabym coś tańszego, no chyba że tak mnie oczaruje, że nie będzie mi na niego żal ani złotówki :).

      Dziękuję za życzenia, Tobie też wszystkiego dobrego! <3

      Usuń
  7. Zaciekawiłaś mnie tym Tartę, YSL musiał trafić Ci się jakiś felerny, bo ja uwielbiałam ten tusz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wyglądał normalnie ten YSL, może kiedyś dam mu jeszcze szansę albo sprawdzę, czy przypadkiem nie sprzedają miniatur :).

      Usuń
  8. Odpowiedzi
    1. Też bym chciała lubić pełnowymiarową wersję, szczególnie w tej cenie!

      Usuń
  9. Ja ostatnio kupiłam 3 w avon i tak ich urzywam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie kupowałam nic w Avonie od lat, nawet nie mam pojęcia, co teraz mają ciekawego :)

      Usuń
  10. Wersja wysokobudżetowa: Lancome Hypnose, wspaniały efekt, długie, grube, czarne, podkręcone rzęsy (efekt mierzalny ilością komplementów i pytań, co mam na rzęsach). Różne wersje mają różne szczoteczki, każdy znajdzie coś dla siebie (tymi w kształcie litery "S" nie umiem się porządnie umalować). Z płynem Lancome BiFacil schodzi idealnie (często są promocje tusz plus Bi-Facil). Można jeszcze pod tusz dorzucić Lancome Cils Booster, to taka baza pod tusz, która razem z tuszem daje efekt sztucznych rzęs i wtedy jest w ogóle szaleństwo... Wypróbowałam dziesiątki tuszy i ciągle do tego zestawu wracam.
    Dobry efekt daje Lancome Monsieur Big, ale wolę miniaturki, bo pełnowymiarowa ma wielką szczotę.

    Wersja niskobudżetowa: L'Oreal Paris Telescopic Mascara (także wersja False Lash), bardzo wydłuża i ładnie rozdziela (wydaje się, że rzęs jest dwa razy tyle), choć nie pogrubia jakoś znacząco.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O, bardzo, bardzo Ci dziękuję, Aniu, za to szczegółowe polecenie. Faktycznie, kiedyś miałam Hypnose (też miniaturę) i był boski ten tusz! Mam nadzieję, że w dużej wersji nie okaże się gorszy, jak to często bywa. Ciekawe tylko, która to była szczotka, w Sephorze chyba można obejrzeć w szafie, więc wybiorę taką jak lubię :). Płynu nie znam. Telescopic teź nie próbowałam.

      Usuń
    2. Nie ma za co! :-)

      Na stronie internetowej Sephory można zobaczyć wszystkie warianty Hypnose z obnażonymi szczoteczkami :-)
      Dla mnie Drama była niewygodna, ale wersja klasyczna, Volume-a-porter i Doll Eyes super!

      Usuń
  11. Z tuszami u mnie ciezka sprawa... Loreale sie na mnie rozmazuja, tak samo bourjois. Najchetniej siegam po tusze max factor i po lash sensational z maybelline 😊

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja kiedyś uwielbiałam tusze Bourjois, ale te, które kiedyś się u mnie sprawdzały, teraz są jakieś inne (albo ja mam inne rzęsy w tym wieku ;)), o wiele gorzej wszystko wygląda. Max Factora już dawno nie kupowałam, muszę sprawdzić, co tam mają ciekawego.

      Usuń
  12. Jak mam być szczera to nie znam żadnego z tuszy który wymieniłaś :) ja bardzo lubię Bourjois Twist Up Volume oraz Maybelline Lash Sensational, ale obie muszą podeschnąć z 2 tyg zanim zaczynam ich używać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Masz rację, Maybelline na świeżo jest słaby, a potem zyskuje. Bourjois kiedyś uwielbiałam, a potem miałam wrażenie, że coś w nim zepsuli i to już nie to.

      Usuń
  13. Ja zawsze otwarty mam jeden, a reszta czeka w zapasach. :) A teraz to już w ogóle przestałam kupować tusze, bo robię sobie rzęsy i tylko na dolne tuszu potrzebuję. A z ulubionych, robiących najlepsze wrażenie to pamiętam był Chanel Volume Revolution, ten ze szczoteczką 3D i lubiłam jeszcze Benefitu They're Real. Tę mascarę z Sephory kiedyś lubiłam, a ostatnio trafiła mi się w Boxie i tragedia, nie dało się malować, ale zauważyłam, że ma dziurę bez ogranicznika. YSL pogrubiający w pełnym rozmiarze był moim ideałem przez lata. Loreala VML też lubiłam, ale czerwono - czarnego (już go nie ma w sprzedaży).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No muszę jakiś tusz Chanel wreszcie wypróbować, tyle dobrego się o nich naczytałam!

      Usuń
  14. Ja lubię mieć jeden tusz tylko bo i tak mało się maluję. Lubię zmieniać je i nigdy nie mam tego samego. Tych twoich nie miałam żadnego.

    OdpowiedzUsuń
  15. Najwięcej kasy przeznaczam na tusze, zawsze kolejny lepszy od poprzedniego :-)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger