01.09.2020

Zużycia lipca i sierpnia

Oto oni. Dwumiesięczna banda pustaków i prawie-pustaków. Miłej lektury!

Projekt denko lipiec, sierpień 2020

Dużo ulubieńców dokonało żywota, niektórzy już nie do odzyskania, ale co zrobić, skoro świat uparcie prze naprzód? Postanowiłam dla odmiany nie być babcią Agatą i nie rozczulać się przesadnie nad tym, co było i minęło. Poprzestańmy więc na tradycyjnej serii minirecenzji, bez ocierania łezek.


Balea, Himbeere Litschi Duschgel – uwielbia(ła)m ten rozkoszny, owocowo idealny aromat. Niestety, jak zwykle: było, minęło i teraz DM-owa Balea proponuje zupełnie inne warianty zapachowe. Będę tęsknić, bez łezek. 

The Body Shop, Satsuma Shower Gel – na szczęście mojego ukochanego żelu pod prysznic od lat TBS nie wycofuje i mam nadzieję, że nic się w tej kwestii nie zmieni, bo znaleźć tak perfekcyjny cytrusowy aromat nie będzie łatwo. 

Yves Rocher, Mango & Coriander Concentrated Shower Gel – przy tym żelu już mi serce stanęło, jak kilka miesięcy temu weszłam na stronę Yves Rocher i okazało się, że owszem, skoncentrowane żele pod prysznic wciąż są w sprzedaży, ale mają skrócone nazwy i zupełnie nowe opakowania. Na szczęście nowe Mango (bez kolendry) pachnie dokładnie tak jak wersja kolendrowa, więc obejdzie się bez minuty ciszy nad kolejnym kosmetycznym trupem. A koncentraty bardzo polecam! Nie tylko na wyjazdy. To jest fenomenalna formuła, komfortowa w aplikacji, dająca intensywną pianę. Prawdziwe cudo!

Le Café de Beauté, Odżywczy krem-żel do kąpieli – w 95% naturalny kosmetyk od naszych łotewskich sąsiadów nie spotkał się z moim wielkim uwielbieniem. Karmelowe nuty w bliższym kontakcie okazały się karmelowo-plastikowe, piana była raczej nijaka (bo przecież to krem-żel), no nie miałam przyjemności z użytkowania tego czegoś. Mojemu mężowi się podobało, ale nieraz wspominałam, że jego węch jest mocno upośledzony...


Bioderma, Sensibio H2O, płyn micelarny – powrót do klasyka całkiem udany. Jest jak kiedyś: delikatnie, bez szczypania, skutecznie i jednocześnie nieznośnie gorzko przy próbach zmycia trwałej matowej pomadki. Pewnie będą kolejne spotkania, bo mimo niedogodności smakowo-cenowych, doceniam wysoki standard demakijażu.

It's Skin, Have A Orange Cleansing Foam – no nie mogę z tym A ORANGE. Zawsze mnie uczyli, że przy pomarańczy to jednak AN, ale co ja tam wiem o angielskim. To jest seria pianek myjących do twarzy, zmieniają się tylko składniki. Pech chciał, że orange zaczyna się od samogłoski. To zresztą nie pierwszy raz, testowałam również Have A Eggshell. Warianty Pomegranate i Banana zniosły nazwę serii z większą godnością, a wszystkie różnią się między sobą wyłącznie zapachami. We właściwościach różnic nie widzę: wszystkie to białe, zwarte pasty, które w kontakcie z wodą dobrze się pienią, porządnie domywają i pozostawiają skórę czasem aż nazbyt czystą. Nie jest to mój kosmetyczny ideał, ale jak nie mam pomysłu, czym szorować twarz, to często sięgam po którąś z tych pianek i jest ok przez długie tygodnie, bo wydajność mają ogromną.

The Body Shop, Seaweed Oil-Balancing Toner – sprawdził się jako ekspresowy czyścik skóry po nocnej pielęgnacji i w ogóle nocnym wszystkim, ale – mimo braku alkoholu w INCI – skład ma raczej paskudny, więc absolutnie nie polecam i nie planuję powrotu.

Tołpa,  Regenerujący płyn do higieny intymnej – kończy się zdecydowanie za szybko, ale działa. Subtelny zapach też na plus.


La Roche-Posay, Anthelios 50+ Shaka Fluid – wersja bezbarwna (chyba jest jeszcze jakaś kolorowa, nie?). Wysoce skuteczny filtr, ogarnia temat nawet w największych upałach, zdarzało mi się smarować i twarz, i ciało. W zeszłym roku w 45-stopniowej francuskiej parówie ochronił mnie przed poparzeniami, za co jestem mu bardzo wdzięczna. Szkoda, że ma w składzie dużo alkoholu i (być może przez to) szybko przetłuszcza mi się przy nim skóra. Niemniej: godny zaufania, a to już coś. 

Bobbi Brown, Extra Eye Repair, krem pod oczy – drogi, wielokrotnie polecany przez Maxineczkę krem o wspaniałej, maślanej konsystencji, który u mnie niestety powodował przesusz, zamiast ekstra naprawy. Żal mi było wyrzucać, więc używałam jeszcze przez pewien czas co któryś dzień, wtedy suchara nie było, ale w końcu odłożyłam, pół słoiczka przeleżało w szufladzie i wywalam, bo już i dawno po PAO, i po mojej ochocie_na. U mnie wielkie rozczarowanie, u Was oczywiście mogłoby się to skończyć zupełnie inaczej. 

Oskia, Restorating Oil (mini) – drogi olejek, bardzo wydajny (jak to olejek), ale nie umiem powiedzieć o nim, że był wow i że polecam. Ogólnie zachwyty nad olejkami nie przychodzą mi łatwo, w tym przypadku też nie zauważyłam pozytywnych zmian. Uratował mnie za to kiedyś na wyjeździe od wycięcia wielkiego kołtuna – był środek nocy, nie miałam odżywki, szampon hotelowy zrobił mi puch i sianowatą masakrę i jedyne, co przyszło mi do głowy, to użyć drogocennego olejku do rozczesania. Zadziałało. Mimo wszystko polecam tego typu produkty do innych zastosowań... 

Benefit, Total Moisture Facial Cream (mini) – pachnie jak kostka do kibla, nie robi nic nadzwyczajnego i mimo komfortowej konsystencji i potencjału do nocnej pielęgnacji przy mojej mieszanej w kierunku tłustej cerze, niczym mnie nie zainteresował. Na dzień mieszańcom odradzam, bo jest to krem z tych treściwych i gęba świeci się już po godzinie. 

Holika Holika, Aloe 99% Soothing Gel – moja idealna baza do olejów i olejków do twarzy. Pachnie ogórkowo, sprawia, że trudne, olejowe formuły pięknie się wchłaniają, będę kupować i kupować, i kupować. 


Equilibra, Argan Shampoo – pozytywne zaskoczenie. Włosy były po tym szamponie mięsiste i prezentowały się naprawdę przyzwoicie, szkoda tylko, że nie umiał przedłużać świeżości. Niemniej: aloesy z Equilibry to potrafią, za to mój cienki blond jest po nich równie cienki jak przed myciem. Tu naprawdę widziałam różnicę. 

Farmona, Jantar, Szampon z wyciągiem z bursztynu do włosów zniszczonych – wyciągnęłam z zapomnianej kosmetyczki na siłownię (może w przyszłym życiu jeszcze tam wrócę), zużyłam do końca i nie planuję powrotu. Format butelki przekonał mnie do zakupu, a sam szampon już kiedyś przy pełnowymiarowym opakowaniu nie spełnił oczekiwań. Włosy mam po nim szorstkie, skrzypiące od czystości, brakuje gładkości i zadbania. Bez odżywki łatwo o kołtuny.

DM liebe, Langhaar Mädchen Conditioner – dzięki tej odżywce dowiedziałam się, że moje włosy nie cierpią oleju kokosowego :). Ona również pochodzi z kosmetyczki na siłownię. Wyobraźcie sobie, jak wyglądały moje włosy po użyciu tego wspaniałego duetu! 

L'Oreal, Mythic Oil, Maska z olejkami nadająca blask – przez pierwsze pół słoika uwielbiałam, w drugiej części jakoś włosy przestały się cieszyć z takiej pielęgnacji, a szkoda, bo orientalny, lekko kadzidlany zapach i przyjemna konsystencja tego kosmetyku sprawiały, że sięgałam z przyjemnością. Do ostatniego użycia skutecznie wygładzała, ale pierwotny efekt mięsistych, pięknych, jak-nie-moich włosów, niestety poszedł się je w zapomnienie.


Smashbox, Photo Finish Primer Water (mini) – kilka razy użyłam jako mgiełki pod makijaż (było ok, ale potem wjechała mleczna Pixi), a reszta zeszła na utrwalanie makijażu i zdejmowanie pudrowości z przesadnie wypacykowanego noska. Przypomina mi MAC-a Prep+Prime Fix+. 

Smith's Rosebud Salve – przywiozłam z NY, czyli ma już ponad trzy lata, czyli najwyższy czas... A co to w ogóle jest? Bosko pachnąca różą i pudrem wazelinowa pomada z dodatkiem oleju z nasion bawełny. Nie wiem, czy to ten olejowy dodatek, czy moje dobre nastawienie, ale mimo że to prawie zwykła wazelina, z jakiegoś powodu była jednym z najskuteczniejszych ochraniaczy ust przed wysuszeniem, z jakimi miałam przyjemność. Aplikowana na noc, rano dawała gładkie, mięciutkie usta, lubiłam też używać przed wyjściem na mróz. Róża to nie mój świat, ale tu było naprawdę pięknie! Wyrzucam 1/3 puszeczki, bo mimo imponująco długiego PAO – aż 30 miesięcy na zużycie produktu – i niezmienionego zapachu, z moich obliczeń wynika, że dawno jesteśmy po, dlatego papa i czekam na ponowne spotkanie!

Bath & Body Works Cleansing Hand Gel – przy okazji tego pustaka przypominam o myciu i dezynfekcji rąk. Covid alert :).


Jeśli chodzi o kolorówkę, to żegnam bezpowrotnie bardzo ładny cień do powiek Wet N Wild, który kupiłam pod tą samą nazwą, ale innym numerkiem, co dało zupełnie nowy, ciepły, miedziany odcień brązu zamiast chłodnego w klimacie taupe. Uwielbiałam cień Nutty, bo wystarczyło ciapnąć byle jak powieki palcem i już miałam jakiś tam makeup, i mogłam pędzić w świat. Takie szybkie makijaże są mi coraz bliższe :).

Lakier niehybrydowy Indigo w odcieniu Milkshake przypominał mojego szaraka ulubieńca z Essie – Chinchilly, trwałość na moich paznokciach jak zwykle do bani. Już po dwóch dniach zaczynały się odpryski. Smutny standard. Wysuszacz Sally Hansen Insta-Dri jest skuteczny, ale czasem z niewiadomych względów robi mi bąble na lakierze.

Tusz L'Oreal Volume Million Lashes lata temu był moim ukochanym, a dziś kompletnie tego nie rozumiem. Nie cierpię tych silikonowych igiełek, które głównie sklejają mi rzęsy, a już na pewno ich nie pogrubiają i nie dają efektu wow.

Największą gwiazdą makijażowych zużyć jest kredka do brwi Nabla w odcieniu Neptune. Chłodny ideał o akuratnej konsystencji (nie za miękko, nie za twardo), precyzyjna, rano w kilkanaście sekund ogarniałam nią brwi do stanu co najmniej przyzwoitego. Już lecę po kolejną sztukę.

To już wszystko z mojego worka z odpadami. Życzę Wam przepięknej jesieni. 

30 komentarzy:

  1. Faktycznie dziwnie to napisali z tym orange. Tak samo jakby napisać "w wtorek" bez sensu. Nie lubię takich akcji bo jestem wzrokowcem i potem zapamiętuję takie dziadostwo źle napisane i mam wątpliwości.
    Wracając do denka - Dowiedziałam się czegoś ciekawego o holika holika dzieki bo nie lubiłam tego żelu ale mam jeszcze kilka próbek z różnych sklepów i chętnie je wykorzystam w ten sam sposób co Ty. Może mi się spodoba, kto wie ?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Naprawdę do olejów petarda! Solo wchłania się, zasycha i... tyle.

      Usuń
  2. Świetne zużycia. Ostatnio znalazłam ten żel Balea w zapasach, muszę zabrać go pod prysznic. :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zabieraj, żeby Cię data ważności nie zaskoczyła! :)

      Usuń
  3. Znam z Twojego denka żel z balea, ale dla mnie to chyba najmniej udany zapach z dm. Dla mnie okropny był taki 'gorzki' jakby :D Żel z HH też miałam, jak chyba każdy, najlepiej się sprawdzał pod olej. Wysuszać insta dri mam po raz kolejny, lubię go chociaż nie jest idealny. Rzeczywiście zostawia bąbelki, wydaje mi się, że wtedy jak robi się ciepło, albo dlatego jak długo jest otwarty (u mnie zawsze to się zbiega w czasie :D).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. No widzisz, te nosy takie mają różne opinie, czasem aż ciężko uwierzyć, jak coś pięknego może się nie podobać i odwrotnie :))).

      Usuń
  4. Zastanawiałam się nad tym szamponem Jantar, ale dobrze, że ostatecznie nie kupiłam. Nie wyobrażam sobie żebym miała jeszcze większy problem z rozczesaniem włosów niż teraz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nic specjalnego, skład też niespecjalny, mało ekstraktu, szukamy dalej!

      Usuń
  5. Teraz to już tylko hybrydy, ale jak jeszcze używałam zwykłych lakierów, Insta Dri to był u mnie niezbędnik! Biodermę bardzo lubię, dawno nie miałam tego płynu;) Żel aloesowy z Holiki bardzo lubię używać po depilacji bądź opalaniu:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gdyby tylko mój chaos pozwolił mi chodzić regularnie na zmianę hybryd... gdyby tylko... ;)

      Usuń
  6. Yaaaay, w końcu wpis :D Miałam zaledwie kilku z Twoich pustaczków i utkwił mi w pamięci żel holika holika. U mnie jednak on nie spisuje się za dobrze jako samodzielny kosmetyk, muszę na niego coś nałożyć. Stosowałam na moje wiecznie przesuszone nogi i musiałam dokładać balsamu, bo sam żel nie dawał sobie rady. Z jednej strony rozumiem, bo to jakby nałożyć serum na skórę twarzy bez kremu i oczekiwać że skóra będzie dobrze nawilżona, nie ma bata, żeby to zadziałało, a przynajmniej nie u mnie :D
    A jeśli chodzi o wycofywane kosmetyki to mi już kilka dni temu serce staneło, bo okazało się, że prawdopodobnie zapach mojego życia jest wycofywany, albo już został wycofany, więc jak walnięta kupuję zapasy, bo nie wyobrażam sobie, że miałby mi się skończyć. Wiem, wiem, nie robimy już zapasów, taka była nasza zasada i z kolorówką jest, ale po prostu nie wyobrażam sobie, że mój kochany zapach, który używam od 12 czy 15 lat ma przestać istnieć i już nie będzie można go kupić, więc wolę się zaopatrzyć zawczasu, bo chyba uMARNę z tęsknoty, jeśli go już nie będzie, a ja nie będę miała, tym bardziej, że nie jestem jakaś szczególnie zainteresowana olfaktorycznym światem, mam 4 flakony perfum, ale TEN jest i zawsze był na podium i zawsze będzie. Możesz sobie wyobraziż mój ogromny żal i smutek w tej chwili. I jak popłynęłam z zakupami w tym miesiącu, bo już zanabyłam 4x 100ml :DDD (Chyba kupię więcej...).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Aaa i jeszcze odniosę się do Biodermy - też mam takie zdanie - skuteczna, ale gorzka jak diabli. Niestety u mnie do zmycia oczu się nie nadaje, mimo tego, że nie mam wodoodpornego tuszu, robię też sobie kreski żelowym linerem i z tym też sobie nie radzi, także jak już mam kupować micel, to biorę Garniera, bo wtedy gębę sobie zmywam tym, a oka zmywam olejkiem :)

      Usuń
    2. Muszę zapytać, jaki to zapach, ah!

      Usuń
    3. To Ralph Lauren Romance, uwielbiam i kocham <3 To jest po prostu zapach mojego życia. I wciąż się nie dowiedziałam, czy jest wycofany czy co się dzieje, bo nie wiem, kogo można zapytać czy faktycznie on jest wycofany, ale skoro nie mogę spytac to wolę nakupować dużo, bo mi się nie zmarnuje, a jakby się okazało, że jest, to nie obudzę się z ręką w przysłowiowym nocniku :D

      Usuń
    4. U mnie aloes solo w ogóle nie działa. Wchłania się do zera i nawet lekko ściąga. A po dodaniu oleju nagle dzieje się magia! I ojej, współczuję wycofania ukochanego zapachu, też mnie to spotkało z Acqua di Gioia Essenza, ale postanowiłam nie robić zapasów, tylko znieść z godnością, bo to tylko przedłużanie cierpienia i tego, co nieuniknione ;)

      Usuń
  7. Hurra jest i wpis!:)
    Uśmiałam się przy duecie siłownianym jak i przy hotelowej historii (chociaż wiem, że Tobie zapewne do śmiechu nie było).
    Biodermy nie używałam już ho, ho, albo jeszcze dłużej, ale również lubię. Sally Insta ostatnio nabyłam, bo stara buteleczka dogorywa i trzeba będzie się niedługo pożegnać.
    Zacne denko, a Twój wpis jak zawsze bezcenny i polepszający humor :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. <3 <3 <3
      Nie mogę czytać takich rzeczy zaraz po tym, jak zamknęłam bloga!
      dziękuję :)

      Usuń
  8. Ale wielkie denko! Wow!

    Ale aż trzy razy przewijałam w te i w tamte, żeby sprawdzić, czy na pewno nic z tego ne miałam. No i miałam tylko 1 kosmetyk. Ten żel aolesowy Holika Holika. Zresztą ciągle go mam od pewnego czasu, a moje zdanie o nim jest mniej-więcej takie, jak Twoje. Lubię go.

    Ale gdy widzę takie zbiory kosmetyków, z których nic nie mam, dociera do mnie, jaki tego jest teraz ogromny wybór na rynku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś mi się wydawało, że jestem w stanie przetestować i opisać wszystko... na szczęście szybko zrozumiałam, jak bardzo się mylę ;).

      Usuń
  9. Bardzo ciekawe denko. Micel Biodermy uwielbiam, chociaż ostatnio niespecjalnie przepadam za płynami micelarnymi. Lubię też żele antybakteryjne BBW, będę musiała przy okazji zamówić. Szkoda też że krem pod oczy Bobbie Brown nie wypalił, marzyłam, ale pewnie sobie odpuszczę :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Micel Biodermy to taki pewniak w razie "nie wiem, co kupić" :)

      Usuń
  10. Bardzo ciekawe kosmetyki zużyłaś. Mam ochotę wypróbować ten żel z Balei, alae gdy byłam ostatnio w DM, to już nie był dostępny. Przypomniałaś mi też o kosmetykach The Body Shop... nie miałam ich już całe wieki :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żele pod prysznic TBS to jest coś, co musisz dla siebie zrobić w najbliższym czasie ;).

      Usuń
  11. It's Skin, Have A... bardzo lubie, w sumie to jedne z tych które stosuje najczęściej i do nich tez wracam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tylko to takie mydlane, dość konkretne myjaki, prawda?

      Usuń
  12. Fajne denko, bo dużo rzeczy nieznanych... ;) No, miałam Holikę, ale nie lubiłam, nic mi dobrego nie robiła, ale też nie używałam z olejkami. Ciekawi mnie maska Mythic Oil i kredka Nabli.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Solo żel aloesowy do niczego się nie nadaje, a w duecie magia :))). Kredka Nabli świetna, tylko coś podejrzanie szybko się kończy!

      Usuń
    2. A, widzisz.... to następnym razem jak będę miała taki żel to będę musiała połączyć z czymś dobrym.

      Usuń
  13. Całe szczęście, że koncentraty YR nadal są takie same, bo bym się zapłakała ;)
    Biodermę (micel) mam w planie kupić w najbliższym czasie.
    Shaka to już nie Shaka, lecz Niewidoczny Fluid (w sensie Ty jeszcze miałaś Shakę, ja już w tym roku nie) :D Trudno nadążyć
    Z kremu Bobbi Brown mnie wyleczyłaś, chciałam kupić

    OdpowiedzUsuń
  14. Lubię te limitowne żele Balea :) Tusz L'Oreal Volume Million Lashes to mój ulubiony ;)

    OdpowiedzUsuń

Copyright © 2014 Agata Smaruje , Blogger