01.06.2020

Zużycia kwietnia i maja

A tak, kwietnia i maja. Zużycia. Pierwszy raz w historii idą wspólnie, bo właściwie czemu by nie? 


Czas odmierzany kolejnymi denkami – ile to już lat? Tym razem jest dziwniej, bo i cała ta wiosna zlała się w jedną, niezbyt wyraźną plamę. Wciąż nie wiem, dokąd zmierzamy, kiedy będzie normalnie lub jak rozegra się nowa normalność. Przez wiele miesięcy czekałam na ten wiosenno-letni, ciepły czas i nagle okazało się, że lato będzie inne niż wszystkie dotychczasowe lata, które pamiętam. Wniosków brak, bo i jakie można mieć wnioski wobec tego, co się dzieje? Pisanie o zużytych kosmetykach wydaje się jednocześnie mało istotne i kojące. Czy czytanie o nich też może takie być?

No to sprawdźmy, co tym razem zamieszkało w worku ze śmieciami.


Dermacol, Aroma Ritual Reviving Shower Gel Green Tea & Opuntia /inne wersje opisałam tu/ – bardzo lubię żele pod prysznic Dermacol, bo mają ciekawe kompozycje zapachowe, sensowną pojemność i niską cenę. Nie przepadam za opakowaniami, bo mam (wcale nie taką cichą) awersję do tub stojących na głowie, ale towarzystwo ładnych zapachów łagodzi tę niedoskonałość. Żele Dermacol nie należą do specjalnie gęstych, więc mimo 250 mililitrów zamkniętych w miękkim plastiku, zawsze kończą się szybciej, niż się spodziewam. Wariant z zieloną herbatą i opuncją pachnie niezwykle rześko i będzie doskonale odświeżał latem. To faktycznie klimat zielono-herbaciany, oczywiście umownie, bo dobrze wiemy, że zielona herbata z kosmetyków i perfum ma tyle samo wspólnego z prawdziwą co kostka do kibla o zapachu bryzy morskiej z prawdziwym morzem. W każdym razie polecam tę wersję zapachową Dermacolu.

The Body Shop, Satsuma Shower Gel /recenzja/ – kolejna butla jednego z moich najulubieńszych zapachów bodyshopowych. Myślę, że zużyłam już naście opakowań żelu pachnącego mandarynko-pomarańczą i, co ciekawe, ani trochę mi się nie znudził. To cytrus idealny, który długo utrzymuje się w poprysznicowej łazienkowej saunie. Cudo, choć oczywiście mogłoby być lepiej z wydajnością. Tę 250-mililitrową butelkę bez wielkiego wysiłku można kupić za ok. 12 zł w jednej z wielu promocji, jakie regularnie oferuje TBS.

Kostki mydlane to w moim kosmetycznym świecie rzadkość, więc pewnie nie zdziwi Was fakt, że obie były prezentami. Bydgoska Wytwórnia Mydła i jej mydło Piwne bardzo mnie zaskoczyły. To akurat był prezent dla męża, przeznaczony do pielęgnacji zarostu, ale jakoś tak wyszło, że chłopinie zajumałam. I bardzo dobrze zrobiłam, bo poznałam mydło o niespotykanych właściwościach. To znaczy... ono po prostu myło skórę dłoni i ciała (do twarzy też próbowałam i było w porządku), ale sposób, w jaki to robiło, to była bajka. Nigdy nie miałam w rękach mydła, które byłoby tak delikatne w dotyku, tworzyło tak gęstą, jedwabistą pianę i w dodatku nie posiadało żadnego zapachu. Mówiąc: żadnego, mam na myśli totalne zero. Nie że pachnie mydłem. Ono pachnie niczym ;). W moim świecie to nie zaleta, ale dla tych, którzy zapachów unikają – ideał. Kostka dość szybko się zmydliła, ale wrażenia były wspaniałe. Mydło nie wysuszało skóry, a kremowa piana każdorazowo wprawiała w zachwyt. Naprawdę wow. Druga kostka to Soap Szop i jego Typowy Nowobogacki Banan. Kocham bananowe kosmetyki i tu liczyłam na dużo banana w bananie. Było go mało, zapach raczej wytrawny z bananową nutą (jakbym nie przeczytała, że ma być bananowo, tobym sama nie wpadła). Według twórców to kolumbijskie banany i prosecco :). W każdym razie zapach przyjemny i niemęczący. Kostka Soap Szop jest dokładnym przeciwieństwem mydła Piwnego. Bardzo twarda, wolno się zmydla, piana jest rzadka. Używałam do rąk (ok), do ciała (też okej, ale nie lubię efektu skrzypiącej po myciu skóry, charakterystycznego dla mydeł w kostce) i do twarzy (najbardziej okej, oczyszcza dobrze, ale odrobinę ściąga). Kolejne ciekawe kosmetyczne doświadczenie, ale nie będę szczególnie tęsknić.


Soraya Plante, Delikatny płyn micelarny Aloes, biała herbata – o ile tonik z tej serii mnie zachwycił delikatnością i pięknym składem, o tyle ten płyn (mimo równie wspaniałego INCI) po prostu nie był wystarczająco skuteczny. Nie mogę mu odmówić łagodności, delikatnego zapachu i przyjemności użytkowania, ale inne dobre micele przyzwyczaiły mnie do tego, że makijaż znika szybko i całkowicie, dlatego Soraya odpada. Z naturalnych i działających polecam lipowy Sylveco.

Naturativ, Face Tonic – zawsze bardzo lubiłam ten naturalny tonik o specyficznym ziołowym zapachu i tym razem również nie miałam uwag, ale po nim zaczęłam używać równie naturalnego od Clochee i o wiele bardziej mi się podoba (zapach, łagodność, ulga dla skóry), dlatego myślę, że czas na zmiany. Naturativ to 60 zł za 200 ml, a Clochee – 61 zł za 250 ml, ale w obu przypadkach kupowałam w promocjach i wychodziło podobnie.

The Body Shop, Camomile Sumptuous Cleansing Butter /recenzja/ – kolejny pewniak w moim pielęgnacyjnym arsenale. Niezwykle łagodne masło do demakijażu, które wszystko rozpuszcza, a w trakcie można swobodnie otworzyć oczy i nie poczuć żadnego pieczenia i/lub szczypania.

Emma Hardie, Moringa Light Cleansing Gel /miniatura/ – marka niedawno pojawiła się w perfumeriach Douglas, a douglasowa cena pełnowymiarowego opakowania tego żelu to aż 179 zł za 100 ml. Czy za tę zawrotną kwotę dostajemy dobry produkt? Moim zdaniem tak: żel jest lekki i łagodny, ale skuteczny, porządnie oczyszcza twarz i rozpuszcza nawet wodoodporny makijaż. Zawiera oleje, więc nie wysusza skóry, ale też nie zapycha, a dzięki emulgatorom łatwo go zmyć (czego nie mogę powiedzieć o maśle TBS). Ma za to bardzo mocny zapach kwiatów moringi, co dla wielu z Was może być nie do zniesienia. Jeżeli zarówno ta cena, jak i intensywny aromat Was nie odstraszają, to kupujcie śmiało. Ja się jeszcze zastanowię, czy moc moringi nie zabije mnie w połowie opakowania.


Equilibra, Strengthening Anti Hair-Loss Shampoo /recenzja/ – aloes, olej arganowy, keratyna, a do tego proteiny sojowe – czy to nie za dużo jak na jedną butelkę? ;) Przy tej ilości składników aktywnych moje włosy powinny wyglądać po myciu niesamowicie, a tu im dalej las, tym gorzej. Kilka lat temu używałam tego szamponu przy faktycznych problemach z wypadaniem (których teraz nie mam) i o połowę krótszych włosach (teraz moje cienizny sięgają za łopatki). Wtedy byłam umiarkowanie zadowolona, ale szamponu nie używałam przy każdym myciu. Tym razem, przy stosowaniu co drugi dzień, mocno doskwierało mi szybsze przetłuszczanie, do którego potem dołączyło puszenie i matowość. Czy to możliwe, że proteiny z szamponu w połączeniu z odżywką proteinową raz na kilka myć tak mnie załatwiły? Śmiem przypuszczać, że tak. Podstawowa wersja Equilibry na co dzień jest super, od tej na wszelki wypadek będę trzymać się z daleka :).

Balea, Oil Repair Schwerelos Creme-Kur – maska proteinowa z proteinami roślinnymi i keratyną zdecydowanie nie jest dla mnie. Okazało się, że już pojedyncze użycia sprawiały, że miałam na głowie matowy puch, zamiast mięsistych, gładkich, lśniących włosów. W połączeniu z szamponem wyżej zrobiła mi na głowie coś naprawdę przykrego, co do teraz naprawiam. Moje włosy są długie i najcieńsze z możliwych (naturalny, jasny blond), nie powinnam ich tak zapuszczać, ale mąż marzył o księżniczce, więc dostał księżniczkę na miarę możliwości, a ja byłam ciekawa, czy uda mi się mieć włosy długie i wyglądające przynajmniej nieźle. Zdarzają się kombinacje szamponów i odżywek/masek, po których dzieje się wspomniane nieźle, ale tutaj zdecydowanie zbłądziłam. Tak to jest, jak się zagląda w najodleglejsze zakamarki szuflady z kurczącymi się zapasami i okazuje się, że na włosy czeka już tylko morze protein, obciążających masek i keratyny, od której zawsze trzymałam się z daleka.

Head&Shoulders Classic Clean to moje wołanie o pomoc w czasach kiblowania z nieudaną Equilibrą. Mąż używa na co dzień i dzięki temu nie ma łupieżu. Ja nie mam go ot tak, po prostu, z natury, ale za to odkryłam kiedyś na wakacjach, że ten popularny i nudny, bo znany wszystkim szampon całkiem fajnie działa na moje włosy. Zużyłam nikomu niepotrzebną, wyjazdową miniaturę i wyglądałam wtedy o wiele lepiej niż po wymyślnych maskach z DM-u czy włoskim szamponie o cudownym składzie. Nie chcę na co dzień niepotrzebnie ładować cynku na skórę głowy, ale miło, że coś zrobiło moim włosom dobrze choć na trochę.

Generalnie nie umiem się bawić w hodowanie długich blond cienizn. Jeśli macie takie i wyglądają dobrze, koniecznie napiszcie, jakie cudowne specyfiki na nie działają!


Tu szybkie podsumowanie: Perfecta Mama i jej probiotyczny żel do higieny intymnej to mój wieloletni pewniak, wciąż skuteczny mimo zmian w składzie. Garnier Mineral Invisible w sprayu to niespecjalnie skuteczny antyperspirant, więc mam nadzieję, że będę pamiętała, by nie kupować go ponownie. Żel antybakteryjny z Bath & Body Works przydaje się jak zwykle – w czasie zarazy nawet mniej niż w czasach grypy sezonowej i krążących po świecie rzygowirusów, bo tym razem siedzę w domu, więc mam dostęp do ciepłej wody i mydła. Za wycofanym dawno temu zapachem Giorgio Armani Acqua di Gioia Essenza będę tęsknić, bo go uwielbiałam, ale to dobry moment, żeby zamknąć kolejny rozdział w życiu i pisać nowe z nowymi pachnącymi towarzyszami. Minis od Gianfranco Ferre o nazwie In The Mood For Love nie zrobił na moim nosie żadnego wrażenia, więc zapominam. 


Maybelline, Instant Age Rewind w odcieniu Neutralizer /recenzja/ – w Polsce znany jako Instant Anti-Age Eraser to jeden z moich ulubionych korektorów. Wyraźnie żółty odcień Neutralizer pięknie współgra z moimi podkładami, korektor nie wysusza, jest średnio kryjący, ale wystarczający. Nie mam ciężkiego tynku pod okiem, a to w moim wieku się już naprawdę ceni. Tylko trzeba go przypudrować, bo nie zastyga i migruje. Wywalam resztkę, która była otwarta zbyt długo, ale na pewno wrócę.

Smashbox, Studio Skin 24 Hour w odcieniu Fair/Light – jasny, wodoodporny korektor w chłodnej tonacji, dobrze wyglądał tylko w minimalnej ilości – w większej tworzył brzydką, postarzającą skorupę. Mocno kryjący, ale nieczęsto po niego sięgałam. Na co dzień wolę lżejsze formuły, a wyjść mam tak mało, że właściwie zmarnował się w szufladzie w oczekiwaniu na okazję. Wywalam, bo dawno przekroczył 6-miesięczne PAO.

MAC, Mineralize Concealer w odcieniu NC15 /swatche/ – świetny średnio kryjący korektor, zużyłam z przyjemnością! Kolor możecie zobaczyć w podlinkowanym wpisie i porównać go ze słynnym MAC Pro Longwear w odcieniu NW15. Nie podkreśla zmarszczek, ładnie wtapia się w skórę, nie wysusza. Nie nadaje się do przykrywania niedoskonałości, ale pod oczami sprawdził się rewelacyjnie. Chętnie wrócę.

Clinique, Pretty Easy Eyeliner – pisałam o nim wiele razy, to mój ulubieniec wśród eyelinerów. Robi cieniutkie, precyzyjne kreski, jest bajecznie prosty w obsłudze.

Tak oto dobrnęliśmy do końca. Jak już wspomniałam wcześniej: jeśli macie dobre rady dla właścicielki długich, cienkich włosów bez objętości z przetłuszczającym się skalpem i owe rady nie zawierają się w zdaniu: zetnij to nędzne siano, podzielcie się w komentarzach <3. 

25 komentarzy:

  1. Mój ulubiony serial wraca! Tak, ta lektura jest bardzo kojąca, no i w zalewie takich samych pandemicznych dni stanowi miły sygnał, że oto zaczyna się nowy miesiąc :-)
    Co do włosów - może coś od L'Oréal Professionnel, np Série Expert Volumetry, pomoże? One są dosyć drogie ale superwydajne i naprawdę skuteczne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Awwwwww, dziękuję, Aniu, od razu mam większe poczucie sensu w opisywaniu tych pustaków ;). Volumetry nie próbowałam, ale chyba wreszcie czas na to!, na razie używam leciutkiej maski Mythic Oil i jestem w miarę zadowolona, ale jest tak leciutka, że cienizny, na szczęście pięknie gładkie, pachnące i błyszczące, wciąż pozostają bez objętości.

      Usuń
  2. Nie miałam nic, ale ten żel od TBS mnie kusi.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Polecam bardzo, szczególnie na lato taki piękny słodki cytrus będzie jak znalazł!

      Usuń
  3. Sporo ciekawych kosmetyków zużyłaś. Bardzo kuszą mnie produkty z tej serii Sorayi Plante.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Znam z tej serii tylko dwa wspomniane produkty, tonik był naprawdę bardzo dobry i łagodny, pachniał kwiatem pomarańczy, nie wiem, czy lubisz ten zapach.

      Usuń
    2. Żel do mycia twarzy też jest godny polecenia :)

      Usuń
    3. A ja używam pianki do mycia twarzy do porannego oczyszczania i także uważam, że jest bardzo dobra :) Za to płyn do demakijażu z grejpfrutem trochę mnie podrażniał, ale zmywał makijaż w miarę ok. Ponoć te kosmetyki mają bardzo dobre składy :)

      Usuń
  4. Jak mało kosmów z Twojego denka znam! Tylko masło z Body Shopu, którego szczerze nie lubiłam i wywaliłam pół opakowania, korektor z Maybelline, którego nie polubiłam, bo znikał mi spod oczu w ciągu dnia pomimo dobrego przypudrowania i mega podkreślał zmarszczki oraz korektor z Maca Mineralize, który uwielbiam i właśnie mam chyba już moje 5 opakowanie w użyciu, a w zapasie kolejne :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja się zastanawiam nad zmianą masła TBS na jakieś dobrze emulgujące, wtedy byłoby idealnie – byle cena nie porażała. A korektor Maybelline nigdy nie znika mi spod oczu :D :D :D. z podkreślaniem zmarszczek różnie bywa. Jak nakładam go minimalną ilość i pudruję drobnym pudrem (trochę, nie żaden baking), to nic złego się nie dzieje. Właśnie otworzyłam kolejne, tym razem polskie, opakowanie. Mam nadzieję, że nie zmienię o nim zdania :O

      Usuń
  5. bardzo lubie kitki - mam dlugie blond (farbowane) cienkie wlosy przy ulubionej kitce za wiele nie trzeba jeszcze warkocz uwielbiam. Natomiast cydownych specyfikow nie znam bo musze dbac o skore glowy glownie przez ŁZS u mnie head shoulters nie dziala za bardzo

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też noszę ciągle kitkę (jedną), dwie wyglądają kiepsko ;).

      Usuń
  6. Kolejny raz czytam o dobrych właściwościach demakijażu z masłem TBS, muszę w końcu przekonać się o tym na własnej skórze ;))

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko ostrzegam, nie emulguje tak świetnie jak niektóre tłuste kosmetyki!

      Usuń
  7. Znam produkty z TBS i korektor Maybelline. Też z chęcią poczytałabym rady co do cienkich włosów i jak zrobić, żeby wyglądały dobrze jako długie. Moje dokładnie takie są, tylko do łopatek coś mi dorosnąć nie chcą. ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wczoraj pierwszy raz użyłam szamponu arganowego Equilibry i magia! Ciekawe, jak długo potrwa radość i czy pod koniec butelki wciąż będę tak samo zadowolona :D.

      Usuń
  8. Nigdy nie zrozumiem, jak możecie wielbić ten korektor Maybelline z gąbeczką :D Miałam 3 opakowania z trzech różnych krajów i w 3 różnych odcieniach, a za każdym razem kończyło się to "starczą" skórą pod oczami :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. O rety, te nowojorskie naprawdę były bardzo dobre :). Mam ostatnią sztukę z Polski, mam nadzieję, że nie zmienię zdania o tym produkcie!

      Usuń
  9. Widzę u Ciebie kilka nowości zapewne kupię ten korektor MAC i namówiłaś mnie do tego eyelinera:) takiego szukałam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tanim, bardzo dobrym zamiennikiem tego eyelinera jest Eveline taki złoto-czarny. A korektor MAC naprawdę bajka <3

      Usuń
  10. Bardzo kuszą mnie produkty z tej serii Sorayi Plante. Ale chciałabym mieć taki zestawik...

    OdpowiedzUsuń
  11. Świetny zestawik:) ja nawet połowy nie mam tego co Ty. Zazdroszczę :))

    OdpowiedzUsuń
  12. Fajne zestawienie ;) Dziwi mnie trochę brak Bielendy Red Ginseng, dosyć popularna azjatycka seria teraz :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Bardzo fajnie rozpisane i opisane kosmetyki, dużo można sie dowedzieć co lepiej działa a co mniej super :)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger