04.01.2020

Zużycia grudnia

No strasznie jesteście nieforemni i przez to niefotogeniczni, panowie zużyci. Ledwo was upchnęłam w kadrze. Nowy rok, stara ja. Zużywam, denkuję, zwierzam się z tego na blogu. Na szczęście w grudniu niewiele pustaków wpadło do worka, więc chyba uda mi się Was nie zanudzić!


Po raz kolejny z radością zauważyłam sporo powrotów do tego, co lubię. Przy tej okazji przyszło mi do głowy, że fajnie będzie przejrzeć posty ze zużyciami z ostatnich, powiedzmy, dwóch lat i zanotować kosmetyki, których dawno nie używałam, a które świetnie się kiedyś sprawdzały. Ta ciągła gonitwa za nowościami niejednokrotnie sprawiała, że miałam w użyciu same średniaki, mimo że przecież udało mi się przez lata poznać tyle cudownych produktów! Wariactwo z tym blogowaniem, proszę Państwa. 


Macadamia Professional, Weightless Moisture Conditioner – zużywałam tę odżywkę co najmniej przez rok, a może i dłużej, więc bez względu na jej jakość, cieszę się, że mogę wyrzucić puste opakowanie. Pięknie pachniała, nie robiła niczego szczególnie dobrego ani złego, na plus fakt, że nie obciążała moich cienkich, skłonnych do przyklapu włosów. Niestety, nie nawilżała, a ja potrzebuję mięsistości i zdrowego blasku, dlatego na razie nie planuję powrotu. 

Nuxe, Huile Prodigieuse, suchy olejek do ciała, twarzy i włosów /recenzja/ – to właśnie jeden z powrotów po długiej przerwie. Cudownie pachnie, choć wiem, że nie jest to uniwersalna prawda i dla niektórych ten zapach może być duszący i mało przyjemny. Sama raz tak solidnie się nim natarłam, że nie mogłam wytrzymać, więc warto zachować umiar. Do twarzy i włosów nie używam, więc nic Wam na ten temat nie powiem, ale po prysznicu, na delikatnie wilgotną skórę lub po szczotkowaniu na sucho – rewelacja! Rozpieszczanie i pielęgnacja w jednym. 

Yves Rocher, Beaute des Pieds, Foot Beauty Care /recenzja/ – mój ukochany peeling do stóp i jedyny, jakiego od lat używam. Resztę roboty wykonuje elektryczna tarka Scholla, kamień Ecopumice z Ecotools pod prysznicem i jak już bardzo jest źle, to pedikiurzystka. Zrezygnowałam ze skarpet kwasowych, bo od dłuższego czasu efekty przestały mnie satysfakcjonować. Peeling jest porządnie ostry, ma cudownie orzeźwiający lawendowy aromat (rzadko pasuje mi lawenda, a tu jest świetnie), delikatnie wygładza, orzeźwia i pozwala kremom szybciej się wchłaniać. Nie pomoże zaniedbanym stopom w typie słoniowym, ale będzie świetnym dodatkiem do regularnej pielęgnacji. 

The Body Shop, Satsuma Shower Gel /recenzja/ – ciekawe, która to już zużyta butelka? Obstawiam, że nasta, bo od lat ten zapach powraca do mojej łazienki, każdorazowo wywołując zachwyt. Idealny cytrus, o którym wspominałam wielokrotnie, niebanalny i tak intensywny, że czuć go w łazience jeszcze długi czas po prysznicu. Uwielbiam.


Yves Rocher, Pure Camille Cleansing Gel – o matko, jak ja go nie lubiłam! Nie lubiłam tak bardzo, że wylewałam go na dłoń z rozwartymi palcami i jeszcze szorowałam nim stopy. Intensywnie capiący, z kiepskim składem, zmywał nie tylko brud i sebum, ale też resztki naturalnej bariery ochronnej i mam wrażenie, że czasem jeszcze kilka warstw naskórka. Okej, przesadzam, ale naprawdę było kiepsko. Na szczęście szybko się skończył, bo był rzadki, a zatem niewydajny, a mój teść, który niedawno u nas nocował, myślał, że to wyjątkowo nieudany żel pod prysznic. 

Origins, Mega-Mushroom Relief & Resilience, Soothing Treatment Lotion (mini) – nie wiem jak Wy, ale ja mam problem z komponentami wytrawnie jedzeniowymi w kosmetykach. Jakoś nigdy nie mam ochoty sięgać po pielęgnację z pomidorami czy pietruszką w składzie, nie mogłam też znieść zapachu tymiankowego żelu do mycia twarzy od Sylveco, bo miałam wrażenie, że myję się pizzą. Jak przeczytałam, że lotion Origins powstał na bazie „słynnej mieszanki grzybów dra Andrew Weila”, to mi się obiad cofnął. Na szczęście grzybów nie idzie wyczuć nosem, zapach jest specyficznie, ale jednoznacznie piękny, więc zużyłam, się_weseląc. To bardzo dziwny kosmetyk o konsystencji wybitnie wodnistej (jak koreańskie esencje), który – niczym esencję – wklepywałam w skórę po toniku. Skład pełen jest olejków i ekstraktów i coś tam na skórze jednak pozostawia – czyli nie woda. Było mi bardzo przyjemnie w jego towarzystwie, wyraźnie wspomagał nawilżanie, chętnie kupię pełnowymiarowe opakowanie jako dodatkowy krok w wieczornej pielęgnacji (na dzień jednak wolę nie, lekko przyspieszał przetłuszczanie). Ogólnie jestem bardzo na tak, było nam razem miło, rześko – przygoda do powtórzenia!

Oskia, Reneissance Mask (mini) – ten kosmetyk zdecydowanie ma coś w sobie i mam wielką ochotę kupić pełnowymiarowe opakowanie, mimo lekko zaporowej ceny (powyżej 250 zł za 50 ml). To maska do twarzy, która jednocześnie nawilża, łagodzi podrażnienia i jeszcze wygładza, bo ma właściwości złuszczające. Zgodnie z nazwą – prawdziwie renesansowa magia, naprawdę byłam zachwycona. Konsystencja też bardzo ciekawa, zapach to już kwestia gustu: mocno różany. 

NaturalME, Olej z pestek malin – wyrzucam pół buteleczki, bo był ważny do końca roku, a nie lubię ryzykować z przeterminowanymi olejami na twarzy. Nie zmienia to faktu, że dobrze mi służył w 2019, włączyłam go w sprawdzoną, świetną miksturę na wieczór z aloesem i skwalanem. Pisałam o tej mieszance na Instagramie. Żel aloesowy + oleje to moje wielkie pielęgnacyjne odkrycie 2019 roku. 


Innisfree, No-Sebum Mineral Powder /recenzja/– żaden znany mi puder nie trzyma tak matu na twarzy jak ten, dlatego lubię go mieć w swoich zbiorach jako pewniaka. Na razie nie mam kolejnego opakowania, bo ciasnawo w sekcji pudrowej, ale na lato na pewno zaopatrzę się w świeże opakowanie.

Rimmel, Exaggerate, wodoodporna kredka do oczu – intensywnie czarna, wykręcana, niedroga. Wracam już któryś raz, bo na linii wodnej nigdy nie zawodzi, a właśnie tam jest mi często potrzebna.

Lili Lolo, mineralny podkład w odcieniu Warm Peach (mini) – gdzieś mi się zaplątała miniatura, więc zużyłam. Podkłady LL to moi ulubieńcy. W tym roku niespecjalnie chciało mi się sięgać po minerały – kremowe formuły są dla mnie milion razy przyjemniejsze w użytkowaniu. No ale w ramach redukcji mikropudełeczek sięgnęłam po tego Warm Peacha i po raz kolejny nie mogłam uwierzyć, jak minerały wspaniale wyglądają na skórze, pozwalają jej oddychać i jak dzięki nim długo się nie świecę! Przy odpowiedniej pielęgnacji, sebum nie zalewa mnie wcale, przez 10-12 godzin makijaż wygląda świetnie, a strefę T mam naprawdę solidnie połyskującą.

Na 11 zużytych kosmetyków, ponad połowa to dobrze mi znane pewniaki. Na razie ogólnożyciowy projekt, polegający na otaczaniu się tylko tym, co ładne, porządne i dobre, całkiem nieźle mi idzie. Wy też nie pozwalajcie sobie na tonięcie w beznadziei, szkoda czasu!

31 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawe denko i kosmetyki :) Też nie trawię komponentów jedzeniowych w kosmetykach, dlatego odpuszczę sobie niektóre :D Żel TBS muszę koniecznie wypróbować :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja nie trawię tylko.... wytrwanych. Ciasta, ciasteczka, karmel itd. bardzo lubię :)

      Usuń
  2. Nie znam osobiście produktów z Twojego denka, ale chętnie wypróbuje żel pod prysznic z TBS.:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj tak, te żele naprawdę są niesamowite, z Satsumą na czele <3

      Usuń
  3. Olej malinowy jeśli nie wykazywal żadnych oznak zepsucia mogłaś zużyć np. do stóp. Ja mam z tej serii z dzikiej róży i teraz smaruje nim skórę ciała, bo wydaje mi się, że jest nadal ok 😉

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nawet kremów do stóp nie chce mi się stosować, a co dopiero przeterminowany... ;).

      Usuń
  4. O dziwo nic nie znam z Twojego denka :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Może nie ma się co dziwić – mamy tyle kosmetyków na rynku, że niemożliwością jest poznać wszystko :)

      Usuń
  5. Jak to możliwe, że z Twojego denka znam tylko jeden produkt?! Toż to skandal :D
    I tym znajomkiem jest podkład z Lily Lolo. Pamiętam, że miałam kiedyś solidnego próbaska w odcieniu Porcelain. Sam odcień cudo dla mojej mącznej twarzy, ale niestety nie miałam tak pozytywnych wrażeń z noszenia, jak Ty. Miałam wrażenie, że mi sie jakoś tak ciastkował, że znikał z twarzy po jakimś czasie, po kilku godzinach kiepsko to wszystko wyglądało, a niby powinno być dobrze, bo jednak mam cerę mieszaną w stronę suchej i okresowo odwodnioną. Ale jednak nie, zawsze będę mówić, ze odcień był ładny, ale wolę kremikowe podkłady, bo one jakoś lepiej u mnie leżą.
    W tym roku zabieram sie za kolejny wielki project pan, of kors tylko to, co lubię. Jak coś mi się nie podoba albo jego (tego produktu) performance jest kiepski, to wywalam albo oddaje. Trzymaj za mnie kciuki, bo mam zamiar zużyć dużo i mało kupować :D A Ty jeszcze masz jakieś kosmetyki, które planujesz zużyć, bo chcesz, żeby ich było mniej, czy już wszystkiego, co Ci bylo za dużo się pozbyłaś? :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Haha, to co ja takich egzotyków używam??? :D
      A co do LL, to jego nie można nałożyć za dużo i cera nie może być wilgotna od kremu – inaczej to i u mnie ciastko się może zdarzyć.

      Trzymam kciuki za Twój projekt mocno mocno mocno!!!
      Ja teraz mam jeszcze trochę kolorówki, która jest niewymarzona, ale niezła, więc sobie używam na spokojnie (choć oczywiście nie zamierzam denkować ;)). W pielęgnacji coraz częściej wracam do ulubionych kosmetyków, ale w szufladzie z niedużymi zapasami zawsze czego coś nowego, bo przecież jak to tak bez dreszczyku emocji?? ;). Właśnie zrobiłam kolejny przelot przez kolorówkę, niedługo będzie wpis na blogu, to zobaczysz, że mimo całej mądrości dalej miałam co wywalać...

      Usuń
  6. Każde denko cieszy, sama to wiem :D
    Ja mam zamiar wyjść z mojej próbkowej beznadziei... NAzbierałam ich całe pudło, w końcu czas je przejrzeć i zużyć ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A ja już w ogóle przestałam zawracać sobie głowę próbkami! Leżą w szufladzie, czasem po jakąś sięgam, co kilka miesięcy patrzę, co się przeterminowało i wywalam bez żalu.

      Usuń
  7. A próbowałaś minerały z Anabelle? Jestem ciekawa porównania z LL - BareMinerals zupełnie mi nie podeszły, Anabelle są spoko, LL jeszcze nie próbowałam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Anabelle u mnie wypadają nieźle, ale LL są nieporównywalnie lepsze. BareMinerals z kolei ja nie próbowałam, przerabiałam jeszcze Neauty (nic specjalnego niestety).

      Usuń
  8. Jak Ty to Agato robisz, że tyle zużywasz? :-) Jakoś tak wydaje mi się, że mało produktów u mnie schodzi :-/

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hmmm, sama nie wiem, zawsze jestem zdziwiona na koniec miesiąca, serio!

      Usuń
  9. ciekawe i fajne kosmetyki, olejek Nuxe cudowny, też do niego często wracam, puder Innisfree uwielbiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oj, ten puder to petarda! Pojawił się w mojej kosmetyczce, kiedy po latach poszukiwań straciłam już nadzieję na lekki puder matujący, który na mojej skórze potrzyma mat chociaż przez kilka godzin, a tu takie zaskoczenie.

      Usuń
  10. Asia-Hexxana wlasnie podrzucila mi m.in. Te marke Oskia i teraz bardzo zacieram na nia raczki :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Oskia na razie bardzo mi się podoba. Z pudełka miniatur, które kiedyś zamówiłam, na razie najmniejsze wrażenie zrobił na mnie olejek do twarzy, ale z drugiej strony używam go rzadko, więc co miał pokazać, biedak ;).

      Usuń
  11. oskia kusi i mnie :) ale ostatnio kupiłam maske w the body shop wiec najpierw zużyje ;)

    OdpowiedzUsuń
  12. Bardzo fajnie opisane zuzytki, mam ochote poznac ta linie Origins :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A dziękuję, dziękuję :). Też mam ochotę zanurkować głębiej w tę serię Originsa, szczególnie że zapach bardzo mi podpasował.

      Usuń
  13. Uwielbiam podkład w odcieniu Warm Peach od Lily Lolo :D Też lubiłam kredkę z Rimmel, ale najlepsza jest czarna kredka Sephory :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Taaaak, świetny jest, chociaż kolorystycznie zdecydowanie lepiej do mnie pasuje latem ;). Czarna Sephora... wieki całe nie używałam kredek od nich!

      Usuń
  14. Mnie zainterseowało Innisfree i Origins Mega-Mushroom. Zastanawiałam się nad tą linią, ale jak przeczytałam, że jest łagodząca i kojąca to stwierdziłam, że nie za bardzo celuje w moją przetłuszczającą się cerę... ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wiesz co, mi nie obciąża przetłuszczającej się strefy T, z drugiej strony częściej stosowałam na noc i to zawsze będzie dobre rozwiązanie – jako esencja przed wieczorną pielęgnacją.

      Usuń
  15. A ja nie znam nic, kompletnie nic :D szok! ale lubię takie konkretne denka, konkretne zużycia ;)

    OdpowiedzUsuń
  16. Och pamiętam te moje torby wypchane pustymi opakowaniami i niemoc z pomysłami na zdjęcia :D

    OdpowiedzUsuń
  17. Nie znam rzadnego z tych produktów, prócz oleju z wiśni

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger