20.01.2020

Porządki w kolorówce 2020

Nowy rok, nowe porządki w kolorówce! I choć wydawało mi się, że poprzednim razem byłam najmądrzejsza z mądrych, całkiem solidnie się pomyliłam, bo z tegorocznej kosmetykowywalanki wyłoniło się kilka nowych lekcji na temat zbierania, używania, składowania i przede wszystkim: oszukiwania samej siebie. 


Możecie potraktować ten wpis jak zbiór minirecenzji, bo znakomita większość wyrzuconych kosmetyków była przeze mnie wielokrotnie użyta i mam całkiem konkretne zdanie na ich temat. Jeśli interesują Was wpisy z poprzedniej edycji masowego wyrzucania, możecie zajrzeć tu:

1. W tym szaleństwie nie ma metody, czyli o tym, dlaczego denkowanie palety to zło i jak odzyskałam równowagę.

2. Porządki w kolorówce: ostateczne starcie!

3. Mój nieminimalistyczny porządek w kolorówce | pokazuję całą kolekcję!



Tym razem łatwiej było mi wytłumaczyć swojej głowie, że palety to tylko przedmioty użytkowe, a nie precjoza, których nigdy nie należy się pozbywać. Co prawda wciąż nie wierzę, że usunęłam z mojego życia Tartelette In Bloom od Tarte /swatche/, ale trzykrotnie podrażnione powieki po aplikacji krzyczały: wywal, wywal, wywal! Więc wywaliłam... Paleta była cudowna, do ostatniej chwili pachniała kakao, miała idealną pigmentację, cienie rozcierały się bardzo łatwo i ładnie łączyły ze sobą. Wiem, że to nie ostatnie spotkanie z cieniami tej marki.

In theBalm of Your Hand vol. 1 od theBalm /recenzja/ to paleta, w której wymieniłabym ze dwa okienka na bardziej optymalne, ale nawet z tym zestawem byłam na tyle zadowolona, że w kilku ostatnich sezonach regularnie zabierałam ją na wyjazdy. Tylko raz wymieniłam ją na paletkę Maxineczki z Makeup Revolution i... powtórek nie było, a MUR już dawno poleciała w inne ręce :). Zestawem theBalm dało się zrobić wszystko. Zarówno na twarzy, jak i na oku. Makeup delikatny, mocniejszy, ciekawy (róże na środek powieki), nudny, kreska na górnej linii rzęs bordowym cieniem, Mary-Lou Manizer na powieki, monomakijaż pojedynczym cieniem (co najmniej trzy piękne do wyboru), bronzer Bahama Mama w załamanie powieki... W 100% zintegrowałam się z tą paletą i będzie mi bez niej bardzo dziwnie. Vol. 2 jest za to do bani i nie polecam kupować. Pozbywam się, bo policzyłam lata i wyszło mi, że o-matko-o-nie. PS Róż Hot Mama jest boski!!! 


No i co, gdzie te porządki z zeszłego roku? Czemu wciąż tyle do wywalenia??? A bo popsuło się przez rok towarzystwo – to wciąż kara za grzech nadmiaru z poprzednich lat. W ten oto sposób musiałam pozbyć się pięknie intensywnej, kremowej, jesiennej pomadki MAC Liptensity Lipstick w odcieniu Smoked Almond /recenzja/ oraz moich dwóch płynnych ulubienic: boskiej Velour Liquid Lipstick w odcieniu Calabasas od Jeffree Star /recenzja/ (PS, wiecie, że Jeffree jest już dostępny w polskim Douglasie?) i Kat von D Everlasting Liquid Lipstick w odcieniu Double Dare /recenzja/. Dobrze, że sobie ich porządnie poużywałam, bo inaczej serce by mi pękło. Będę też bardzo tęsknić za matami z Kiko (wycofanego z Polski na nasze wspólne nieszczęście) – ten konkretny był bardzo chłodnym mauve'em, piękny kolor i pięknie się nosił, zupełnie tak samo jak zastygające z kremowej formuły maty z Sephory (czarne, wąskie opakowania, może kojarzycie).

Spośród nieudanych przygód na obrazku powyżej widzicie błyszczyk Shine Lip Liquid z kalendarza The Body Shop 2018 w wyjątkowo nietwarzowym odcieniu pomarańczowego koralu (chciałam komuś oddać, więc leżał w szufladzie: „podaj dalej”, ale takie to nietwarzowe, że nie podałam) i matowa szminka L'Oréal Color Riche w nietwarzowym odcieniu łososio-brzoskwini o nazwie Confession z limitowanej edycji Balmain. Tu znowu: zdezynfekowałam i miałam plan, żeby przekazać ją komuś, ale... do nikogo mi nie pasowała. Nie dostrzegłam też genialności olejku do ust Clarins Instant Lip Cimfort Oil, ale może to dlatego, że zamówiłam go w brzydkim, różowym odcieniu 04 Candy i nie chciało mi się po niego sięgać?

Na zdjęciu widać jeszcze: płynną Golden Rose Soft & Matte w odcieniu 102 (jasny nude – za jasny, nie sięgałam prawie wcale); płynną Nablę w odcieniu Fetish Mauve (dziwny liliowy, przeraźliwie chłodny mauve, ciekawy, ale nie na co dzień); duet pomadka + konturówka K-Lips z Lovely w odcieniu Milk Chocolate, który zaskoczył mnie swoją ciemnością, ale całkiem miło się używało (z wyjątkiem konturówki, którą tylko raz wypróbowałam); odjazdowy, żarówiasty róż MAC z serii wgryzających się w usta Versicolour Stain (odcień Last Minute) /swatche/, kupiona w 2016 – wywalam z najwyższą przykrością i koniecznością.

W zeszłym roku kolejnej selekcji oparły się bezbarwne konturówki do ust Alverde i Sephora. Wtedy, po raz nie wiem już który, wydawało mi się, że hej, teraz sobie o was przypomniałam, więc na pewno będziecie używane! Do czego? Kiedy? W życiu zdarzyło mi się może ze trzy razy użyć konturówki. Bezbarwnej – ani razu. Po co je trzymałam? Bo przy porządkach wciąż bywam niemądra. To jedyny powód.

Jak widzicie, wywaliłam kilka ukochanych pomadek, bo po prostu się zepsuły – to o wiele lepsze porządki, niż kiedy człowiek kończy z workiem kosmetyków brzydkich, nieużywanych, czy z innych powodów pomijanych i widzi te wszystkie wydane na marne złotówki. Przy tej porządkowej okazji mam dla siebie kolejny wniosek: nie kupować kolorów dziwnych, nawet przy założeniu, że będę używać od czasu do czasu. Czemu? Bo od-czas-do-czas najczęściej nigdy nie nadchodzi. Ani o 7 rano w tygodniu, ani przy specjalnych okazjach. W jednym i drugim przypadku stawiam na sprawdzone kolory, żeby czuć się w nich dobrze i komfortowo.


A tu mamy trzy kosmetyki z serii: bezużyteczne. Jeden to tusz do rzęs The Body Shop Lash Hero o przeciętnych właściwościach i bezsensownym dodatku białych farfocli (to się nie mogło udać...) – znalazłam go w kalendarzu adwentowym z 2018 roku. Trzymany w szufladzie „podaj dalej” i niepodany, bo po co prezentować osobom, które lubię, produkt, który tylko delikatnie podkoloruje rzęsy na średnio-czarno?

Jajo Sephora to koloryzujący balsam do ust w całkiem ładnym, malinowym odcieniu 05 Candy Apple. Znaleziony w jakimś dawnym Sephora Box, użyty kilka razy i odłożony na lepsze nigdy, bo... hmmm... zastanówmy się: czy lepiej malować usta klasyczną pomadką, która prezentuje się o wiele lepiej, czy mordować z kulistym kształtem, próbując nie umorusać połowy twarzy? Co z tego, że przyjemny w noszeniu, pachnący i smaczny? Ja wybierałam moje pomadki. ZAWSZE.

Trzeci bezsens to srebrny pyłek do ust, topper Sephora Lip Designer, który daje ciekawy, kosmiczny efekt po nałożeniu na pomadkę. Rocznik 2014, kupiony w promocji, niewyrzucany przy kolejnych porządkach, bo przecież fajnie mieć CHOĆ JEDEN taki dziwny produkt, w razie gdybym nabrała ochoty na eksperymenty. Przez ostatnie pięć lat nie nabrałam. Jakieś wnioski na przyszłość?


Z cyklu: płakała, kiedy wyrzucała. Historię nagłej miłości do idealnego, limitowanego matowego bronzera Sephory możecie przeczytać tu: klik. Sephora Sol de Rio, przygoda z 2014 roku, która – mimo tego, że od dawna nie przetrzymuję zbyt starych kosmetyków – nie chciała się skończyć. Do dziś uważam, że to mój bronzerowy ideał, sięgałam po niego czasami, oczywiście im był starszy, tym rzadziej. Na szczęście mam godnych następców: duo Charlotte Tilbury i kokosowego Marca Jacobsa. Jacobs raczej na lato, bo zimą widać na mojej karnacji intensywne konturowanie, a rzadko się na takie decyduję na co dzień, Charlotte idealna na teraz (latem zobaczymy). Sol de Rio ogarniał wszystkie pory roku <3.

Pozostałe dwa bronzery z MySecret były używane zbyt rzadko, aż w końcu dokulały do emerytury. Face Matt Powder bardzo lubiłam – kilka lat temu przez wiele miesięcy regularnie po niego sięgałam i udało mi się spłaszczyć jego wypiekany brzuszek. Był wręcz zniechęcająco chłodny w opakowaniu, a na skórze wyraźnie piękniał i się ocieplał. Ten dolny zawieruszył się w dziale „podaj dalej”, ale w końcu nie podałam. Żegnam bez wielkiego żalu. 


Na zdjęciu powyżej dzieją się rzeczy trudne. Bo na przykład rozstanie z niespecjalnie zużytym pudrem rozświetlającym Smashbox Fusion Soft Lights w odcieniu Baked Starburst do przyjemnych nie należy. Czemu niespecjalnie zużyty? Bo może być jednocześnie subtelnie rozświetlającym omiataczem całej twarzy, jak i, mimo beżów i brązów w kółku, rozświetlającym brzoskwiniowo-koralowym różem (na policzkach robi bardzo sensowne 2w1). Jakoś tak wyszło, że mimo zadowalającej jakości (subtelny blask, przyjemny w użytkowaniu), nie miałam dla niego stałej roboty w moim makijażowym arsenale, a przy klęsce urodzaju to oznacza tylko jedno: zasilanie tyłów szuflady. Został wyprodukowany w 2014 roku, kupiony sporo później, ale lepiej już między nami nie będzie: ewidentnie czas się rozstać.

Równie mocno bolą rozstania z dwoma różami MAC-a: Rosy Outlook z serii Pro Longwear i Dainty z kolekcji Mineralize Blush. Ten pierwszy jest matowy, delikatny, a jednocześnie ewidentnie różowy – na prawie białej koleżance o chłodnej karnacji wyglądał fenomenalnie, ja niestety czułam się w nim kiepsko. Nie zmienia to faktu, że jest piękny i trwały, po prostu nie dla mnie. Połyskujący Dainty spisywał się lepiej, ale też jest zbyt mocno różowy jak na moje potrzeby – tylko zimą ma sens, a i to od czasu do czasu. Wiem już, że moim przeznaczeniem są róże w zupełnie innym kolorystycznym typie i nie zmienią tego polecenia nawet największych makijażowych guru. Obydwa były prezentami, tym bardziej smutno je porzucać. Dobrze, że w przypadku MAC-a na horyzoncie szczerzą się do mnie pomadki z akcji oddawania pustaków Back2MAC. Mała pociecha.

Rozświetlacz Lovely Silver Highlighter lubię, ale mam też wersję złotą i po nią sięgam nieporównywalnie częściej, a 12-miesięczne PAO sugeruje, że dwa-trzy lata temu należałoby się już z nim rozstać. Prawie nigdy nie słucham się zaleceń producentów w przypadku kosmetyków pudrowych, ale w tym wypadku to dobry powód do rozstania z rozświetlaczem, który znajduje się na dole połyskującej hierarchii.

Dwa ciepłe, satynowe róże Benefit: Sugarbomb i Coralista, uwielbiam, podobnie jak większość różów tej marki. Benefity nie trzymają się dobrze na mojej skórze, znikają zdecydowanie za szybko, ale odcienie mają niesamowite. Te dwa pochodzą z 2013 roku, kochałam je szczególnie latem, od dawna po nie nie sięgałam, ale wypadły z oferty i trzymałam... nie wiem... na pamiątkę? Jedna z Was donosiła, że któryś z nich jest dostępny w Sephorze w UK, więc może nie wszystko stracone. Na razie się za nimi nie rozglądam, bo mam paletę różów Benefit, a tam same cuda! 


Kolejna lekcja: nie warto kupować kosmetyków, które zawsze się sprawdzały, więc „zawsze chcę je mieć w swoich zbiorach”. Może przy mniejszej liczbie produktów do brwi miałoby to sens, ale ja używam kilku naraz, w zależności od okoliczności, więc żel Catrice Eyebrow Filler po prostu nie dopchał się w kolejce, aż w końcu, gdy po niego sięgnęłam, miał zmieniony zapach i był dość mocno wysuszony. Przy okazji: Gimme Brow z Benefit wciąż jest od niego wyraźnie lepszy, więc wydaję zbyt wiele złotówek i sięgam po Gimme Brow. Nie zmienia to faktu, że Eyebrow Filler to dobry żel o średnio ciemnym, chłodnym odcieniu w bardzo dobrej cenie.

Żegnam się z dwoma pojedynczymi cieniami, które swego czasu regularnie lądowały na moich powiekach. Catrice Velvet Matt w odcieniu 010 Vanillaty Fair służył mi jako cień bazowy przy paletach, niemających dobrej bazy w zestawie, a MAC Satin Taupe robił szybki makijaż oka, zwykle palcem. Catrice był trochę za suchy i pylił przy aplikacji, a cieni MAC w ogóle nie lubię, ale klasyk Satin Taupe był wyjątkiem. Wysłużone, z dużymi wgłębieniami, wyrzucam wyłącznie ze względu na wiek.

Za szufladę z podkładami i pudrami się nie zabrałam, bo pudry dawno wysprzątane, a podkładów używam teraz po kolei na próbę i decyduję na bieżąco, co zostaje, a co leci do kosza. Ostatnio selekcji nie przeszedł Guerlain Lingerie de Peau Aqua Nude w odcieniu 01W Very Light Warm. Od początku nie byłam nim zachwycona – ma bardzo lekkie krycie i mimo ładnego jasno-żółtawego odcienia, źle wygląda na mojej skórze. Brzydko się rozprowadza palcami, aplikowany gąbką w ogóle nie ma krycia – mam wrażenie, że wilgotna gąbka pożera cały pigment. Pachnie bardzo intensywnie słynnymi fiołkami Guerlain, znanymi z Meteorytów, co też nie wszystkim się spodoba i, co gorsza, rozlewa się po opakowaniu. Dawałam mu kiedyś wiele szans, zużyłam z pół opakowania, ale u mnie to po prostu nie działa. PAO 12 miesięcy zakończyło tę nierówną walkę ;). Mineralny Neauty w odcieniu Golden Fair wyciągnęłam z szuflady „podaj dalej”. U mnie ten podkład nie trzyma matu, wygląda nienaturalnie, lubi się ciastkować. Leży od dawna, więc już nie będę czekać, aż spotkam się z koleżanką, której ten odcień może podpasować i byłaby zainteresowana minerałami.

Kolejny poporządkowy wniosek: kącik „podaj dalej” przechodzi do historii. Udało mi się na tyle uporządkować kolorówkę, że prawie wszystkie kosmetyki są w regularnym użyciu, a jeśli będę chciała się czegoś pozbyć (np. nowego zakupu, który nie do końca się sprawdził lub nietrafionego prezentu), będą to pojedyncze produkty – do oddania natychmiast. W szufladzie „podaj dalej” przez długie miesiące przeleżały produkty naprawdę mocno średnie, reszta została wybrana przez moje przyjaciółki zaraz po poprzednich porządkach. Takim średniakom i słabiakom należy się kosz – i to od razu, bo przechowywanie tego i tak kończy się czarterem na wysypisko, tylko wiele miesięcy później.

Jak widzicie, w tym roku wyrzucałam już zupełnie inne kosmetyki niż poprzednio: całą masę przeterminowanych ulubieńców. Cieszy mnie ta zmiana i smuci, że mimo tylu lat doświadczenia w odkopywaniu się z dawnych grzechów, wciąż jeszcze zdarza mi się podejmować głupie decyzje typu zostawianie egzotyków na nieokreślone później (czyli nigdy).


*  *  * 

W 2020 roku nie planuję prawie żadnych zakupów kolorówki, poza tuszem do rzęs (jeśli niewielkie zapasy się skończą) czy czarną kredką do oczu. Całej reszty mam pod dostatkiem, a w ostatnich dwóch latach kupiłam kilka świetnych kolorowych kosmetyków, dzięki czemu mam sporą grupę tych kilkusezonowych i parę całkiem świeżych. Jest prawie idealnie.

Jak dosprzątam w dziale z podkładami, pokażę Wam, co ostatecznie ze mną zostało i dlaczego w najbliższym czasie nie wybieram się na zakupy :). Mam nadzieję, że Wasze porządki i zrównoważone zakupy idą dobrze!


33 komentarze:

  1. Niestety, przeterminowane kosmetyki, w tym paletki należy wyrzucić. Na szczęście wiele z nich wciąż jest w sprzedaży i jeśli coś szczególnie polubiłyśmy, możemy kupić nowe opakowanie:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U mnie zwykle bywa tak, że ulubione kosmetyki znikają ze sprzedaży w podskokach i nie ma jak ponowić zakupu, ale paleta Tarte wciąż w sprzedaży, więc może kiedyś doczekam nowej sztuki w zbiorach :).

      Usuń
  2. Szacun, naprawdę szacun! Ale szczególnie żal zrobiło mi się Macowych róży, głównie dlatego, że Rosy Outlook wielbię i zużyłam już całe opakowanie a następnie odkupilam. Natomiast Dainty to też jest taki roż z kategorii 'zawsze w toaletce', bo oba super mi pasują. Niestety marka postanowiła wycofać Rosy Outlook, więc jestem niepocieszona, że jak mój obecny egzemplarz się skończy (chociaż chyba nie nastąpi to szybko bo mam za dużo róży), to już nigdy go nie odkupię :(
    Powodzenia w 'nie-kupowaniu' w tym roku. Ja ostatnie zakupy zrobiłam na początku stycznia czy tam pod koniec grudnia (promka w Sephorze) i nie planuję nic kupować przez długi długi czas tylko skupić się na zużywaniu tego, co ze mną pozostało po zeszłorocznym przesiewie. Wciąż jest tego dużo, ale jak już nie dokupuję, to widzę też, że te co mam się zużywają, także jest dobrze, a będzie jeszcze lepiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mi było żal pozbywać się maczków, ale w ogóle po nie nie sięgałam, więc... Pamiętaj, jakie mamy zasady! ;). Przeczytałam Twój imponujący post podsumowujący rok i niezmiennie trzyamm kciuki za dalszą mądrość i równowagę :D

      Usuń
    2. Dziękuję Ci bardzo :) A jeśli chodzi o Maczki to własnie te dwa odcienie to moi ulubieńcy, stąd ten żal. Sama mam jeszcze inne odcienie ichnych róży i mniej by mi było żal, ale właśnie te 2 to takie naj naj. I wiem, znam nasze zasady, w styczniu nic nie kupiłam prócz płynu dwufazowego i antyperspirantu i nawet mnie nie kusi do zakupów, ale za to jaram się, bo zużyłam róż i dwie pomadki i podkład, także sukcesywnie ilość wszystkiego się zmniejsza, jupi :D

      Usuń
    3. Zużycie różu to wg moich standardów ogromne wydarzenie. Udało mi się to tylko dwa razy z takimi maluśkimi różami Astor (już niedostępne) w moim absolutnie ukochanym odcieniu, do tej pory niepowtórzonym. Brawo za dzielność w styczniu!

      Usuń
    4. Byłabyś ze mnie dumna, bo w lutym też nieźle mi idzie :) Kupiłam NIC i zamierzam nic nie kupić i to samo w marcu będzie :)
      A co do róży to przyznaję, że moje w większości już są wymaziane mocno, więc jak się zawezmę za jeden, to w 3-4 miesiące mam zużyty, tym bardziej, że ja nakładam mejkap 7 dni w tygodniu (czasem 6 razy), także widzę, jak rzeczy się zużywają. Wciąż mam jednak problem z pomadkami. Nie kupiłam żadnej od długiego czasu i pewnie jeszcze zużyję kilka w tym roku, bo jest w nich mało produktu, ale jednak one są najbardziej problematyczne i o nie się najbardziej martwię. Jak kolekcja mi 'zejdzie' do sztuk 20, to wtedy poczuję się lepiej :) Tylko kurde kiedy to będzie... Bo wszystkie, jakie mam bardzo kocham...

      Usuń
  3. Też by mi się przydały takie porządki ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Ja również muszę wziąć sprawy/kosmetyki w swoje ręce;) i trochę poprzeglądać, zrobić porządki, bo ewidentnie mam za dużo;), a pewnie nie wszystko już jest dobre...

    OdpowiedzUsuń
  5. Też powinnam zrobić porządki, ale na szczęście nie mam tego wiele. Oddaję na bieżąco jak nie w rodzinie, to koleżankom czy sąsiadkom i wszyscy są zadowoleni ;)

    OdpowiedzUsuń
  6. Na koniec roku zrobilam przeglad toaletki, oddalam kilka swiezych ale rzadko uzywanych kosmetykow (glownie paletek) chetnym i dosc spora garsc kolorowki wyrzucilam, w tym chyba polowe swoich szminek (sztuk za starych lub o nie pasujacym do mnie kolorze). Pierwsze koty za ploty 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No i świetnie, ja sobie na przykład w ramach odgruzowywania świata założyłam nowe konto mailowe, pod które podpięłam bloga, bo tamto jest już tak zaspamowane newsletterami, że nie chce mi się wszystkiego usuwać. Będę zmieniać maila w sklepach, w których faktycznie kupuję, no i pomyśl, ile to pokus mniej, jak całego mailingu nie będę widywać :D.

      Usuń
  7. Ja bardzo lubiłam to drugie kółko ze Smashboxa :D powieki dobrze krzyczały ;D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Drugiego nawet nie macałam, a powieki... dobre doradczynie od lat ;).

      Usuń
  8. Ja na szczęście nie mam dużo kolorówki i używam to co mam :) Jedne kosmtyki mniej a inne bardziej. Mam projekt na blogu i to mi ułatwia zadanie:) A dlaczego?Bo mało kiedy się maluję.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To też zawsze dobra opcja: nie mieć dużo :). Ja lubię mieć wybór, ale od lat dążę do tego, żeby ten wybór był rozsądny... :)

      Usuń
  9. Mam takie techniczne pytanie czy takie prawie cale produkty w macu tez przyjmuja? Zdarzaja sie jakies komentarze na ten temat? Nigdy nie wymienialam tam nic w tej akcji ale jestem ciekawa ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie sprawdzali moich, czy zużyte, czy nie, oddawałam z resztkami kosmetyków w środku. Sama się zastanawiam, czy bardziej eko jest oddać im czyściutkie opakowania, czy właśnie z przeterminowaną zawartością, coby sami utylizowali zgodnie ze standardami.

      Usuń
  10. Najtrudniej jest mi pozbywać się paletek... No kocham je taką miłością, że naprawdę ciężko mi się ich pozbyć! Ale przed pierwszą przeprowadzką kilku się pozbyłam i myślę, że po wprowadzeniu się już na swoje kolejne polecą.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trzeba się tego... nauczyć. Szczególnie po tylu latach zbieractwa! Jakie ja starocie kiedyś przetrzymywałam, rety! A teraz już wywalać nieco łatwiej, chociaż wciąż nie należy to do przyjemności...

      Usuń
  11. Jeśli chodzi o kolorówkę to panuje u mnie maksymalny minimalizm :) Z my secret mam dwa matowe cienie do oczu :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Magdaleno, z jakiej planety do nas przybywasz?! :D :D :D

      Usuń
  12. Takie solidne czystki i u mnie by się przydały! Ciekawe czy dokopałabym się do równie starych egzemplarzy (na pewno wypiekany bronzer Golden Rose przekroczył o kilka lat datę ważności, ale ponoć produkty wypiekane jej nie mają? Przynajmniej tak sobie tłumaczę...) :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wypiekane też mają datę ważności, nie pocieszaj się ;). Polecam czystki – mi dały między innymi to, że po raz pierwszy w historii wiem dokładnie, co mam w szufladach i o każdym kosmetyku umiem coś powiedzieć, bo wszystkie są częściej lub rzadziej w użyciu!

      Usuń
  13. Ja ostatnio robiłam porządki w kolorówce. Wywaliłam 15 różnych kosmetyków, głównie przeterminowanych, chociaż jedną szminkę udało mi się zużyć :) Też nie planuję kupować kosmetyków do makijażu w tym roku zbytnio. Jak mi się coś spodoba to sobie zapisuję na wishliście na Insta.

    OdpowiedzUsuń
  14. Tak myślę że i u mnie przydadzą się takie porządki, nie tylko w kosmetykach

    OdpowiedzUsuń
  15. Również robiłam porządki w kolorówce i to był bardzo dobry krok. Na pewno zwolniło się miejsce na nowości :)

    OdpowiedzUsuń
  16. Ja bardzo lubię zużywac do końca, ale ostatnio też powyrzucałam palety i inne kolorowe kosmetyki, które były już za stare ;)

    OdpowiedzUsuń
  17. Chyba zmotywowałaś mnie do tego abym zrobiła porządek w swojej kosmetyczce bo pewnie znajdę tam wiele kosmetyków już po terminie.

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger